Mentionsy Mentionsy
Radio LUZ
Radio LUZ

Dziadołin #5: Tu dla ciebie miejsca nie ma

30.10.2025 ·26 min 51 s

Dziady w kraju, gdzie coraz częściej świętuje się Halloween.Duchy buntują się, MAG traci kontrolę W Porcie Złoto wychodzi na jaw tajemnica, która nie miała ujrzeć światła dnia.Autorka opowiadania: Weronika MatuszczykRedaktorka: Alicja WilisowskaCzyta: Karolina ZdunekMontaż: Szymon Lazar, Jonatan Sroka, Jarek Maciejewski oraz Wojtek FokczyńskiMuzyka: Igor Jeziak oraz The Surfers.Opowiadanie zostało stworzonego w czasie 9 edycji wydarzenia STORYGEDDON w wersji storygadam, zorganizowanego przez Fundację Klub Innowatora oraz Drukarnię Otwartą 12, wspierane przez Radio LUZ.Koordynacja projektu: Maciej Zarański oraz Wojtek Fokczyński

Idealna partia na męża. Mógłby długo łowić ryby i utrzymywać całą rodzinę. Zazdrościła mu, że miał wybór i odwagę, by wybrać inną ścieżkę. Nie żeby jej samej szykowano mariaż. Matka nie przyjmowała się tym, że pad skończyła już 24 lata. Nie mogła jednak uciec przed spojrzeniami mieszkańców, dla których była jedynie córką kobiety, która nie podzieliła się zyskami z miastem. W sali zerwał się przeciąg. Pat objęła się ramionami. Nagle cała aura, wiatr na zewnątrz, ciemność pomieszczenia i świece rzucające długie cienie wydała jej się złowroga. Miała ochotę wyjść, jednak obawiała się, że zmarłym to się nie spodoba. Wzrokiem omiotła salę.

Twarz miał piegowatą, a w jego uchu świecił się perłowy kolczyk. Najbardziej podobały mi się wystąpienia magów na placu z Kowronim. Pad przytaknęła. Już od dawna tam nie występują. Mak się zaśmiał. Teraz pokazują się tylko w królewskim pałacu. Szkoda. Dziewczyna westchnęła. Nie była w stolicy od piętnastu lat. To duży zaszczyt dla portu złoto gościć panienkę z tak daleka. Linder powiedział z ironicznym uśmiechem. Pat krępowały jego żarty, jednak zaśmiała się sucho. A mówiąc o przybyszach spoza miasta, to chyba pierwsze dziady Freda. Wspominał, że czeka na rodziców. Musiał wcześniej brać udział. Widzę, że się polubiliście.

– Martwisz się? – spytał ją. – Nie – odpowiedziała szybko. – Gdzie twoja odznaka? Mężczyzna szczycił się z bycia kowbojem. Chociaż nikt nie wiedział w porcie złoto, z czym się to do końca wiązało, wiedziała, że musiał jakoś zapracować na odznakę. Musiałem ją zostawić przy stole, gdy komuś ją pokazywałem. Pat jedynie zmarszczyła brwi i jednocześnie wskazała, żeby skupili się na ceremonii. Kiedy z rąk maga wydobyła się fioletowa poświata, wszyscy wbili w niego wzrok. Cała atmosfera się zmieniła. Ze swojskiej i wesołej w nabożną i poważną. Pat dostała gęsiej skórki. Powiew wiatru zerwał się i tym razem wiedziała, że został wywołany przez Lindra, który oniósł się kilka centymetrów nad ziemią.

Zaczął szeptać o przodkach morza i pamięci, jaką mieszkańcy ich obdarzyli. Sól zaleśniła, płomienie w świecach się wydłużyły, a powietrze wręcz iskrzyło. Przez sekundę pad wydawało się, że coś rozbłysło na stole z poczęstunkiem, jakby metal od znaki odpowiedział na wezwanie. Głos maga rozproszył jej uwagę. Przyjdźcie do nas, aby spokoju zastać. Fale będą mogły was zabrać, zawołał, a wtedy prawie cała izba pogrążyła się w mroku. Pojawienie się zjawy zawsze wytrącało ją z równowagi. Wyglądali jak ludzie, ale było w nich jednocześnie coś dziwnego, co mówiło, że tutaj nie należeli.

Mężczyzna, który pojawił się na środku sali, wydawał się być młodym żołnierzem, jednak jednocześnie wyglądał staro, naiwnie i przebiegle. Nie mogła ustalić, czy jego włosy były rude czy czarne. Ktoś w tłumie westchnął, inny prawie krzyknął. Było czuć poruszenie, głównie wywołane raną na jego piersi, z której sączyła się krew. Znowu żołnierz, ileż można, wymamrotał jakiś niezadowolony rybak. Kilka głów natychmiast się odwróciło w jego stronę i zgromiło go wzrokiem. Ktoś kazał mu się uciszyć. Miał jednak rację. Od lat co roku w formie zjaw nawiedzały ich ofiary wojny. Pad zerknęła na kowboja, który pobladł, jednak nie wydawał się reagować na emocje tłumu.

Kim jesteś? Linder łagodnie zapytał zjawy. Żołnierz się zawahał. Wydawał się kompletnie bezradny. Pad zrobiło się go żal. Nie wiem. Wszyscy zastygli. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by duch nie miał odpowiedzi. Jak to? Mak naciskał. Jak możemy pomóc ci zaznać spokoju? Spokoju? Zjawa nagle się zaśmiała. Wyglądało to groteskowo. Spokój miałem do momentu, gdy nie porwano mnie z łóżka. Jakiś kapitan stwierdził, że mamy walczyć o przegraną sprawę. Nie miałem wyboru. Musiałem iść, zginąć.

Jego przemowa wywołała poruszenie. Dziwnie kontrastowało to z ciszą, która jeszcze przed chwilą panowała po przyjściu ducha. Pat nigdy nie spodziewałaby się, że ktoś sprzeciwi się świętu, które celebrowało zmarłych. To propaganda króla, byśmy obawiali się wyściubić nos poza własne domy. Rybak kontynuował. Nie wiemy, po której stronie walczył. Linder podsunął, wyraźnie rozeźlony przez utratę kontroli nad sytuacją. Pat zauważyła, że ręce mu się trzęsły. Pat zauważyła, że ręce mu się trzęsły. To nieważne. Dlaczego mamy obawiać się śmierci, kiedy w miastach ludzie się nią cieszą? Tak, dzieci mojego szwagra organizują przedstawienie i się z tej okazji przebierają.

Zbladł i zacisnął ręce w pieści. Potrzebuję powiedzieć prawdę. Chcę w końcu zasnąć. Choć zjawia miała tę samą twarz, co żywy, widać było na niej ślady zmęczenia. Sińce pod oczami, zmarszczki na czole i zgaszony wzrok zabierały mu urok. Jego strój przypominał żołnierski mundur, jednak był tak zniszczony, że nie dało się powiedzieć, po której stronie walczył. Nie, nie, nie! Fred zawołał. Natychmiast rzucił się w stronę upiora, przez którego przeniknął. Scena wstrząsnęła pad. W rok od swojego pojawienia się w porcie złoto, mężczyzna zyskał szacunek i podziw.

Skóra żywego przybrała prawie mleczny odcień, a życie powoli ulatywało z jego oczu. Pad wydawało się, jakby widziała tę scenę w zamrożeniu lub w spowolnieniu czasu. Rozejrzała się. Inni również milcząco przyglądali się wydarzeniom. Niektórzy płakali, inni zasłaniali oczy dzieciom. Nikt jednak nie odważył się sprzeciwić zjawie. Nawet Linder. Pat zrozumiała, że musi coś zrobić. Zerwała się z miejsca. Podbiegła w stronę mis z solą, które rozsypała. Wylała wódkę na ziemię, świecę przydeptała. Nic jednak nie działało. Jak go odprawić? Zawołała do Lindra. Powinien zniknąć po wyjawieniu, czego mu brakuje.

Mak przewertował modlitewnik w panice. Pat w przypływie odwagi wyrwała mu go z ręki. Wypowiedziała pierwszą linijkę, którą zobaczyła. Idź precz, przeklęty, w piekielne wrota! – Głupiaś, myślisz, że sama go odprawisz? – Linder wykrzyknął. Pat otworzyła szerzej oczy i złapała go za rękaw. – Sama nie! – zerknęła na Freda, który podtrzymywał już tylko uchwyt zjawy. Wyglądał, jakby cierpiał. Ręce mu się wykrzywiły, twarz pomarszczyła. Musiała się zmusić, by odwrócić wzrok. Skierowała się w stronę buntownika. Rzuciła w jego stronę książką. – E? – zapytał zdziwiony. Masz dość, dziadów! Pad zawołała.

Pokazano wszystkie 10 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.