"Lalka" Bolesława Prusa. Fragment piąty
Wokulski i Łęcka powracają. Tym razem głosem Andrzeja Seweryna. To jest piąty odcinek audio adaptacji "Lalki" Bolesława Prusa emitowanej na antenach RMF FM i RMF Classic. Premiery online w poniedziałki i czwartki. Partnerem "Lalki" w RMF Classic jest BP, właściciel kawiarni Wild Bean Cafe na stacjach BP. #płatnawspółpraca
Do słuchania lalki przy dobrej kawie zaprasza BP. Właściciel kawiarni Wild Bean Cafe na stacjach BP. — Więc to pan jest tym ochockim wynalazcą — rzekł Wokulski. — Ja — odparł młody człowiek. — No, ale i cóż to znaczy? Razem nic. Moja ciotka powtarza. — Kochany Julku, staraj się podobać Izabeli, bo to żona akurat dla ciebie. Mądra i piękna. Ona jedna wyleczyłaby cię z twoich przywidzeń. A ja myślę, co to za żona dla mnie? Gdyby chociaż mogła być moim pomocnikiem, jeszcze pół biedy, ale gdzież by ona dla laboratorium mogła opuścić salon?
Ma rację. To jej właściwe otoczenie. Ptak potrzebuje powietrza, ryba wody. Usiedli na stoku wzgórza, na granicy łazienek. Ochocki oparł brodę na kolanach i wpadł w zadumę. Wokulski przypatrywał mu się z uczuciem, w którym podziw mieszał się z nienawiścią. Głupi czy przebiegły? Po co on mi to wszystko opowiada? – myślał i głęboko odetchnąwszy, spytał głośno. – Zatem żeni się pan, pani Ochocki. Chyba bym zwariował, mruknął młody człowiek wzruszając ramionami. Jak to? Przecież kuzynka pańska podoba się panu. I nawet bardzo, ale to jeszcze nie wszystko. Ożeniłbym się z nią, gdybym miał pewność, że już nic w nauce nie zrobię. Sercu Wokulskiego obok nienawiści i podziwu błysnęła radość.
W tej chwili Ochocki przetarł czoło jak zbudzony ze snu i patrząc na Wokulskiego nagle rzekł, ale, ale, nawet zapomniałem, że mam ważny interes do pana. Chcę zadać panu pytanie, nie, dwa pytania, bardzo poufne, a może nawet wrażliwe, mówił Ochocki. Słucham, odparł Wokulski. Gdyby stał na szafocie, nie doznałby tak strasznych wrażeń, jak w tej chwili. Był pewny, że chodzi o pannę Izabelę i że w tym samym miejscu zdecydują się jego losy. – Pan był przyrodnikiem? – spytał Ochocki. – Skąd pan to wie? – Od doktora Schumana. Byłeś pan przyrodnikiem entuzjastą i w rezultacie rzuciłeś pan nauki przyrodnicze. Otóż w którym roku życia osłabnął pański zapał w tym kierunku? Wokulski poczuł jakby uderzenie toporem w głowę.
W którym roku? – rzekł Wokulski. W zeszłym roku. Dziś mam czterdziesty szósty rok. A zatem ja do kompletnego ochłodzenia się mam jeszcze przeszło piętnaście lat. To mi trochę dodaje odwagi – rzekł jakby do siebie Ochocki. I znowu po chwili dodał. To jedno pytanie, a teraz drugie, ale nie obraź się, pan. W którym roku życia zaczynają mężczyźnie obojętnieć kobiety? Drugi cios. Myślę, że one nigdy nie obojętnieją. Owszem, coraz wydają się droższymi. — Źle — szepnął Ochocki. Położył rękę na ramieniu Wokulskiego i patrząc mu w oczy jakimś rozstrzelonym i rozmarzonym wzrokiem spytał. — Wszakże pan myślał kiedyś o machinach latających. Nie o kierowaniu balonami, które są lżejsze od powietrza, bo to błazeństwo, ale o locie machiny ciężkiej, napełnionej i obwarowanej jak pancernik.
Czy pan rozumie, jaki nastąpiłby przewrót w świecie po podobnym wynalazku? Co mnie, żeniaczka, kobiety? Oszaleję albo przypnę ludzkości skrzydła. A gdybyś pan je nawet przypiął, to co? – spytał Wokulski. Sława, jak jej nie dosięgnął jeszcze żaden człowiek – odparł Ochocki. Bądź pan zdrów, muszę iść. Uścisnął Wokulskiemu rękę, zbiegł ze wzgórza i zniknął między drzewami. Wokulski rozłożył list od pani Meliton i czytał. Panie, ważna wiadomość. Za kilka dni Łęckim sprzedają kamienicę, a jedynym kupcem będzie baronowa Krzeszowska, ich kuzynka i nieprzyjaciółka.
Baron byłby zawstydzony, że sprzedał klacz, a Baronowa zrozpaczona, gdyby klacz wygrawszy komu innemu przyniosła zysk. Bardzo subtelne są te wielkoświatowe komerarze, ale spróbuj je pan zużytkować. Okazja zaś nastręcza się, gdyż o ile słyszałam, niejaki Maruszewicz, przyjaciel Obojga Krzeszowskich, ma panu zaproponować kupno tej klaczy. Pamiętaj pan, że kobiety są niewolnicami tylko tych, którzy potrafią je mocno trzymać i dogadzać ich kaprysom. Doprawdy, zacznam wierzyć, że urodziłeś się pan pod szczęśliwą gwiazdą. Szczerze życzliwa, A.M. Wokulski głęboko odetchnął. Obie wiadomości były ważne. Drugi raz przeczytał list, podziwiając szorstki styl pani Meliton i uśmiechając się przy uwagach, jakie robiła nad swoją płcią.
Mocno trzymać ludzi czy okoliczności, to leżało w naturze Wokulskiego. Wszystko i wszystkich chwytałby za kark, wyjąwszy pannę Izabelę. Ona jedna była istotą, której wobec siebie chciał zostawić absolutną wolność, jeżeli nie panowanie. Na kilka minut przed dziesiątą wszedł Maruszewicz. Młody człowiek wydawał się jeszcze bardziej zniszczonym i onieśmielonym aniżeli wczoraj. — Pozwoli pan — odezwał się Maruszewicz po kilku słowach powitania — że od razu położę karty na stół. Pani baronowa Krzeszowska — jestem przyjacielem obojga baronostwa — pragnie zbyć klacz wyścigową. Zaraz pomyślałem, że pan przy swoich stosunkach może życzyłby sobie posiadać podobnego konia. Jest ogromna szansa wygranej, gdyż biegają prócz niej w wyścigu tylko dwa konie, znacznie słabsze.
— Gdzie jest koń? — zapytał Wokulski. — W maneżu Millera. — A dokumenta? — Oto są — odpowiedział już weselej młody człowiek, wydobywając paczkę papierów z bocznej kieszeni surduta. — Po obiedzie pójdziemy obejrzeć konia. — O, naturalnie. — Niech pan pisze kwit — rzekł Wokulski i wydobył pieniądze z biurka. — Na 800 naturalnie — mówił młody człowiek. Szybko wziął papier i pióro i zaczął pisać. Wokulski zauważył, że młodzieńcowi trochę drżały ręce i twarz mu się mieniła. Kwit był napisany według wszelkich form. Wokulski położył 800 rublówek i schował papiery. W chwilę później młody człowiek ciągle zmieszany opuścił gabinet, zbiegając zaś ze schodów myślał, podły jestem, tak podły, ale ostatecznie za kilka dni zwrócę babie dwieście rubli i powiem, że dołożył je Wokulski, poznawszy bliżej zalety konia.
Oni przecież nie zetkną się, ani baron z żoną, ani ten kupczyk z nimi. Kwit kazał sobie pisać, wyborny, jak to znać geszewciarza i parweniusza. O 11.00 Bokulski wyszedł na ulicę z zamiarem udania się do adwokata. Skoczył w przejeżdżającą dorożkę i kazał skręcić ku Alei Jerozolimskiej. Na rogu wysiadł i poszedł piechotą w jedną z poprzecznych ulic. Dzień był piękny, niebo prawie bez obłoku, bruk bez kurzu. Okna domów pootwierane, niektóre dopiero myto. Figlarny wiatr miotał spódnicami pokojówek, przy czym można było spostrzec, że warszawska służba łatwiej odważa się myć okna na trzecim piętrze, aniżeli własne nogi. Idąc prawym chodnikiem, dostrzegł Wokulski na lewo, mniej więcej w połowie ulicy, dom niezwykle żółtej barwy.
W tej chwili z prawej oficyny wyszła piękna kobieta z małą dziewczynką. Była to wysoka szatynka z szarymi oczami o klasycznych rysach. Spojrzeli na siebie oboje z Wokulskim i dama zarumieniła się. – Skąd ja ją znam? – pomyślał Wokulski, wychodząc z bramy na ulicę. – Widziałem ją w sklepie. Nawet Rzecki zwracał mi na nią uwagę i mówił, że ma śliczne nogi, istotnie ładne. Cofnął się znowu w bramę i począł czytać spis mieszkańców. Co? Baronowa Krzeszowska na drugim piętrze? Co? Co? Maruszewicz w lewej oficynie na pierwszym? Szczególny zbieg okoliczności. Trzecie piętro od frontu studenci, ale kto może być ta piękność? Prawa oficyna, pierwsze piętro.
Jadwiga Misiewicz, emerytka i… Helena Stawska z córeczką. Z pewnością ona. Wokulski wyszedł z podwórza na ulicę i jeszcze raz obejrzawszy nieruchomość, której miał zostać panem, skręcił w Aleję Jerozolimską. Tu wziął dorożkę i pojechał do adwokata. Gabinet miał sprzęty kryte brązową skórą, w oknach brązowego koloru firanki, a na ściennych obiciach brązowe desenie. Sam gospodarz odziany był w brązowy surdut i trzymał w ręku bardzo długi cybuch, u góry zakończony funtowym bursztynem i piórkiem. — Mam prośbę do mecenasa — rzekł po chwili Wokulski. — Chcę kupić kamienicę. — Już? — spytał mecenas, podnosząc brwi i schylając głowę. — Wińszuję, bardzo wińszuję.
Dom handlowy nie na próżno nazywa się domem. Kamienica dla kupca jest jak strzemię dla jeźdźca. Pewniej siedzi na interesach. Handel nieoparty na tak realnej podstawie, jaką jest dom, jest tylko kramarstwem. — O jakąż to chodzi kamienicę, jeżeli szanowny pan raczysz mnie już zaszczycać swoim zaufaniem? Ma być w tych dniach licytowany dom pana Łęckiego. Znam, przerwał adwokat. Mury wcale dobre, rzeczy drewniane należałoby stopniowo zmienić. W rezerwie ogród. Licytuje Baronowa Krzeszowska do 60 tysięcy rubli. Konkurentów zapewne nie będzie, kupimy najwyżej za 60 tysięcy rubli. Choćby za dziewięćdziesiąt tysięcy, a nawet i więcej, wtrącił Bogulski. – Po co? – skoczył na fotelu adwokat. – Nie chcę obdzierać mego przyszłego wspólnika. – Wspólnika?
– zawołał adwokat. – Ale szanowny pan Łęcki jest stanowczym bankrutem. Po prostu skrzywdziłbyś go pan, naddając mu jakieś kilka tysięcy rubli. Znam pogląd jego siostry hrabiny na tę sprawę. W tej chwili, gdy pan Łęcki zostanie bez grosza przy duszy, jego urocza córka, którą wszyscy uwielbiamy, wyjdzie za barona albo marszałka. Oczy Wokulskiego tak dziko błysnęły, że adwokat umilkł. Przypatrywał mu się, rozmyślał. Nagle uderzył się ręką w czoło. – Szanowny pan – rzekł – jesteś zdecydowany dać dziewięćdziesiąt tysięcy rubli za tę ruderę? – Tak. Odparł głucho Wokulski. Fizjognomia i cała postawa adwokata zmieniła się do niepoznania. Pociągnął z wielkiego bursztynu ogromny kłąb dymu, rozparł się na fotelu i trzęsąc ręką w stronę Wokulskiego mówił – panie Stanisławie, panie…
Pan wie, co to jest nasza arystokracja i jej dodatki? Jest to parę tysięcy ludzi, którzy wysysają cały kraj, topią pieniądze za granicą, przywożą stamtąd najgorsze nałogi, zarażają nimi klasy średnie, niby to zdrowe i sami giną bez ratunku. Ekonomicznie, fizjologicznie i moralnie. Gdyby zmusić ich do pracy, gdyby skrzyżować z innymi warstwami, może byłby z tego jaki pożytek, bo już ci są to organizacje subtelniejsze od naszych. Rozumie pan skrzyżować, ale nie wyrzucać na podtrzymanie ich 30 tysięcy rubli. Otóż do skrzyżowania pomagam panu, ale do strwonienia 30 tysięcy rubli nie. — Nic nie rozumiem pana — odparł cicho Wokulski.
— Rozumiesz, tylko nie ufasz mi. Wielka to cnota nieufność. Leczyć z niej pana nie będę, tyle ci powiem. Łęcki bankrut może zostać krewnym nawet kupca, a tym bardziej kupca szlachcica, ale Łęcki z trzydziestoma tysiącami rubli w kieszeni? Panie mecenasie, przerwał Wokulski, czy zechce pan w moim imieniu stanąć do licytacji tego domu? Stanę, lecz ponad to, co da pani Krzeszowska, postąpię najwyżej parę tysięcy. Wybacz pan, panie Wokulski, ale sam z sobą licytować się nie będę. A jeżeli znajdzie się trzeci licytant? A w takim razie i jego zdystansuję, ażeby dogodzić pańskiemu kaprysowi. Wokulski wstał. — Dziękuję panu — rzekł za parę słów szczerszych.
— Żal mi pana — odpowiedział adwokat, ściskając go za rękę. — Dlaczegoż to? — Dlatego, panie, że kto chce zdobyć, musi zwyciężyć, zdusić przeciwnika, nie zaś karmić go z własnej spiżarni. Popełniasz pan błąd, który cię raczej odsunie, aniżeli zbliży do celu. — Myli się pan. — Romantyk, romantyk — powtarzał adwokat z uśmiechem. Wokulski wybiegł z domu adwokata i wsiadłszy w dorożkę, kazał się wieść w stronę ulicy Elektoralnej. Był zirytowany tym, że adwokat odkrył jego tajemnice i tym, że krytykował jego metodę postępowania. Naturalnie, że kto chce zdobyć, musi zdusić przeciwnika, ależ tu zdobyczą miała być panna Izabela. Wysiadł przed niepozornym sklepikiem, nad którym wisiał czarny szyld z żółtawym napisem Kantor Wechslu i Loterii S. Schlangbauma.
Sklep był otwarty. Za kontuarem obitym blachą i od publiczności oddzielonym drucianą siatką Siedział stary Żyd z łysą głową i siłą brodą. – Dzień dobry, panie Schlangbaum! – zawołał Wokulski. Żyd podniósł głowę i z czoła zsunął okulary na czoło. – A, to pan dobrodziej! – odparł ściskając go za rękę. – Mam do pana prośbę, panie Schlangbaum. Pańskie prośbę tyle znaczy dla mnie, co rozkaz, panie Wokulski. Chcę kupić dom Łęckiego. Znam go. On pójdzie za sześćdziesiąt parę tysięcy. Chcę, żeby poszedł za dziewięćdziesiąt tysięcy i potrzebuję kogoś, kto by listował do tej sumy. Starzec potrząsnął głową i odezwał się po chwili. — Żebym ja pana nie znał, to bym myślał, że pan robi zły interes.
Pożegnali się i Wogulski wrócił do swego mieszkania. Na parę dni przed wyścigami złożył Wokulskiemu w mieszkaniu wizytę hrabia Anglik, z którym zaznajomił się podczas sesji u księcia. Z wizytą i z interesem. Tak, czy wolno? Służę hrabiemu. Baron Krzeszowski, ciągnął hrabia, którego klacz nabył pan zresztą najzupełniej prawidłowo, tak ośmiela się najuprzejmiej prosić pana o ustąpienie mu jej. Cena nie stanowi nic. Baron porobił duże zakłady. Proponuje tysiąc dwieście rubli. Pokulskiemu zrobiło się zimno. Gdyby sprzedał klacz, panna Izabela mogłaby nim pogardzić. – A jeżeli i ja mam moje widoki na ten klacz, panie hrabio?
– odparł. – W takim razie pan ma słuszne pierwszeństwo. – Tak – wycedził hrabia. – Zdecydował pan kwestię – rzekł Wokulski z ukłonem. – Czy tak? Bardzo żałuję, barona, ale pańskie prawa są lepsze. Stał z krzesła jak automat na sprężynach i pożegnawszy się dodał. – Kiedyż do rejenta, drogi panie, z naszą spółką? Namyśliwszy się, przystępuję z pięćdziesięcioma tysiącami rubli. Tak, to już zależy od panów. Bardzo pragnąłbym widzieć ten kraj kwitnącym i dlatego, panie Wokulski, posiada pan całą moją sympatię i szacunek. Tak, bez względu na zmartwienie, jakie pan robi baronowi. Tak, byłem pewnym, że mu pan ustąpi konia. Nie mogę. Pojmuję pana, zakończył hrabia. Szlachcic, choćby się odział w skórę przemysłowca, musi wyleźć z niej przylada okazji.
Pan zaś, proszę mi wybaczyć śmiałość, jesteś przede wszystkim szlachcicem i to w angielskiej edycji, jakim każdy z nas być powinien. Mocno uścisnął mu rękę i wyszedł. Pokulski przyznawał w duszy, że ten oryginał udający marionetkę ma jednak dużo sympatycznych przymiotów. Tam do licha mruknął, strzelając palców. A skąd oni wiedzą, że ja kupiłem klacz? Bagatela. Przecież kupiłem ją od pani Krzeszowskiej za pośrednictwem Maruszewicza. Zresztą za często bywam w maneżu. Wie o mnie cała służba. Zaczynam już palić głupstwa. Jestem nieostrożny. Nie podobał mi się ten Maruszewicz. Nareszcie nadszedł dzień wyścigów. Pogodny, ale nie gorący. Właśnie jak potrzeba. W Alejach Ujazdowskich był już taki natłok powozów i dorożek, że miejscami należało jechać z tempa.
Przy Rogatce zaś utworzył się formalny zator i Wokulski musiał czekać z kwadrans pożerany niecierpliwością, zanim ostatecznie powóz jego wydostał się na mokotowskie pola. — Nareszcie jest pan! — załamał dyrektor Maneżu i wskazując oczyma na Jokeya dodał — Zapoznam panów. Pan Jung, najznakomitszy w kraju Jokey, pan Wokulski. Jokey podniósł dwa palce do żółto-niebieskiej czapki, a wyjąwszy drugą ręką cygaro z ust, plunął przez zęby. Wokulski przyznał w duchu, że tak chudego i tak małego człowieka jeszcze w życiu nie widział. — Niechże pan powie, panie Jung, czy nie wygramy? — spytał dyrektor. — Ach! Odpowiedział Jockey. – Tam te dwa konie są niezłe, ale nasza klacz, sułtanka, znakomita – mówił dyrektor. – O!
– potwierdził Jockey. Bukulski odprowadził go na stronę i rzekł – jeżeli wygramy, będę panu winien pięćdziesiąt rubli ponad umowę. Jockey znowu plunął na długość konia i poszedł w stronę trybuny. Do słuchania lalki przy dobrej kawie zaprasza Bipi. Właściciel kawiarni Wild Bean Cafe na stacjach Bipi. Teraz w Netto polski jabłka wczesny luz tylko 2,99 za kilogram, aż o 57% taniej. A filec z piersi kurczaka sztuka mięsa MegaPaka jedynie 15,99 za kilogram, aż o 38% taniej. Netto. Dużo dobrego. Stresujesz się decyzją o studiach? No, trochę. Chciałbym wybrać mądrze, ale jak to zrobić? To ważne pytanie.
Pokazano wszystkie 22 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Rozmowa o fragmentach lalki Bolesława Prusa, opowiadającej o Wokulskim i Ochockim.
Promocja kawiarni Wild Bean Cafe z ofertami na jabłka i kurczaka.
Streszczenie pytania o decyzję o studiach i propozycja wyboru na Uniwersytecie WSB Merito.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.