"Lalka" Bolesława Prusa. Fragment piąty
Wokulski i Łęcka powracają. Tym razem głosem Andrzeja Seweryna. To jest piąty odcinek audio adaptacji "Lalki" Bolesława Prusa emitowanej na antenach RMF FM i RMF Classic. Premiery online w poniedziałki i czwartki. Partnerem "Lalki" w RMF Classic jest BP, właściciel kawiarni Wild Bean Cafe na stacjach BP. #płatnawspółpraca
Czy pan rozumie, jaki nastąpiłby przewrót w świecie po podobnym wynalazku? Co mnie, żeniaczka, kobiety? Oszaleję albo przypnę ludzkości skrzydła. A gdybyś pan je nawet przypiął, to co? – spytał Wokulski. Sława, jak jej nie dosięgnął jeszcze żaden człowiek – odparł Ochocki. Bądź pan zdrów, muszę iść. Uścisnął Wokulskiemu rękę, zbiegł ze wzgórza i zniknął między drzewami. Wokulski rozłożył list od pani Meliton i czytał. Panie, ważna wiadomość. Za kilka dni Łęckim sprzedają kamienicę, a jedynym kupcem będzie baronowa Krzeszowska, ich kuzynka i nieprzyjaciółka.
Wiem z pewnością, że zapłaci za dom tylko 60 tysięcy rubli, a w takim razie resztka posagu panny Izabeli w kwocie 30 tysięcy rubli przepadnie. Chwila jest bardzo pomyślna, gdyż panna Izabela, postawiona między biedą a wyjściem za marszałka, chętnie zgodzi się na każdą inną kombinację. Domyślam się, że tym razem nie postąpisz pan z nastręczającą się okazją, jak z wekslami Łęckiego, które podarłeś w moich oczach. Zresztą możesz pan sprawić Beli małą przyjemność. Baron Krzeszowski, przyciśnięty potrzebą, sprzedał własnej żonie swoją ulubioną klacz, która w tych dniach ma się ścigać i na którą wiele rachował. O ile znam stosunki, Bella byłaby szczerze contenta, gdyby ani Baron, ani jego żona nie posiadali tej klaczy w dniu wyścigów.
Baron byłby zawstydzony, że sprzedał klacz, a Baronowa zrozpaczona, gdyby klacz wygrawszy komu innemu przyniosła zysk. Bardzo subtelne są te wielkoświatowe komerarze, ale spróbuj je pan zużytkować. Okazja zaś nastręcza się, gdyż o ile słyszałam, niejaki Maruszewicz, przyjaciel Obojga Krzeszowskich, ma panu zaproponować kupno tej klaczy. Pamiętaj pan, że kobiety są niewolnicami tylko tych, którzy potrafią je mocno trzymać i dogadzać ich kaprysom. Doprawdy, zacznam wierzyć, że urodziłeś się pan pod szczęśliwą gwiazdą. Szczerze życzliwa, A.M. Wokulski głęboko odetchnął. Obie wiadomości były ważne. Drugi raz przeczytał list, podziwiając szorstki styl pani Meliton i uśmiechając się przy uwagach, jakie robiła nad swoją płcią.
Mocno trzymać ludzi czy okoliczności, to leżało w naturze Wokulskiego. Wszystko i wszystkich chwytałby za kark, wyjąwszy pannę Izabelę. Ona jedna była istotą, której wobec siebie chciał zostawić absolutną wolność, jeżeli nie panowanie. Na kilka minut przed dziesiątą wszedł Maruszewicz. Młody człowiek wydawał się jeszcze bardziej zniszczonym i onieśmielonym aniżeli wczoraj. — Pozwoli pan — odezwał się Maruszewicz po kilku słowach powitania — że od razu położę karty na stół. Pani baronowa Krzeszowska — jestem przyjacielem obojga baronostwa — pragnie zbyć klacz wyścigową. Zaraz pomyślałem, że pan przy swoich stosunkach może życzyłby sobie posiadać podobnego konia. Jest ogromna szansa wygranej, gdyż biegają prócz niej w wyścigu tylko dwa konie, znacznie słabsze.
W tej chwili z prawej oficyny wyszła piękna kobieta z małą dziewczynką. Była to wysoka szatynka z szarymi oczami o klasycznych rysach. Spojrzeli na siebie oboje z Wokulskim i dama zarumieniła się. – Skąd ja ją znam? – pomyślał Wokulski, wychodząc z bramy na ulicę. – Widziałem ją w sklepie. Nawet Rzecki zwracał mi na nią uwagę i mówił, że ma śliczne nogi, istotnie ładne. Cofnął się znowu w bramę i począł czytać spis mieszkańców. Co? Baronowa Krzeszowska na drugim piętrze? Co? Co? Maruszewicz w lewej oficynie na pierwszym? Szczególny zbieg okoliczności. Trzecie piętro od frontu studenci, ale kto może być ta piękność? Prawa oficyna, pierwsze piętro.
Dom handlowy nie na próżno nazywa się domem. Kamienica dla kupca jest jak strzemię dla jeźdźca. Pewniej siedzi na interesach. Handel nieoparty na tak realnej podstawie, jaką jest dom, jest tylko kramarstwem. — O jakąż to chodzi kamienicę, jeżeli szanowny pan raczysz mnie już zaszczycać swoim zaufaniem? Ma być w tych dniach licytowany dom pana Łęckiego. Znam, przerwał adwokat. Mury wcale dobre, rzeczy drewniane należałoby stopniowo zmienić. W rezerwie ogród. Licytuje Baronowa Krzeszowska do 60 tysięcy rubli. Konkurentów zapewne nie będzie, kupimy najwyżej za 60 tysięcy rubli. Choćby za dziewięćdziesiąt tysięcy, a nawet i więcej, wtrącił Bogulski. – Po co? – skoczył na fotelu adwokat. – Nie chcę obdzierać mego przyszłego wspólnika. – Wspólnika?
— Rozumiesz, tylko nie ufasz mi. Wielka to cnota nieufność. Leczyć z niej pana nie będę, tyle ci powiem. Łęcki bankrut może zostać krewnym nawet kupca, a tym bardziej kupca szlachcica, ale Łęcki z trzydziestoma tysiącami rubli w kieszeni? Panie mecenasie, przerwał Wokulski, czy zechce pan w moim imieniu stanąć do licytacji tego domu? Stanę, lecz ponad to, co da pani Krzeszowska, postąpię najwyżej parę tysięcy. Wybacz pan, panie Wokulski, ale sam z sobą licytować się nie będę. A jeżeli znajdzie się trzeci licytant? A w takim razie i jego zdystansuję, ażeby dogodzić pańskiemu kaprysowi. Wokulski wstał. — Dziękuję panu — rzekł za parę słów szczerszych.
Pożegnali się i Wogulski wrócił do swego mieszkania. Na parę dni przed wyścigami złożył Wokulskiemu w mieszkaniu wizytę hrabia Anglik, z którym zaznajomił się podczas sesji u księcia. Z wizytą i z interesem. Tak, czy wolno? Służę hrabiemu. Baron Krzeszowski, ciągnął hrabia, którego klacz nabył pan zresztą najzupełniej prawidłowo, tak ośmiela się najuprzejmiej prosić pana o ustąpienie mu jej. Cena nie stanowi nic. Baron porobił duże zakłady. Proponuje tysiąc dwieście rubli. Pokulskiemu zrobiło się zimno. Gdyby sprzedał klacz, panna Izabela mogłaby nim pogardzić. – A jeżeli i ja mam moje widoki na ten klacz, panie hrabio?
Pan zaś, proszę mi wybaczyć śmiałość, jesteś przede wszystkim szlachcicem i to w angielskiej edycji, jakim każdy z nas być powinien. Mocno uścisnął mu rękę i wyszedł. Pokulski przyznawał w duszy, że ten oryginał udający marionetkę ma jednak dużo sympatycznych przymiotów. Tam do licha mruknął, strzelając palców. A skąd oni wiedzą, że ja kupiłem klacz? Bagatela. Przecież kupiłem ją od pani Krzeszowskiej za pośrednictwem Maruszewicza. Zresztą za często bywam w maneżu. Wie o mnie cała służba. Zaczynam już palić głupstwa. Jestem nieostrożny. Nie podobał mi się ten Maruszewicz. Nareszcie nadszedł dzień wyścigów. Pogodny, ale nie gorący. Właśnie jak potrzeba. W Alejach Ujazdowskich był już taki natłok powozów i dorożek, że miejscami należało jechać z tempa.
Pokazano wszystkie 9 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Rozmowa o fragmentach lalki Bolesława Prusa, opowiadającej o Wokulskim i Ochockim.
Promocja kawiarni Wild Bean Cafe z ofertami na jabłka i kurczaka.
Streszczenie pytania o decyzję o studiach i propozycja wyboru na Uniwersytecie WSB Merito.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.