Mentionsy Mentionsy
Historie potłuczone
Historie potłuczone

O Kindze, co 3 lata w zamrażarce czekała

01.02.2026 ·31 min 49 s

O procesie adopcji, poszukiwaniu Bożej woli i złotym strzale.

Nazywam się, tutaj są imiona prawdziwe, ale na wypadek publikacji proszę nazywać mnie Kinga. Mam 2,5 miesiąca. To jak to już umiesz pisać, kochana? I chciałbym opisać swoją historię, a może oczywiście bardziej historię moich rodziców i tego, jakim cudem ja w ogóle żyję. Moi rodzice poznali się w liceum, szybko się zakochali w sobie, a po kilku latach pobrali się i zamieszkali razem. Oboje pochodzą z katolickich rodzin, więc wzięli ślub kościelny, pragnąc później wspólnie założyć rodzinę. Sądzili, że było to powołanie, które dostali od Pana Boga, powołanie do stawania się jednością, bycia dla siebie nawzajem, do wspólnego kierowania się ku Bogu, a także, co ważne, do bycia razem dla innych ludzi.

Czyli wezwanie od Boga, które daje każdemu małżeństwu, bądźcie płodni i rozmnażajcie się. Rodzice planowali mieć dzieci nie od razu po ślubie, lecz chcieli najpierw ustabilizować parę życiowych spraw. Na początku nie wiedzieli np. w jakim mieście będą mieszkać, ani gdzie będą pracować. Jednak gdy już byli gotowi na przyjęcie życia, to pojawiły się, jak to zazwyczaj, nieoczekiwane komplikacje. Gdy mama dowiedziała się od taty, że jego wyniki badań wskazywały na niepłodność, nie ma się co ukrywać, załamała się. Zawsze wierzyła, że jej powołaniem jest być matką. Postanowili z tatą się leczyć. Jednak pomimo stosowania różnych metod leczenia, wyniki były nadal kiepskie i nie dawały w sumie nadziei.

Rodzice rozważali, czytamy dalej, czy Pan Bóg nie wzywa ich do dawania siebie bliźnim inaczej niż przez rodzicielstwo, skoro ani naturalnie, ani adopcyjnie tego nie udało się zrobić. Jeszcze przed rozpoczęciem procedury adopcyjnej, rodzice szukali dla siebie jakiegoś wolontariatu. Zaczęli pomagać w DPS-ie, gdzie przebywają dzieci i dorośli z różnym stopniem niepełnosprawności intelektualno-ruchowych prowadzonym przez siostry zakonne. Ich pomoc była niewielka, jednak dużo się nauczyli i dowiedzieli o sobie. Rodzice jednak, mimo tego, że był to bardzo piękny czas, czuli, że to nie jest ich miejsce. Ci si introwertycy, jak oni, nie są najlepiej predysponowani do tego, żeby rozwijać relacje z dużą grupą osób w różnym wieku i często o ekstremalnym temperamencie, pomimo tego, jak pełne otwartości i miłości do nich były te osoby.

A przy męskiej niepłodności zazwyczaj kieruje się po prostu pary na in vitro. Tata i mama szukali innej drogi, odwiedzając różnych specjalistów, ale lekarze w kółku powtarzali ciągle to samo. W pewnym momencie rodzice postanowili zrezygnować z leczenia niepłodności, gdyż marnowali tylko pieniądze na rozwiązanie, które i tak nie działało. Mama już pogodziła się z tym, że raczej nigdy nie będzie mieć dzieci. Jednak oczywiście rodzice odczuwali wielką pustkę. Życie bezdzietnego małżeństwa wydaje się być wygodne i bezproblemowe, ale moich rodziców to nie satysfakcjonowało. Zaczęli się modlić do Pana Boga o pomoc w odnalezieniu Jego woli, każdy na swój sposób. Mama jednak słyszała po prostu ciszę, co powoli zaczęło oddalać ją od Pana Boga.

Nie rozumiała, czemu ma tak silne pragnienie macierzyństwa, a Bóg nie chce jej go dać. Zaczęła też rozważać in vitro. Gdyby nie tata, to pewnie by się od niego na zawsze odsunęła. Tata jednak nigdy nie zwątpił w Boże miłosierdzie. Gdy modlił się o jakąś podpowiedź, znak, mądrość w rozeznaniu dobra od zła, mama akurat badała treść wykładni Kościoła w kwestii in vitro, analizując wszelkie niuanse. I następnego dnia, po tym jak modlił się o podpowiedź, mama weszła do pokoju, żeby podsumować to, co czytała. O tym, że stanowisko episkopatów w kwestii in vitro jest jednoznaczne, brak natomiast stanowiska w kwestii adopcji embrionu. Dla nich to była jakaś nowość. Nie wiedzieli, że w ogóle takie rozwiązanie istnieje.

A może zgłosić się do programu rodzin zastępczych albo szukać powołania jeszcze gdzieś indziej? Czuli się zagubieni. Mama nie była pewna, czy chce adoptować zarodek, jakkolwiek to źle brzmi. Znów pojawił się bunt wobec Boga i Kościoła. Z jednej strony to, że Kościół jednak miał wątpliwości do tej metody, było dla niej hamulcem, ale z drugiej miała podejście, że jak już mają mieć do czynienia z kliniką, no to czemu nie własne in vitro lepiej zrobić. Bała się, że jej organizm przez endometriozę nie przyjmie tego zarodka i że zmarnuje dane jej życie. Jednak pewnego dnia słuchała podcastu, który zmienił jej myślenie. Słuchała historii potłuczonych. W której autorka napisała w temacie swojej córki, która zbyt wcześnie umarła, nie rozumiem czemu oceniamy wartość życia po tym, jakie długie ono było.

Wtedy jej strach zniknął. Pomyślała o tych dzieciach, które są w zamrażarce, w zawieszeniu między życiem a śmiercią. Pomyślała, że Bóg może posłużyć się nią, aby jednemu dziecku dać życie, albo żeby to dziecko mogło po prostu pójść do Niego, a nie być zamrożone. Tata czuł, że adopcja zarodka jest tym, czego sami chcą, ale nie wiedział też, czy Pan Bóg tego chce. Było lato i w powrotnej drodze z wakacji postanowili pojechać na Jasną Górę, chociaż wcześniej tego nie planowali. Czuli się rozdarci i mieli nadzieję na jakiś znak. Poszli na mszę, zaczęła się liturgia słowa i wtedy wszystko stało się dla nich jasne. Pan Bóg mówił do nich czytaniem z proroka Jeremiasza.

Wy się już nie martwcie. Rodzice nie od razu podjęli decyzję o adopcji. Jeszcze musieli te kwestie przemyśleć i przegadać, ale w końcu w listopadzie udali się do kliniki. Lekarz choć był zdziwiony, że rodzice od razu wybrali adopcję, kliniki raczej proponują parom takie rozwiązanie dopiero jak nie uda się z ich własnymi komórkami, to jednak nie osądzał rodziców i uszanował ich decyzję. Musieli podpisać masę papierów i opisać swoje cechy fenotypowe, a klinika miała poszukać dawców o podobnych cechach. Na znalezienie ich przyszłego dziecka mieli czekać ponad miesiąc. W międzyczasie było Boże Narodzenie. Tata poszedł z moją babcią na pasterkę i, jak to na pasterkach bywa, poczuł się senny. Z letargu trochę wybudziła go modlitwa powszechna, w trakcie której modlili się między innymi za małżeństwa,

Poczucie, jakby ktoś powiedział w jego głowie, wiem, że długo czekaliście, ale to już wkrótce. Mama od razu uchwyciła się nadziei, że to głos Boga i łudziła się, że może nie chodzi o adopcję, a jednak o naturalne poczęcie. Jednak się myliła. Gdy pojawiło się miesięczne krwawienie, to znów posmutniała, jednak nie wiedziała wtedy, że to było jej ostatnie w tym roku. Niedługo potem zadzwonił lekarz, że znaleźli właściwy zarodek, czyli mnie. Akurat wszystko się w cyklu miesięcznym mamy ładnie ułożyło i nie musiała długo czekać na zabieg.

Dokładnie w 95. urodziny mojej nieżyjącej już prababci zostałam wprowadzona do brzucha mojej mamy. Po dwóch tygodniach mama miała zrobić badania, czy jest w ciąży. Tata tego dnia sprawdził czytania na dany dzień i już po samych tytułach wiedział, że jest po robocie. Były one ponownie bardzo bezpośrednią odpowiedzią Pana Boga. Pierwsze czytanie. Człowiek obdarowany przez Stwórcę. Psalm. Bóg jest łaskawy dla swoich czcicieli. Ewangelia Marka. Jezus błogosławi dzieci. I faktycznie wynik był pozytywny, a ja powolutku rosłam u mamy w brzuchu. Lekarz mówił, że szansa na to, że zarodek się przyjmie, to 40-60% przy dwóch próbach. A mnie się udało za pierwszym razem, co nazwał złotym strzałem.

Rodzice jednak wierzyli, że dobry Bóg za tym wszystkim stoi. I mama również wierzy, że moja prababcia też maczała w tym palce, dlatego mam po niej drugie imię. Całą ciążę rosłam zdrowo w mamy brzuchu. Mama dowiedziała się, że czekałam aż 3 lata w zamrażarce na tą ich decyzję. Tym bardziej poczuła, że byłam dla nich stworzona. Mama całą ciążę dbała o siebie i dmuchała na zimne, aby tylko wszystko ze mną było w porządku. Nie piła nawet kawy, tak na wszelki wypadek. Myślę, że ojciec rozumie, jakie to poświęcenie. Oj, kochana, rozumiem. I jak się dowiedziała, że ma cukrzycę ciążową, to jeszcze bardziej dbała o swoją dietę i unikała węglowodanów, a ona bardzo uwielbia wszystko, co słodkie. Pod koniec ciąży mamie było coraz ciężej.

Albo od razu blisko Boga, albo obok swoich rodziców adopcyjnych. Pozdrawiam najczulej. Kinia Droga Kingo, ty paskudo ty, co mi to udajesz, że ty umiesz mówić, umiesz pisać i tak dalej. Przypuszczam, że mama pisała, nie? Pewnie mama pisała tą historię w imieniu swojej córeczki. Boże, bardzo wam dziękuję za tą historię. Bardzo wam dziękuję za tą historię. Kochani, mówiłem wam to już tysiące razy, nie? Rodzicami się nie jest przez geny. Rodzicami się jest nie przez zrodzenie nawet. Rodzicami się jest przez miłość. Jest bardzo wielu rodziców, którzy zrodzili swoje dzieci, którzy dali im swoje geny i wcale nie są ich rodzicami, bo ich nie kochają, bo nie są dla nimi tymi, którzy mają im dać bezpieczeństwo, miłość, poczucie sensu, opiekę i tak dalej.

Bo ktoś sobie może myśleć, no ale jak to tak, wszystko to tak w porządku? Kochani, tak naprawdę jest jeden dokument Kościoła, który mówi o tej sytuacji, bo tak jak to była mowa, jeżeli chodzi o samo in vitro, to stanowisko Kościoła jest dosyć jasne. Ja nie ukrywam, ja się zgadzam z tym stanowiskiem. Zgadzam się głównie dlatego, że właśnie ta metoda przede wszystkim powoduje to, że nie zawsze oczywiście, bo są wypadki, kiedy nie, ale że prawie zawsze jest związana z tym, że zostają potem dzieci zamrożone i to jest absolutnie nieakceptowalne. Nie mówię tego teraz po to, żeby jakieś rodzice, którzy swoje dziecko poczęli metodą in vitro, Boże, potępić. Jeżeli ktoś z Was już zdecydował się na taką metodę, to ja wiem, że to jest oczywiście droższe i tak dalej, zawsze mówią, zróbmy więcej zarodków, To uważam, że już jedyna w tym wypadku dopuszczalna wersja jest taka, że jest po prostu jeden zarodek, który jest od razu implementowany do mamy, no i albo się uda, albo się nie uda.

Ale które czekają tam zamrożone, aż ktoś odmrozi te ich serca, odmrozi i weźmie ich do siebie. I to właśnie nasi autorzy zrobili. I bardzo, bardzo Wam za to dziękuję, bardzo Wam błogosławię i bardzo się za Was modlę. Moi drodzy, to chyba tyle na dzisiaj w tej historii. Pamiętajcie, Bądźcie dobrzy dla siebie, bądźcie dobrzy dla innych. Kochajcie siebie, kochajcie innych, a nade wszystko kochajcie Boga. Ściskam, pozdrawiam, błogosławię i do usłyszenia w następnym odcinku, pewnie już za tydzień. Wszystkiego pięknego, z Bogiem.

Pokazano wszystkie 14 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.