Mentionsy Mentionsy
Zbrodnie Prowincjonalne
Zbrodnie Prowincjonalne

Wódka i kłamstwa (Janów 1978)

19.04.2026 ·52 min 58 s · 5 rozdziałów

Znika członek rodziny, która podczas chrzcin gania się po podwórzu z siekierą. Co się stało ze Zbigniewem?Jeśli chcesz jednorazowo okazać mi swoje wsparcie, możesz to zrobić na buycoffee.to:https://buycoffee.to/zbrodnie-prowincjonalneJeśli chcesz subskrybować Zbrodnie Prowincjonalne na Spotify i otrzymać dostęp do dodatkowych materiałów, kliknij: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://anchor.fm/zbrodnie-prowincjonalne/subscribe⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠   Źródła: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://www.zbrodnie-prowincjonalne.com/post/janow-1978Muzyka: Purple Planet Music - Lazy Days In Memory of Jean Talon - The Mini VandalsCreep - Emmit Fenn

0:24 · Zbigniew i jego sytuacja 10

Otóż na przełomie 1978 i 1979 roku zaginął jeden z mieszkańców Janowa, Zbigniew. Ostatni raz widziano Zbigniewa w grudniu 1978 roku. Zaczynała się właśnie zima, która do historii miała przejść jako zima stulecia. Na początku 1979 roku Polskę sparaliżowały gwałtowne opady śniegu i mrozy sięgające minus 30 stopni Celsjusza. Wiele miejscowości zostało odciętych od świata. Tymczasem Zbigniew miał jechać do Bytomia, gdzie zamierzał podjąć pracę. Na miejscu jeszcze niczego nie miał załatwionego, ale to nie powstrzymało go przed wyjazdem. Na Śląsku o pracę było w tamtym czasie stosunkowo łatwo. Kwitł przecież przemysł, zakłady i fabryki potrzebowały robotników.

Początek pontyfikatu Jana Pawła II ożywił nastroje społeczne w Polsce, zbiegając się też z pogarszającą się sytuacją gospodarczą, co dodatkowo podważyło autorytet komunistycznych władz. No i to wszystko miało doprowadzić do przełomowych wydarzeń w historii Polski. Natomiast nasz dzisiejszy bohater Zbigniew... Polityką i jej przyszłością Polski nie był jakoś szczególnie zainteresowany, powiedzmy sobie szczerze, ani ona, ani jego rodzina mieszkająca we wsi Janów. Wszyscy byli prostymi rolnikami, skupionymi głównie na prowadzeniu swoich gospodarstw i różnych pokątnych biznesów. No i na kłóceniu się ze sobą. Dla Zbigniewa wyjazd na Śląsk niekoniecznie wiązał się z potrzebą zapewnienia lepszej przyszłości swojej rodzinie, swoim dzieciom. Widział w tym raczej dobry pretekst, żeby wyrwać się z domu, w którym nie za dobrze się działo, uciec od żony, z którą układało się nie najlepiej, uciec od dzieci, od odpowiedzialności, poczuć się na nowo jak kawaler.

No i na początku nikogo specjalnie nie zdziwiło, że akurat Zbigniew na taki krok się zdecydował. W jego rodzinie zdecydowanie nie układało się zbyt dobrze już od pewnego czasu. To znaczy z żoną to jeszcze jak cię mogę. Jego żona Zofia była kobietą spokojną, spolegliwą, przy tym też dość niezaradną. Czasem robiła mu jakieś nieśmiałe wymówki, czasem się trochę tam pokłócili, ale to nie było nic takiego ekstremalnego, czego Zbigniew nie byłby w stanie znieść. Za myśli o tym, żeby wynieść się z domu odpowiadała przede wszystkim jego teściowa Marianna, której usposobienie było dokładnym przeciwieństwem usposobienia jej córki. Ilekroć we wsi dochodziło do jakiejś awantury, istniała duża szansa, że właśnie Marianna miała z tym coś wspólnego. O jej kłótliwości i rozmaitych podłościach, których się dopuszczała, ludzie we wsi mogli rozmawiać godzinami.

Marianna i jej mąż wspólnie prowadzili mały, rodzinny biznes. On pędził bimber, ona zajmowała się jego dystrybucją. Pomimo panującego powszechnie krytycznego podejścia do samej przedstawicielki handlowej tego przedsiębiorstwa, w okolicy bez trudu znajdowali się klienci zainteresowani rozprowadzonymi przez nią produktami. Nie wszyscy cenili jednak tę inicjatywę. Jak wiadomo, zazdrośników nigdy nie brakuje. I wśród tych, którzy nie cenili zmysłu biznesowego Marianny, tak jakby na to zasługiwała, był właśnie jej zięć Zbigniew, który stanowczo sprzeciwiał się przede wszystkim temu, by w ten jakby nie patrzeć przestępczy proceder, angażowała się również jego żona. Wychowana przez apodyktyczną matkę Zofię, Była jednak zachukana, uległa i niespecjalnie umiała się przeciwstawić.

Podobnie jak jej matka, ukończyła zaledwie kilka klas podstawówki, nie miała więc żadnego zawodu, nic konkretnego nie umiała, na niczym się nie znała, w niczym nie czuła się pewnie. Zbigniew, Janów, Purple Planet Music, Emmit Fenn. Prawdopodobnie nie wynikały z jego jakiejś takiej wielkiej praworządności czy tym bardziej przekonania o konieczności życia w trzeźwości. Chodziło raczej o zrobienie teściowej na złość. Zresztą Marianna przedstawiała tę historię nieco inaczej. Według jej opowieści Zbigniew w ogóle pędził ten bimber do spółki z jej mężem Ludwikiem i to na tym tle dochodziło między nimi do różnych nieporozumień.

Wreszcie Ludwik Zbigniewa z tego biznesu postanowił wyrzucić. Do tego Zbigniew Zbigniew odkrył skrytkę w Stogusiana, w której Marianna trzymała bimber na handel i zaczął go jej podkradać i dopiero kiedy Marianna to odkryła i zmieniła kryjówkę, a jemu kategorycznie zabroniła go dotykać, no to Zbigniew w zemście doniósł o wszystkim milicji. Czy naprawdę tak było? Trudno stwierdzić, bo prawdomówność też nie była jedną z cech charakteru Marianny. Zofia i Zbigniew byli małżeństwem od 1971 roku. Zbigniew nie miał właściwie niczego, kiedy się pobierali. Ten stan utrzymywał się przez kolejne lata ich małżeństwa. Mężczyzna nie należał ani do ambitnych, ani do pracowitych.

Początkowo nie przeszkadzało mu to, że on i Zofia są na garnuszku teściowej. Mógł dzięki temu robić to, co lubił najbardziej, czyli pić, bawić się ze znajomymi, balować do białego rana i przesypiać całe dnie. Nie był jednym z tych brutalnych alkoholików, którzy pod wpływem alkoholu katują żonę, demolują mieszkanie i wywołują awantury. Zbigniew upijał się raczej na wesoło, nie był agresywny, przynajmniej tak było na początku, ale od początku też pożytku wielkiego z niego nie było. Nie trzeba dodawać, że Marianna nie była pod wrażeniem takiego zięcia. Sama może i działała na czarnym rynku, ale za to skutecznie. A Zbigniew był zwykłym nierobem, czego teściowa nie omieszkała mu nigdy wypomnieć. Awantury, do których między nimi dochodziło, stawały się coraz bardziej gwałtowne. Nieraz przeradzały się w fizyczną szarpaninę, choć przeważnie to Marianna była tą, która jako pierwsza podnosiła rękę na zięcia.

W końcu podczas którejś kłótni Marianna wyrzuciła Zofię i Zbigniewa z domu. To było na początku ich małżeństwa, jeszcze zanim pojawiły się dzieci. W sumie trudno się dziwić Mariannie też, że nie chciała utrzymywać pary nierobów. Oboje byli młodzi, zdrowi, powinni byli się wziąć za robotę, a nie żerować na rodzicach. To był najwyższy czas, żeby sami wzięli odpowiedzialność za swoje życie. No więc spróbowali to zrobić, spakowali skromny dobytek i wyjechali do Bytomia, gdzie spędzili nieco ponad rok. Zbigniew dostał tam pracę na kolei, ale nie utrzymał jej zbyt długo. W ogóle przez całe swoje dorosłe życie często tracił pracę z powodu swojego upodobania do mocnych trunków, przez które zaniedbywał obowiązki, opuszczał swoje zmiany i generalnie był trudny we współpracy, tak to nazwijmy. W Bytomiu Zofia i Zbigniew wynajęli małe, obskurne mieszkanko, na którego utrzymanie i tak ledwo było ich stać.

Zimą nie mieli czym palić w piecu. Żadne z nich nie prowadziło wcześniej samodzielnie domu, żadne z nich nie przejawiało też przesadnego zamiłowania do porządku. Żyli więc w zimnie i w brudzie. I w takich właśnie warunkach powitali na świecie swoje pierwsze dziecko. Kiedy siostra Zofii przyjechała do Bytomia, żeby zobaczyć swojego siostrzeńca, była przerażona tym, co tam zastała. Dziecko leżało chore, w zimnym mieszkaniu, a rodzina żyła w skrajnym ubóstwie i brudzie. Kiedy siostra wróciła do Janowa i opowiedziała o wszystkim matce, tej zmiękło serce, postanowiła przyjąć parę z powrotem do swojego domu, głównie z uwagi na małe dziecko, no i na Mariannę. Zbigniew był tutaj takim niechcianym dodatkiem. Także Marianna przyjechała pewnego dnia do Bytomia, przeprosiła ich za swój wcześniejszy wybuch i poprosiła, by wrócili do domu.

Zofia wróciła niemal natychmiast po wizycie matki, zabierając ze sobą dziecko. Zbigniew został jeszcze jakiś czas w Bytomiu, rzekomo żeby pracować, chociaż ile on tam naprawdę pracował, to nie wiadomo. W każdym razie w końcu on też wrócił do Janowa. Natomiast dziecko niestety umarło po pięciu miesiącach. Później urodziła im się jeszcze dwójka i te już rozwijały się bez większych problemów. Jakiś czas później Marianna wyszła ponownie za mąż i przeniosła się do domu swojego męża, zostawiając dom Zofii i Zbigniewowi. Jej mężem został reemigrant z Francji, Ludwik, który mieszkał w tej samej wsi, producent wysokoprocentowego alkoholu. Całkowicie, jak twierdzili sąsiedzi, podporządkowany Mariannie, bo chociaż pobrali się dopiero w latach 70., to historia tej znajomości była znacznie, znacznie dłuższa

12:37 · Awantury i plotki 15

I nie ma znaczenia, w jaki sposób doszło do tego wzbogacenia, czy uczciwą pracą, czy przez małżeństwo, czy w jakiś inny nieuczciwy sposób. Część ludzi ma problem z tym, że ich bliscy, których kiedyś uważali za biedniejszych od siebie, teraz mają więcej niż oni. I nie wiem, czy coś takiego nie nastąpiło właśnie trochę w przypadku Marianny, że każdy spodziewał się, że ona już zawsze będzie taką nędzarką, która pożycza chleb od sąsiadów, no a tu Marianna sobie znalazła dość zamożnego chłopa, który dostawał rentę z Francji, zaczęła zarabiać na boku, no i nagle już nie była Zbigniew, Janów, Purple Planet Music.

Powiedziawszy to wszystko, muszę jednak też powiedzieć, że w przypadku Marianny, no to akurat było też kilka innych rzeczy, które obiektywnie należy uznać za, nazwijmy to, problematyczne, ale do tego jeszcze przejdziemy. Póki co wróćmy jeszcze do relacji między Marianną a Zięciem. Otóż po kilku awanturach z teściową Zbigniew tak się wściekł, że doniósł na Mariannę, że produkuje nielegalnie alkohol. Do domu w Janowie przyjechała wtedy milicja, no i znaleziono nielegalną wódkę. Teściowa była przekonana, że doniósł na nią zięć, choć ten oficjalnie się do tego nie przyznał. No a to, jak można się domyślić, nie wpłynęło najlepiej na rodzinne relacje, które i tak już były napięte. Minęło kilka miesięcy, raz układało się między nimi lepiej, raz gorzej, ale ostatecznie to, że Zbigniew zdecydował się wyjechać do Bytomia, żeby nieco od tego wszystkiego się zdystansować, nikogo specjalnie nie dziwiło.

Szczególnie, że mężczyzna wspominał o tym już wcześniej, Z tą różnicą, że koledzy wiedzieli też, że planował wyrwać się na trochę z domu pod pretekstem podjęcia pracy w Bytomiu, choć przepracowywać się w tym Bytomiu wcale nie zamierzał. Dziwne było natomiast coś innego, to że wyjechał tak nagle, z dnia na dzień, z nikim się nie żegnając. Zofia była wtedy chora. Zbigniew poszedł do domu teściów, żeby poprosić Mariannę o pomoc, żeby przygotowała jego żonie i dzieciom coś do jedzenia. No i wtedy Zofia widziała swojego męża po raz ostatni. Jej matka powiedziała jej później, że nie widziała Zbigniewa tamtego dnia, bo pojechała do Żychliny ze swoją drugą córką. Zbigniew wyjechał, nie dał znaku życia, nie wrócił na Boże Narodzenie ani na Nowy Rok.

Sąsiedzi zaczęli się więc trochę dziwić. Zofia pytana o to, co u Zbigniewa, odpowiadała, że nie wie, ani razu do niej nie napisał z tego Bytomia, nie wiedziała nawet, czy tam dotarł, czy znalazł jakąś pracę, nie znała jego adresu, pieniędzy też oczywiście jej nie przesyłał. Na początku 1979 roku, nie mając żadnego znaku życia od męża od kilku tygodni, Zofia postanowiła zgłosić zaginięcie na lokalny posterunek milicji. Nie miała przekonania co do tego, że Zbigniewowi naprawdę przytrafiło się coś złego. Zarówno usposobienie Zbigniewa i charakter ich relacji przemawiały za tym, że mężczyzna mógł się dobrowolnie oddalić z domu. I po prostu nie miał ochoty do niego wracać. Milicjanci utwierdzili się w tym przekonaniu po rozmowach ze znajomymi zaginionego.

Zbigniew wcale nie krył przed nimi tego, że miał ochotę urwać się z domu, zabawić się, odpocząć od toksycznej teściowej. Byli jednak przekonani, że prędzej czy później wróci. Głównie dlatego, że pieniądze nigdy się go nie trzymały i nigdy nie umiał ich zarabiać, więc jak już nie będzie miał z czego żyć, to na pewno się zjawi we wsi. Milicja nie podjęła więc zbyt intensywnych poszukiwań. Funkcjonariusze ograniczyli się tylko do kilku rutynowych działań, sprawdzenia szpitali, wypadków drogowych. Żadne z tych działań nie przyniosły rezultatów, no i sprawa zaginięcia Zbigniewa szybko trafiła gdzieś na samo dno szuflady. Zofia doszła więc do wniosku, że Zbigniew ją zostawił. Zresztą matka przekonywała ją o tym, że na pewno gdzieś sobie znalazł inną kobietę, z którą założył rodzinę.

No i wreszcie namówiła ją, żeby wystąpiła do sądu o alimenty. Tak też zrobiła, choć Zbigniewa nie odnaleziono i nigdy się w tym sądzie nie stawił. Wszystkie zawiadomienia przychodziły oczywiście na jego adres zameldowania w Janowie. Gdzie jak wiadomo ich nie odbierał. Alimenty jednak zasądzono, chociaż Zbigniew oczywiście ich płacić nie mógł, no bo nic o tym wszystkim nie wiedział i nie było sposobu na to, żeby się z nim skontaktować. Także po kilku miesiącach Zofia ponownie zgłosiła się do sądu, tym razem zakładając sprawę o niepłacenie alimentów. To zmieniło status poszukiwań Zbigniewa. Do tej pory milicja uznawała, że albo Zbigniew uciekł z domu porzucając żonę, co samo w sobie przestępstwem nie było i nie podlega ściganiu, no albo uległ jakiemuś wypadkowi i nie żyje i prędzej czy później pewnie się odnajdzie w takiej czy innej formie.

Po pierwszych kilku tygodniach zarzucono działania w tej sprawie. Lokalna milicja niewiele więcej mogła zrobić. Jednak z chwilą, gdy Zofia wniosła oskarżenie, Zbigniew stał się osobą poszukiwaną w związku z podejrzeniem popełnienia przestępstwa, jakim było niepłacenie alimentów. No i teraz już milicja miała obowiązek zająć się jego odnalezieniem i doprowadzeniem przed oblicze sprawiedliwości. Poszukiwania rozpoczęli od Bytomia, do którego według wielu osób rozpytywanych w tej sprawie miał się udać. Okazało się jednak, że po 1 grudnia 1978 roku Zbigniew nie był zameldowany pod żadnym z bytomskich adresów. W tamtych czasach meldunek był obowiązkowy i przestrzegano tego dość skrupulatnie. Za brak meldunku były kary, można było też mieć przeróżne problemy. I to mógł mieć te problemy zarówno ten, kto wynajmował lokal, jak i właściciel lokalu, albo dozorca, jeśli to była kamienica czy blok.

Także generalnie tego pilnowano. Oczywiście istniała szansa, że mężczyzna celowo się nie meldował, żeby się ukryć przed małżonką i nieodłącznie jej towarzyszącą teściową. Podejrzewano, że często zmienia miejsce pobytu albo, że zajął się jakimś przestępczym procederem. Ta ostatnia teoria przez pewien czas wydawała się nawet całkiem prawdopodobna, bo w międzyczasie poszukiwania Zbigniewa przejął Rejonowy Urząd Spraw Wewnętrznych w Kutnie i od 1983 roku poszukiwania mężczyzny było już prowadzone w całym kraju. Sprawdzano osoby zatrzymujące się w hotelach robotniczych, dokumenty ludzi legitymowanych przez milicję. Z różnych powodów i w różnych miejscach. No i jeśli gdzieś znaleziono niezidentyfikowane zwłoki, to też Zbigniew był na liście tych, których w pierwszej kolejności porównywano i sprawdzono, czy mógłby to być on.

Brano też pod uwagę, że mógł się posługiwać sfałszowanymi dokumentami, więc istotny był też jego rysopis. No i okazało się, że temu rysopisowi odpowiada jeden z członków grupy przestępczej, która w 1980 roku zaczęła działać właśnie w Bytomiu. Także wszystko się zgadzało, rysopis się zgadzał, bytom się zgadzał. Oczywiście schwytanie członków zorganizowanej przestępczości nie jest takie proste, także udało się to dopiero w 1984 roku, ale wtedy okazało się też, że mężczyzna odpowiadający temu rysopisowi nie był wcale Zbigniewem, chociaż faktycznie był do niego podobny, a zatem śledztwo trwało nadal. Tymczasem w Janowie życie płynęło swoim rytmem. Rodzina Marianny dalej żyła pod jej dyktando. Zofiat, która teraz była samotną matką dwójki dzieci, we wszystkim słuchała swojej matki.

Ona sama dostawała jakiś zasiłek, dzięki czemu nie znajdowała się całkowicie na jej łasce. Hodowała i sprzedawała świniaki. No a resztą gospodarstwa zajmowała się matka. Na wsi krążyły już jednak coraz dziwniejsze słuchy odnośnie tego, co przytrafiło się Zbigniewowi, szczególnie po tym, jak Marianna próbowała sprzedać na wsi ubranie i buty, które należały właśnie do jej zięcia. Pamiętam, jak Marianna proponowała mi kupno spodni, które należały do Zbigniewa. To było dwa lub trzy lata po jego zniknięciu. Jego teściowa to osoba konfliktowa. Zawsze liczyły się dla niej przede wszystkim pieniądze. Sprzedawała różne rzeczy, byle tylko powiększyć swój majątek. Wszyscy wiedzą, że handlowała wódką.

Inni twierdzili, że nocami widać było w obejściu syrwetkę Ludwika, wiele miesięcy po tym, jak Ludwik zmarł. Jeszcze inni twierdzili, że to wcale nie Ludwik, tylko że Marianna. I że nie zielone ślepia, a znicze, które teściowa widać w przypływie wyrzutów sumienia, paliła na pamiątkę zięciowi, o którego śmierci wiedziała znacznie więcej niż chciała przyznać. W tym czasie w województwie wrocławskim odnaleziono ciało mężczyzny, co do którego istniały podejrzenia, że mógł to być Zbigniew. Mężczyzna popełnił samobójstwo przez powieszenie. Znaleziono przy nim list, który był zaadresowany do Zofii, ale nie było podanego ani nazwiska, ani adresu tej Zofii. Pojawiły się więc podejrzenia, że mogło tu chodzić o małżonkę, którą Zbigniew porzucił. Generalnie wygląd wisielca z grubsza pasował do wyglądu Zbigniewa, tam już jak go znaleziono po jakimś czasie, no to nie można było go w taki prosty sposób zidentyfikować, ale zdecydowano, że przeprowadzone zostaną analizy porównawcze pisma Zbigniewa z pismem w liście samobójcy.

Ten list był zresztą niedokończony, przez co też tam niewiele było w nim faktów, które mogły pomóc w ustaleniu tożsamości. Wszystkie te badania były jednak czasochłonne i na ich wyniki trzeba było długo czekać. Tymczasem w Janowie milicjant z lokalnego posterunku dalej robił swoją robotę, dalej przeprowadzał rozmowy z sąsiadami i członkami rodziny. No i im dłużej rozmawiał z mieszkańcami Janowa, tym większą miał pewność, że to nie w Bytomiu, nie we Wrocławiu, ani nigdzie indziej w Polsce należy szukać Zbigniewa, tylko właśnie w Janowie i to niekoniecznie żywego. Przekonały go o tym opinie takie jak te, które pojawiły się w Tygodniku Płockim już po odnalezieniu Zbigniewa, które usłyszeliście przed chwilą, a część z nich okazała się też bardzo trafna.

Przypuszczalnie przyczyniły się do tego również późniejsze poczynania Marianny, bo warto tutaj dodać, że Zbigniew nie był jedynym obiektem ataków Marianny. Teściowa prześladowała również Bożenę, żonę swojego syna. Zastrzeżenia miała w zasadzie te same, co w stosunku do Zbigniewa. Kobieta nie wniosła żadnego majątku do ich rodziny, żadnych pieniędzy, żadnej ziemi. Uważała więc, że byli jej coś winni. Swojej synowej Marianna groziła, że ją zabije i nie tylko groziła. Oto jak opowiedziała o tym Tygodnikowi Płockiemu sama Bożena. Teściowa zasłoniła okna. Usiadłam przy maszynie, by przeszyć jej sukienkę, którą przyniosła. Nagle poczułam uderzenie w tył głowy, schwyciła mnie za włosy, usłyszałam zatłukę cię, jak chłopa Zośki.

Bożena poczuła wtedy, że z całą pewnością nie chce schodzić z Marianną do piwnicy i bardzo szybko się stamtąd oddaliła. I później była przekonana, że tamtego dnia Marianna zastawiła na nią pułapkę i zamierzała zrobić z nią dokładnie to samo, co zrobiła wcześniej ze Zbigniewem. Kobieta zgłosiła tę sprawę milicji, ale prokuratura zdecydowała się warunkowo umorzyć postępowanie. Czyn uznano za nieznacznie szkodliwy. No i uznano, że prokuratura odstąpi od prowadzenia dalszego śledztwa, jeśli przez okres jednego roku Marianna będzie przestrzegać porządku prawnego i nie popełni przestępstwa. No i właściwie Marianna się z tego wywiązała, bo kiedy milicja zjawiła się w jej gospodarstwie w czerwcu 1986 roku, nie chodziło o żadną nową sprawę.

Słyszałem, oczywiście, że słyszałem. Ktoś mi opowiadał, że było to w dzień świniobicia. Zbigniew miał zajść do domu Ludwika i tam został zamordowany. A przez kogo? Ona wie najlepiej, bo jej mąż nie żyje. Potem w nocy przewieźli go na wózku i zakopali w szopie. Uważam, że najbliżsi to chyba wiedzieli, co się z nim stało. Tak przypuszczam. Tylko ułożyli bajkę i przekonywali ludzi. Niby wyjechał daleko, do roboty. Tłumaczono, że uciekł i ożenił się z inną. Kiedy Zofia próbowała rozmawiać o tym z matką, ta nic nie mówiła i była widocznie zdenerwowana. Szukała sobie jakiegoś zajęcia. Zofia namawiała ją, żeby poszła do milicjantów i spróbowała się czegoś dowiedzieć.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.