Mentionsy Mentionsy
Krzyk Horror Podcast
Krzyk Horror Podcast

Putin będzie nieśmiertelny? Ma czas do 2030 roku #95

29.11.2025 ·47 min 11 s

Chcesz więcej odcinków? Słuchaj i obserwuj Krzyk Horror Podcast, zostaw ⭐⭐⭐⭐⭐ i wyślij link z tym odcinkiem do tych, którzy lubią takie historie.Mały chłopiec gonił szczury w brudnym zaułku Leningradu. Nikt wtedy nie przypuszczał, że ta brutalna lekcja uczyni go w przyszłości jednym z najpotężniejszych ludzi świata. Jednak dla Władimira Putina sama władza to za mało. Pragnie czegoś więcej. Mają mu w tym pomóc naukowcy.

Dzisiejszy odcinek to opowieść o brutalnej walce, bólu i bezwzględności, która stworzyła jednego z najbardziej znienawidzonych ludzi na świecie. Władimira Putina. Ale nie licz, że będę się tutaj rozwodził nad tematem wojny za wschodnią granicą i mówił to, czym żyje prasa, telewizja i internet na całym świecie. Dziś poznasz szczegóły znacznie ważniejszej walki, która jest skrywana przed opinią publiczną. Bo najważniejszy człowiek Rosji i wszyscy jego poplecznicy są w stanie podpalić świat, aby zdobyć czas w wojnie o nieśmiertelność. Zanim wsłuchasz się w szczegóły, polub i podbij ten film na YouTubie.

Zostaw również komentarz i obserwacje w serwisie Spotify. To co? Jesteśmy gotowi? Zaczynamy! Wyobraź sobie miejsce, gdzie powietrze jest tak sterylne, że niemal pozbawione jakiegokolwiek zapachu. Miejsce, gdzie każdy krok tłumiony jest przez dywany grubości dłoni, a światło nie pochodzi ze słońca, lecz z tysięcy kryształów żyrandoli zawieszonych wysoko nad twoją głową. To Pekin, a dokładniej Wielka Hala Ludowa. Jest wrzesień. Na środku tej sceny stoją trzej mężczyźni. Władcy. Jeśli zsumować ich władzę, otrzymamy kontrolę nad jedną trzecią ludności świata i arsenałem atomowym zdolnym zamienić naszą planetę w popiół kilkadziesiąt razy. To Xi Jinping, Kim Jong-un i on, Władimir Putin.

To czas. Właśnie tam, w Pekinie, doszło do zdarzenia, które większość mediów potraktowała jako ciekawostkę. Włączony mikrofon, tak zwany hot mic, to moment, w którym maska na chwilę opada. Władimir Putin, człowiek, który jednym grymasem twarzy posyła tysiące żołnierzy na rzeź w błocie Donbasu, nie rozmawiał o amunicji czy granicach NATO. Mówił o nieśmiertelności. Według raportów, które wyciekły do prasy, rosyjski prezydent miał żartować na temat biotechnologii czy przeszczepów organów. O tym, że współczesna nauka pozwoli lada chwila człowiekowi dożyć 150 lat. 150 lat, powiedział. A później dodał coś, co mrozi krew w żyłach. Jeśli zrozumiesz kontekst, to i tak zawsze będzie za mało.

Ray Kurzweil, jeden z najsłynniejszych inżynierów Google i prorok transhumanizmu, wyznaczył bardzo konkretną datę – 2030 rok. Według jego obliczeń to właśnie wtedy ludzkość osiągnie punkt, w którym postęp medycyny i nanotechnologii pozwoli wydłużać życie o więcej niż rok w ciągu każdego przeżytego roku. To moment, w którym śmierć stanie się opcją, a nie koniecznością. Dla nas, zwykłych ludzi, to brzmi jak science fiction. Niczym scenariusz filmu, który oglądasz w piątkowy wieczór. Ale dla ludzi takich jak Putin, którzy mają dostęp do nieograniczonych zasobów, tajnych laboratoriów i naukowców pracujących w cieniu, to jest realny plan biznesowy. Putin ma obsesję na punkcie tej daty. 2030

Spójrz na jego działania. Izolacja, paranoja na punkcie zdrowia, długie stoły, tunele dezynfekcyjne. To nie są działania polityka. To maniakalne zachowanie pacjenta, który za wszelką cenę chce dotrwać do momentu, gdy lekarstwo zostanie wynalezione. Większość analityków myśli, że Putin chce przejść do historii jako Piotr Wielki naszych czasów. Chce odbudować imperium. Ale oni się mylą. On nie chce być historią. On w ogóle nie chce być przeszłością. Chce pozostać wieczną teraźniejszością. Putin jest gotów podpalić świat, zniszczyć gospodarkę i poświęcić całe pokolenia tylko po to, aby kupić sobie te kilka brakujących lat. Byle tylko utrzymać władzę do momentu, gdy technologia... pozwoli mu sprawować ją w nieskończoność.

Chłopiec ma kij, a szczur tylko instynkt. Wowa zagania zwierzę w róg korytarza. To koniec, ślepa uliczka. Chłopiec unosi kij, czując ten moment triumfu, który daje władza nad słabszym. I wtedy dzieje się coś, co zmieni historię świata na kolejne dekady. Szczur nie kuli się ze strachu, nie piszczy. Szczur atakuje. Zwierzę rzuca się prosto na chłopca, celując w jego twarz. Mały Putin w panice rzuca się do ucieczki. Teraz to on jest ofiarą. To on ucieka przed furią stworzenia, które nie miało nic do stracenia. Wiele lat później już jako prezydent Putin opowie tę historię w swojej biografii. Większość ludzi uznała to za barwną anegdotę z dzieciństwa. Ale spójrzmy na to inaczej. To nie była anegdota, ale kod źródłowy.

Kiedy w końcu dopiął swego i po raz pierwszy założył mundur, złożył przysięgę, myślał, że stał się panem świata. Jednak los bywa przewrotny. Zamiast na front zimnej wojny, na przykład do Berlina Zachodniego czy Waszyngtonu, Putin trafił na boczny tor historii. Wysłano go do Drezna, w niemieckiej Republice Demokratycznej. Mamy 1985 rok. To nie był świat Jamesa Bonda. To było miejsce nudy, biurokracji i taniego piwa. Putin nie ścigał amerykańskich szpiegów. Przeglądał prasę, pisał raporty, których nikt w Moskwie nie czytał. I do tego pił dużo piwa. Jego życie zmieniło się w pasmo frustracji. Mieszkał w bloku należącym do stacji. Sąsiedzi wiedzieli, kim jest, a jego praca polegała na udawaniu, że robi coś ważnego.

Wtedy w Dreźnie narodził się w nim cynizm. Zrozumiał, że wielkie idee komunizmu to fasada. Liczy się tylko przetrwanie i kontrola. Ale prawdziwa trauma. Jest 1989 rok. Mur berlijski upada. Ten sam tłum, który przez lata karnie maszerował w pochodach, nagle odzyskuje głos. Niemcy szturmują siedzibę Stasi. Putin patrzy na to z okna wili KGB przy Angelika Strasse. Widzi wściekłość ludzi. Chaos. Tłum zbliża się do jego budynku. Putin dzwoni do dowództwa radzieckiego garnizonu. Prosi o pomoc, o czołgi, o ochronę. I wtedy słyszy zdanie, które wypaliło w nim dziurę, której nic nigdy już nie wypełniło. Moskwa milczy.

Imperium, któremu oddał życie, dla którego zaprzedał duszę, po prostu go porzuciło. Zostawiło go samego naprzeciw wściekłego tłumu. Dla Putina to nie był upadek totalitaryzmu. To nie było zwycięstwo wolności. To była strada. Dowód na słabość władzy. Putin wyszedł do tłumu i skłamał. Powiedział, że w budynku są uzbrojeni żołnierze, którzy będą strzelać. Tłum się cofnął. Kłamstwo zadziałało, ale strach pozostał. Tamtej nocy, paląc w piecu tajne dokumenty, aż pękł komin, Putin zrozumiał też drugą lekcję. Władza nigdy nie może milczeć. Władza nigdy nie może okazywać słabości. Bo jeśli pokażesz słabość, tłum cię pożre. Tak jak szczur w korytarzu. Wowa powrócił do Rosji, która nie była już jego krajem.

Związek Radziecki gnił i rozpadał się na oczach. Leningrad stał się Petersburgiem. Bohaterowie KGB zostali pariasami. Ale Putin nie zamierzał być ofiarą. Został tak zwanym szarym kardynałem, człowiekiem odnoszenia teczki z amerem Anatolijem Sobczakiem. Stał się niewidzialny. Podczas gdy inni walczyli o błysk fleszy, on stał w cieniu, słuchał i zapamiętywał. Budował sieć powiązań z byłymi agentami, nowymi biznesmenami, a nawet lokalną mafią. Nauczył się, że w Nowej Rosji nie liczy się ideologia. Liczą się jedynie pieniądze i lojalność. Koledzy z tamtych lat wspominają go jako człowieka bez twarzy. Nijaki, mówili. Mól. Nie wiedzieli, że ta nijakość to jego pancerz.

Setka ludzi ginie we śnie. Cztery dni później ulica Kaszirska. Kolejny blok i kolejny wybuch. Służby wyciągnęły sto dwadzieścia ciał spod gruzów. Panika to słowo nie oddaje tego, co czuli wtedy Rosjanie. To był pierwotny, zwierzęcy strach. Ludzie bali się zasnąć. Organizowali patrole obywatelskie, pilnowali piwnic, sprawdzali każdy samochód zaparkowany pod oknem. Rosja, która jeszcze chwilę temu marzyła o zachodnim stylu życia, nagle poczuła się jak zwierzyna w klatce. I to właśnie wtedy, w tym chaosie, na scenę wkracza on, Władimir Putin, już nie jako szary urzędnik, ale jako mściciel. Kamery pokazują jego twarz, zimną, zaciętą, pozbawioną cienia wątpliwości.

Znajdują worki z białą substancją i zapalnik. Zegar ustawiony na 5.30 rano. Saperzy przeprowadzają test. Opary substancji zmieniają kolor od czynnika na żółty. To heksogen, potężny materiał wybuchowy. Ten sam, który zniszczył bloki w Moskwie. Władze gratulują mieszkańcom czujności. Premier Putin chwali obywatelską postawę, mówiąc o udaremnionym zamachu terrorystycznym. Wygląda na to, że kolejna tragedia została powstrzymana. Ale wtedy dzieje się coś, co nie pasuje do scenariusza. Milicja namierza podejrzanych. Przechwytuje ich rozmowę telefoniczną. Dzwonią do Moskwy. Numer prowadzi prosto do centrali FSB na Łubiance. Głos w słuchawce mówi – rozdzielcie się i wracajcie osobno.

Kiedy prawda zaczyna wychodzić na jaw, Nikolaj Petruszew, ówczesny szef FSB i bliski przyjaciel Putina, wychodzi do mediów. Z kamienną twarzą oświadcza – to nie był zamach. To były ćwiczenia. W workach był cukier. Cukier. Tylko o tym pomyśl. Służby specjalne podkładają ładunki pod zamieszkały blok. Ewakuują przerażonych ludzi. Pozwalają im stać całą noc na mrosie. A potem mówią. Sprawdzaliśmy waszą czujność. To tylko cukier. Ale czy cukier wymaga detonatora? Czy daje pozytywny wynik testu na heksogen? Te pytania zawisły w próżni, a ci, którzy próbowali na nie odpowiedzieć, jak były agent Aleksander Litwinienko czy dziennikarka Anna Politkowska, zapłacili za to najwyższą cenę. Dla Putina nie miało to znaczenia.

Machina ruszyła. Druga wojna czeczeńska stała się faktem. Rosyjskie bombowce równały grozny z ziemią. Poparcie dla Putina poszybowało z dwóch do ponad pięćdziesięciu procent. Krew na betonie stała się cementem jego władzy. Wowaz Leningradu przestał być urzędnikiem. Stał się carem. Ale prawdziwy test jego człowieczeństwa, a raczej jego braku, nadszedł rok później. Jest sierpień 2000 roku. Morze Barenca. Duma rosyjskiej floty. Atomowy okręt podwodny Kursk znika z radarów. Na pokładzie 118 ludzi. Dwie potężne eksplozje wstrząsają morzem. Gdzie jest nowy prezydent Rosji? Gdzie jest Władimir Putin? Jest w Soczi, na wakacjach, jeździ na nartach wodnych, grilluje.

Przez dni, które wydają się wiecznością, Kreml milczy, odrzucając pomoc Brytyjczyków i Norwegów, którzy mają sprzęt, aby otworzyć właz. Kłamią o nawiązaniu kontaktu z załogą. Nie mówią także prawdy o stanie morza. W tym czasie... Na dnie lodowatego oceanu, w dziewiątym przedziale, dwudziestu trzech marynarzy wciąż żyje. Piszą listy do żon w ciemnościach. Oddychają resztkami powietrza. Czekają na ratunek, który nigdy nie nadejdzie. Bo ich życie jest mniej ważne niż tajemnice wojskowe i wizerunek wielkiej Rosji. Kiedy Putin w końcu przerywa urlop i spotyka się z rodzinami ofiar w bazie w Widjajewie, dochodzi do dandyjskich scen. Matki krzyczą mu w twarz. Nazywają go mordercą. Co robi władza?

Pielęgniarki wstrzykują jednej z krzyczących kobiet środki uspokajające. Przez ubranie, żeby zamilkła i nie psuła obrazka w mediach. Potem przychodzi ten moment. Wywiad w CNN. Larry King pyta Putina. Co się stało z łodzią podwodną? Żeby to zrozumieć, trzeba zobaczyć twarz Putina na tym nagraniu. Widać tam lekki, niemal niedostrzegalny uśmieszek. Łysk wokół, który mówi, nic mi nie zrobicie. Ona zatonęła, odpowiada prezydent. Dwa słowa, cynizm w czystej postaci. W tym momencie Putin pokazał światu swoją prawdziwą twarz. Twarz człowieka, dla którego życie jednostki jest błędem statystycznym. W kolejnych latach dokręcał śrubę. Przejął telewizję NTV, niszcząc niezależne dziennikarstwo.

Wsadził do klatki najbogatszego człowieka w Rosji, Michaiła Chodorkowskiego, pokazując oligarchom Wszystko co macie należy do mnie. Jesteście tylko zarządcami moich pieniędzy. Prezydent stworzył system idealny. Pion władzy, dyktaturę prawa, która z prawem nie ma nic wspólnego. Putin miał już wszystko. Pałace, których nie powstydziliby się carowie. Miliardy dolarów ukryte w rajach podatkowych przez swoich popleczników. Atomowy przycisk, który mógłby zniszczyć cywilizację. Wydawało się, że jest Bogiem, ale każdego ranka, kiedy stawał przed lustrem w swojej rezydencji w Nowogariowie, widział coś, czego nie mógł aresztować, czego nie mógł zastraszyć. Coś, czego nie mógł otruć polonem ani wysadzić w powietrze.

Widział nową zmarszczkę, kolejny siwy włos, drżenie swojej ręki. Widział starość i wtedy, mając u stóp całą Rosję, Władimir Putin zrozumiał, że jego największy wróg... Nie czai się w Waszyngtonie czy Kijowie. Jego największy wróg jest wewnątrz niego. To jego własna biologia. Naturalny termin ważności. I postanowił wypowiedzieć mu wojnę. Wszyscy znamy te zdjęcia, które stały się częścią globalnej popkultury. Władimir Putin z nagim torsem na koniu. Putin z karabinem w tajdze. Władimir Putin nurkujący po starożytne amfory. Przez lata Kreml sprzedawał wizerunek samca alfa, nadczłowieka, lidera, który nie choruje, nie śpi i się nie starzeje.

Ale jeśli strapiesz tę warstwę propagandy i podejdziesz wystarczająco blisko, to zobaczysz szwy po operacjach plastycznych i opuchliznę po wypełniaczach. Ujrzysz też coś zupełnie innego. Zobaczysz panikę. W pewnym momencie gdzieś w okolicach 2010 roku twarz prezydenta zaczęła się zmieniać. Zniknęły głębokie bruzdy na czole. Oczy stały się węższe. Policzki nienaturalnie gładkie i liśniące. Zachodni komicy żartowali z botoksu, ale w Rosji to nie był temat do śmiechu. Dla autokraty starość oznacza słabość, a słabość to wyrok śmierci. Putin zrozumiał, że jego ciało nie jest tylko jego własnością. Stało się fundamentem państwa. Jeśli upadnie ciało cara, upadnie także imperium.

I tak właśnie zaczęła się obsesja. Putin zaczął od medycyny estetycznej, ale to mu nie wystarczało. Szukał głębiej. Szukał metod, które wykraczają poza to, co oferują szwajcarskie kliniki. I znalazł je w miejscu, gdzie Europa kończy się, a zaczyna mistycyzm Azji. W górach Ałtaju. To tam, w odległej rezydencji należącej do Gazpromu, Władimir Putin zaczął brać udział w rytuałach, które brzmią jak wyjęte z mrocznych legend średniowiecza. Wyobraź sobie wannę, ale nie jest ona wypełniona wodą z solami mineralnymi. Jest pełna gęstej, ciemno-czerwonej cieczy o metalicznym zapachu. Spokojnie, to nie jest krewni winnych ludzi. Jest to wywar z porosza. Na Syberii żyją marale, szlachetne jelenie.

Wiosną ich poroże rośnie w niesamowitym tempie. Jest miękkie, pełne krwi i substancji aktywnych. Według lokalnych szamanów i znachorów, kąpiel w warze z tych młodych, wciąż żywych i ukrwionych rogów, zwanych pantami, ma dodawać siły. Pojawia się witalność i cofa zegar biologiczny. Proces pozyskiwania tego eliksiru jest brutalny. Zwierzęta są wiązane, a rogi odcina się piłą na żywca. Jeleń wyje z bólu, krew tryska. Ale dla człowieka, który chce żyć wiecznie, cierpienie innej istoty nie ma żadnego znaczenia. Mówi się, że do tych krwawych kąpieli przekonał Putina jego były minister obrony, a także bliski przyjaciel, Siergiej Szojgu. Razem latali na Ałtaj, razem też zanurzali się w czerwonej mazi, wierząc, że wchłaniają witalność natury.

To obraz, który trudno wyrzucić z głowy. Prezydent atomowego mocarstwa, człowiek w garniturze za 10 tysięcy dolarów, leżący w wannie pełnej wywaru z krwi zwierzęcia, szukający ratunku w szamanizmie. Ale to tylko jedna strona medalu. Putin jest pragmatykiem. Mistycyzm łączy z paranoją. Z biegiem lat wokół jego ciała wyrósł mur, którego nie powstydziłby się średniowieczny władca, obawiający się na przykład trucizny. I to nie jest metafora. Kiedy Putin podróżuje za granicę, jego ochroniarze z Federalnej Służby Ochrony mają specjalne zadanie. Nie chodzi tylko o wypatrywanie snajperów. Chodzi o to, co prezydent po sobie zostawia. Francuzki magazyn Paris Match ujawnił wstrząsający szczegół.

Podczas wizyty Putina w Arabii Saudyjskiej czy we Francji specjalni agenci zbierali do walizek ekskrementy prezydenta. Tak, jego mocz i kał. Wszystko było pakowane i zabierane z powrotem do Rosji. Dlaczego? Bo Putin panicznie boi się, że obce wywiady przejmą jego DNA, że zbadają jego stan zdrowia, odkryją ukryte choroby, a może nawet w jego paranoicznym umyśle stworzą broń biologiczną. zaprojektowaną specjalnie pod jego kod genetyczny. To brzmi jak szaleństwo, ale dla niego to jest wojna o przetrwanie. Z każdym rokiem krąg ludzi dopuszczonych do ciała numer jeden Rosji kurczy się. Znikają politycy, a ich miejsce zajmują lekarze. Dziennikarze śledczy z portalu Projekt odkryli, że Putinowi w podróżach do Soczi towarzyszy cała brygada medyków.

Czasem pięciu, a nawet dziesięciu. Wśród nich zawsze jest anestezjolog-reanimator i co najbardziej znaczące specjalista od raka tarczycy. Oficjalnie prezydent jest okazem zdrowia. Gra w hokeja, jeździ konno, ale kiedy kamery gasną, zostaje stary człowiek, który coraz częściej znika z życia publicznego na całe tygodnie. Pracuje z dokumentami, mówi wtedy rzecznik Pieskow, ale wszyscy wiedzą, że to kot. Kot oznaczający ból pleców, czy operacje, albo kuracje. Jednak kąpiele w porożu i agenci pilnujący toalety to za mało. Putin potrzebuje czegoś więcej niż tylko konserwacji. Potrzebuje przełomu. I tu na scenę wkracza jego rodzina. Ta sama, którą tak skrzętnie ukrywa.

Maria Worącowa, starsza córka, z wykształcenia endokrynolog. Z powołania nadzorczyni projektu, który ma dać ojcu to, czego nie da mu żaden szaman. Pod jej patronatem Kreml pompuje miliardy rubli w program badań genetycznych. Instytut Kurczatowa, niegdyś serce radzieckiego programu atomowego, teraz staje się centrum badań nad rosyjskim genomem. Oficjalnie chodzi o leczenie chorób rzadkich. Nieoficjalnie o inżynierię genetyczną, o edycję DNA, o znalezienie klucza do spowolnienia starzenia albo odwrócenia tego procesu. To jest wyścig zbrojeń, w którym stawką nie są terytoria, ale komórki. Putin traktuje rosyjską naukę jak swój prywatny warsztat alchemiczny.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.