Bajanie przy kominku. MALUTKA CZAROWNICA. Cz. III
Po reakcjach wygląda na to, że naprawdę polubiliście Malutką Czarownicę. Kruk Abraksas mi przekazał, że zarówno on sam jak i Malutka Czarownica są Wam bardzo wdzięczni za Waszą sympatię i uwagę i również Was kochają😁🥰To chyba będzie jedna z niewielu bajeczek-książeczek, którą przeczytam w całości, ale jest tego warta, prawda?😁
– Nie bójcie się – uspokajał dzieci kruk. – To jest dobra czarownica. Nie zrobię wam nic złego. – Oczywiście, że nie – powiedziała malutka czarownica i dolała gościom kawę. Po chwili zapytała. – Chcecie, żebym wam pokazała jakieś czary? Hola, wtrącił się Abraxas. Zapomniałaś chyba, że dzisiaj piątek? Zastanów się. Malutka Czarownica nie namyślała się długo. Możemy przecież zamknąć okiennice i nic nie będzie widać. Oświadczyła chytrze. Zatrzasnęła i zareglowała okiennice przy wszystkich oknach, a potem zaczęła swoje sztuczki.
Biły dzwony, grzmiały moździerze, rozradowane tłumy ludzi ledwo mieściły się na błoniu pod miastem, gdzie zwykle odbywały się zabawy. Malutka Czarownica rozglądała się za Tomaszem i Weronką. Przeciskała się między ludźmi, a kruka Braxas o mało nie skręcił sobie szyi. — Gdzie mogą być ci dwoje? Rodzeństwo bardzo zmartwione siedziało za namiotem rozpiętym na błoniu. Malutka Czarownica po długim szukaniu znalazła je tam. – Co to? – zawołała, potrząsając głową. – Czemu macie takie miny? Jak można się martwić w strzeleckie święto? – My możemy – powiedział Tomasz. – Ojciec oddał naszego wołu na nagrodę.
Malutka Czarownica nic sobie z tego nie robiła. Siedziała dzień w dzień na ławce przy kaflowym piecu i grzała plecy. Jej nogi tkwiły w grubych filcowych bamboszach. Od czasu do czasu klaskała w ręce i wtedy za każdym razem szczapa drewna leżąca w skrzynce obok pieca sama wskakiwała do paleniska. A kiedy miała apetyt na pieczone jabłko, wystarczyło jej pstryknąć palcami, a parę jabłek zaraz toczyło się ze szpiżarni wprost do piekarnika. Kruk Abraksas był zadowolony. — W ten sposób — powtarzał wciąż na nowo — można przetrwać zimę całkiem nieźle. Ale malutką czarownicę po pewnym czasie znudziło to leniwe życie, któregoś dnia oświadczyła.
– Proszę bardzo, dwa razy za dziesiątkę. Sprzedawca kasztanów sięgnął do piecyka i po raz pierwszy w swoim długim życiu nie sparzył sobie palców gorącymi kasztanami. I nie parzył ich już nigdy więcej. A nogi także już mu nie marzły, tak samo jak nos. Katar też przepadł na wieczne czasy. Poczciwy sprzedawca kasztanów, gdyby chciał kichnąć, musiałby zażyć szczyptę tabaki. Lepsze od siedmiu spódnic. Kiedy malutka czarownica wróciła o zmroku do domu, kruk Abraxas natychmiast chciał się dowiedzieć, jak jej się powiodła wycieczkę. Ale ona, szczękając zębami, odparła.
To prawda, że okropnie zmarzłam. Nie zaprzeczam, ale mimo to mówię ci jestem zadowolona. Usiadła na ławce pod piecem i zaczęła opowiadać. Kruk Abraxas słuchał w milczeniu. Dopiero gdy zakończyła historię ze sprzedawcą kasztanów wtrącił. Wiesz, zupełnie cię nie rozumiem. Pomogłaś czarami sprzedawcy kasztanów, żeby nie zamarzł. Dlaczego więc nie pomogłaś sobie samej? Co ma o tym myśleć rozsądny kruk? – Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytała malutka czarownica. – To, że gdybym był tobą i umiał czarować, na pewno nie potrzebowałbym żadnej ziołowej herbaty, żeby się rozgrzać.
Po prostu nie dopuściłbym, żeby do tego doszło. – Zrobiłam przecież wszystko, co tylko mogłam zrobić – tłumaczyła się malutka czarownica. Włożyłam dwie pary rękawic, zimowe buty, wełnianą chustkę na głowę i siedem spódnic. — No i co z tego? — zawołał Abraxas. — Znam środek na mróz lepszy od siedmiu spódnic. — Lepszy od siedmiu spódnic? — O wiele lepszy. Ja kem kruk i nazywam się Abraxas. Malutka Czarownica nadal go nie rozumiała. — Powiedz — prosiła. Według ciebie zapomniałam, ale powiedz wyraźnie, bez bawienia się w zagadki.
Tak, tak. Jesteś rzeczywiście najmądrzejszym krukiem, jaki kiedykolwiek wykluł się z jaja. Oczywiście będę odpowiednio ceniła twojej rady i skoro jest to takie proste zaklęciem, zabezpieczę przed zimnem również i ciebie, żebyś już nigdy nie musiał zostawać w domu, kiedy ja wyjeżdżam. Zgoda, powiedział Abraxas. Możesz i dla mnie zrobić czasem coś dobrego. I malutka czarownica sprawiła czarami, że odtąd ani ona, ani mądry kruk Abraxas nigdy więcej nie musieli marznąć. Przy największych mrozach mogli jeździć na spacery bez żadnej obawy, że mróz im zrobi krzywdę. Nie potrzebowali specjalnie ciepło się ubierać, ani po powrocie do domu wypijać mnóstwo ziołowej herbaty.
Nawet kataru nigdy nie dostawali, chociaż prawie codziennie wyprawiali się w drogę. Bałwanku, bałwanku. Był piękny, słoneczny dzień zimowy. Niebo jaśniał oczystym błękitem, śnieg świecił biało, jak świeżo uprany, lniany obrós. Malutka Czarownica siedziała z Krukiem Abraksasem na brzegu lasu i opalała się. W pewnej chwili dobiegły do niej głosy dzieci i jakiś wesoły hałas. Malutka Czarownica wysłała Kruka Abraksasa, żeby zobaczył, co się dzieje. Kiedy po chwili wrócił, powiedział Kilkoro dzieci, małych sześcio- czy siedmioletnich smyków, na łące za żywopłotem lepią bałwana ze śniegu.
Dzieci uradowane były ogromnie. Łobuziaki na pewno nigdy już nie przeszkodzą im w zabawie. Malutka Czarownica śmiała się z udanego figla tak bardzo, że aż jej łzy leciały z oczu, a kruka Braxa zwołał przestraszony. — Przestań, przestań, bo pękniesz ze śmiechu. Koniec części trzeciej.
Pokazano wszystkie 9 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Po reakcjach wygląda na to, że naprawdę polubiliście Malutką Czarownicę.
Kruk Abraksas mi przekazał, że zarówno on sam jak i Malutka Czarownica są Wam bardzo wdzięczni za Waszą sympatię i uwagę i również Was kochają😁🥰
To chyba będzie jedna z niewielu bajeczek-książeczek, którą przeczytam w całości, ale jest tego warta, prawda?😁