Mentionsy Mentionsy
Enigma
Enigma

George Bidwell

08.11.2025 ·22 min 4 s

Choć nie urodził się Polakiem, udało mu się dołączyć do Związku Literatów Polskich. W naszym kraju jest cenionym pisarzem książek historycznych, ale w Anglii jest on zupełnie nieznany. Przez lata specjalizował się w popularyzacji historii Wysp Brytyjskich w naszym kraju.

Niestety nikt na niego nie czeka. Na szczęście udaje mu się znaleźć transport. Na pace wojskowego Studebuckera jedzie wraz z dwoma innymi Brytyjczykami do hotelu Polonia. Po drodze widzi morze. Morze ruin. Mimo, że jest byłym żołnierzem, podczas wojny w stopniu majora służył w Afryce Północnej, dowodząc 401. kompanią zaopatrzeniową, obraz zrównanej z ziemią Warszawy jest dla niego szokujący. W hotelu Polonia rezyduje brytyjska ambasada. Sekretarz nie cieszy się jednak na widok Bidwella. Kultura jest ostatnią rzeczą, o której myślą Brytyjczycy w Warszawie. Nie ma nawet dla niego lokum. Na razie przydziela mu pokój zajmowany przez pracowników ambasady, którzy akurat wyjechali na urlop. Częstuje koniakiem i poleca kolację w hotelowej restauracji.

Hotel Polonia to jeden z nielicznych budynków, które przetrwały. Wysokie na 5 metrów Łaje wieńczy sufit zdobiony sztukaterią. Na jego środku wisi ogromny, kryształowy żyrandol. Światło zalewa całe wnętrze, napełniając je ciepłą atmosferą. W restauracji kelnerzy w eleganckich uniformach uwijają się pomiędzy stolikami nakrytymi białymi obrusami przypominającymi o panującej na zewnątrz śnieżnej bieli. Z tą różnicą, że biel stolików zakłócają półmiski, talerze i pięknie zdobione sztućce. A te na zewnątrz okaleczone ruiny domów. Bidwell myśli, że w Londynie dawno nie widział takiego przepychu. Tam od kilku lat wszystko jest praktyczne i użyteczne w warunkach wojennych. Poza tym na produkty żywnościowe nadal obowiązują kartki. Na cukier, kawę, mięso, nie wspominając o papierosach czy alkoholu.

Nawet materiał na garnitur jest reglamentowany. Bez talonu nie ma co marzyć o kuponie dobrej tkaniny. A co dopiero o butach? Notabene kartki na buty zostaną zniesione w Anglii jako ostatnie w 1958 roku. Z tych rozważań wyrywa Bidwella panierowany kotlet, ziemniaki i jakieś warzywo w postaci szarobrunatnej ciapy o nieprzyjemnym zapachu. Jeden z kolegów objaśnia mu, że to zasmażana kapusta, lokalny specjał, ponoć smakuje lepiej niż wygląda. Bidwellowi mimo wszystko nie przypada do gustu. Przez pierwsze miesiące George próbuje zorganizować biuro. Co zaskakujące, komunistyczne władze przychylnie podchodzą do jego starań i przydzielają mu lokum w hotelu Bristol. Nie ma tu wygód jak w Polonii, wodę trzeba nosić w wiadrach i często brakuje prądu, ale trzy pokoje wystarczają, by zacząć działać.

Słysząc o przewidzianej dla siebie roli opiekunki angielskiego dżentelmena, Anna dąsa się. Jest tłumaczką w Departamencie Prasy i Informacji przy MSZ. Na co dzień pomaga zagranicznym korespondentom. Dzisiaj chce się oderwać od pracy i po prostu zabawić. Na szczęście okazuje się, że Towarzystwo Bidwella nie wyklucza dobrej zabawy. Na tyle dobrej, że następnego dnia spotykają się na obiedzie, a jakże w Polonii? A potem spotkania w klubie dziennikarza, który mieści się również w Polonii, są coraz częstsze. Szybko przestaje być to tylko znajomość. W październiku 1947 roku na zaproszenie British Council do Warszawy przyjeżdża balet Sadler Wells z Londynu. Występy wypadają doskonale, jednak kilka dni później w londyńskim dzienniku Sunday Times ukazuje się relacja akredytowanego w Warszawie korespondenta Nicolasa Carrolla.

Pokazano wszystkie 4 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.