Mentionsy Mentionsy
Gramy w golfa
Gramy w golfa

77. Emocje Klubowych Mistrzostw Polski

12.07.2024 ·7 min 45 s

Start w drużynie z niczym nie może się równać!

Wielkie dzięki i do zobaczenia! No to jesteśmy w dywizji pierwszej. Goniliśmy króliczka, goniliśmy, aż go wreszcie dopadliśmy. Oprócz Śląskiego i Legii A to nasz team Wilanów A wskoczył na trzecie miejsce klubowych Mistrzostw Polski mężczyzn dywizji drugiej na Lisiej Polanie w ostatni weekend i wyszarpaliśmy tym samym awans do ekstraklasy można by powiedzieć, czyli do dywizji pierwszej. Emocjonujące okoliczności w detalach opisałem na naszej stronie, więc nie będę tego powtarzał uderzenie po uderzeniu, chociaż miałbym nawet na to ochotę. Zresztą jak zamykam oczy, to mogę spokojnie odtworzyć to jak film. Jest 2-2 z wierzchowiskami. Mecz o trzecie miejsce drużyny A.

Nasz Kacper Janus walczy z Grzegorzem Czelejem na osiemnastym dołku w ostatnim meczu. I Kacperowi wystarczy remis, żeby donieść prowadzenie one up, które miał po siedemnastu dołkach. Dwa piękne otwarcia po dwieście kilkadziesiąt metrów na środek fairwaya. Potem niestety nerwowy duff Kacpra i nagle staczamy się z nieba do piekła. Nerwy do końca utrzymane na wodzy. Chip omówiony i taktycznie zaplanowany z Krzyśkiem Sosnowskim. Piłka przetacza się przez Green na fringe, ale tak musiało być. Tam się piłki nie da zatrzymać. Potem trochę za krótki pad pod górę. Pomyłka Czeleja, bo po dwóch jest na płaskim frindżu, ale dwoma uderzeniami nie daje rady skończyć dołka, a raczej powinien. No i na koniec celny pad Kacpra i zwycięski Bogej.

A dookoła Wionuszek Kibiców, nie tylko zresztą z Wilanowa. I taki zespołowy okrzyk radości, który potem poszedł w niebo, to coś wyjątkowego. Przecież w większości indywidualnych turniejów, a niemal wyłącznie takie gramy w ciągu sezonu, nie ma żadnego momentu ani powodu, żeby się tak intensywnie i zespołowo cieszyć. A tu, owszem, i kto był ten wie, jaka to niesamowita euforia. A my dodatkowo, jako Wilanów, cieszyliśmy się w ten sposób dwa razy w ciągu dosłownie, ja wiem, 15 minut. Chwilę później bowiem na tym samym dołku kończyła się dogrywka naszej drużyny B z krakowskim klubem golfowym rok założenia 2002. Paweł Lis i Michał Ligocki zostali oddelegowani do gry w formacie Forsam i po zremisowaniu pierwszego dołka dogrywki poszli na drugi, a ten drugi to była właśnie osiemnastka.

No i tu również kończy się zwycięskim bogejem i znów mamy ogromną radość. Niewiarygodne jak się można emocjonować wygraną w meczu o jedenaste miejsce w tym akurat przypadku, ale właśnie ten format drużynowy, to że gramy jedni w imieniu drugich gwarantuje te emocje. W ogóle cały koncept Mistrzostw jest ciekawy. Pierwszy dzień to stroke play, podczas którego Każdy z drużyny stara się zagrać jak najlepiej, bo 5 z 6 najlepszych wyników się sumuje i na podstawie tego łącznego wyniku drużyny zajmują określone miejsca w koszykach. No więc każdy musi przynieść jak najlepszy wynik, nie dla siebie, ale dla całej ekipy, która przecież na Ciebie liczy. Jak bardzo to obciąża, miałem okazję w tym roku poczuć w sposób wyjątkowy. Pierwszą dziewiątkę zagrałem wyjątkowo dobrze, 41 uderzeń, a ponieważ na tej rangi imprezach wyniki są raportowane po ukończeniu 9 dołków, no to już na półmetku poszło w eter, że ej, Kopczewskiemu dobrze idzie.

Wszyscy pozostali z drużyny, że o kapitanie nie wspomnę. Mogli to zobaczyć w iglu i wykreować sobie pewne oczekiwania. Tymczasem już po kilkunastu kolejnych minutach wszystko legło w gruzach. Na jedenastym utopiłem dwie piłki. Na karcie zapisałem niechlubne 10, tylko że nikt z ekipy o tym nie wiedział. Wszyscy czekali, że dowiozę. Widzieli te 41 świecące się w iglu. No i nadzieję mieli ogromne. A ja z ciężkim sercem szedłem przez to pole, wiedząc dobrze, że dobry wynik brutto już dawno odjechał. Tylko starałem się nie potracić zbyt wiele uderzeń na następnych, ale łatwo nie było z taką ciężką głową iść i grać. Pierwsza dziewiątka 41, a druga 51. Katastrofa. A najtrudniejsze było zmierzyć się potem z kolegami, którzy w pełni nadziei czekają na końcu, a ja im muszę te hiobowe wieści przekazać.

Ale tu tym bardziej odpowiedzialność jest duża i emocje chyba nawet większe niż podczas czwartkowego stroke playa. Wcale nie jest rzadkością, że wcześniejsze cztery mecze nie przynoszą rozstrzygnięcia i żeby cała drużyna wygrała, no to na nas nagle spoczywa ta ostateczna odpowiedzialność w ostatnim meczu. Wyobraźcie sobie, że gracie swój mecz do ostatniego dołka, że wynik jest mniej więcej remisowy, a przy ostatnim greenie już z oddali widzicie koszulki swojej drużyny. Co to znaczy? Że czekają, że jest to jeszcze mecz o coś, że jest tym samym presja, że już tylko ty możesz uratować punkt, że trudny approach musisz wykonać przed nosem kolegów, no i jak o tym mówię nawet, to już mi się ręce pocą. Przy okazji muszę powiedzieć, że tych naszych koszulek na polu akurat tydzień temu na Lisiej Polanie to było sporo.

Dzięki kapitanowi mogliśmy w tym roku wystawić aż trzy drużyny A, B i C, każda po sześciu zawodników, a jeszcze mieliśmy zmienników, więc aż kilkunastu kibicujących zawodników patrzyło i na Ciebie liczyło. Jedni chcieliby grać w samotności, w takiej sytuacji, bez tej presji, bo wtedy lepiej się koncentrują i mniej denerwują. Ja na pewno też tak, ale inni odwrotnie. Kacper, wspomniany wcześniej, był takim właśnie przykładem. W kluczowych momentach on wręcz oczekiwał, że przyjdą do niego inni, będą iść za nim wzdłuż fairwaya, będą blisko, będą kibicować. I to są ważne niuanse, które trzeba w teamie rozpoznać, bo jednym takie towarzystwo może spętać nogi, a drugich uskrzydli. Wszystko to są emocje, których życzę wszystkim, aby przynajmniej raz przeżyli.

Szczęśliwie się stało, że mogliśmy tak szeroką kadrę wystawić, bo kolejni nasi klubowicze poczuli na własnej skórze jak to jest grając pierwszy raz w Mistrzostwach Klubowych. No i to jest całkiem inna zabawa niż indywidualne turnieje, które gramy na co dzień i ci, którzy grali pierwszy raz otwarcie to przyznawali, że nie spodziewali się. Tymczasem to nie koniec zespołowych emocji. Jeszcze w tym roku zagrają nasze drużyny kobiet, seniorów i mam nadzieję także master seniorów. A za rok zobaczymy w naszej męskiej reprezentacji jak smakuje ten dogoniony króliczek. Na pewno czeka nas gra z Białych T z najlepszymi w Polsce i będzie to kosmiczne wyzwanie. Nie jest tajemnicą, że znacznie łatwiej, choć oczywiście bardzo trudno, dostać się do męskiej dywizji pierwszej niż się w niej potem utrzymać na naszym poziomie będąc.

Ale przyjemności z awansu już nikt nam nie odbierze. A na treningi mamy okrągły rok, więc jest sporo czasu na szlifowanie umiejętności i może coś z tego będzie. I jeszcze jedno. Wszyscy tak narzekają na osiemnasty green na Lisiej Polanie, ale Wilanów chyba powinien go błogosławić, bo okazał się już dla nas zbawienny wielokrotnie.

Pokazano wszystkie 9 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.