Mentionsy Mentionsy
Ja i moje przyjaciółki idiotki
Ja i moje przyjaciółki idiotki

Typ Zagraniczny

13.09.2026 ·1 godz 1 min · 1 rozdział · 1 sponsor

O związkach w innych językach, na innych kontynentach i związkach międzykulturowych.----Partnerem reklamowym dzisiejszego odcinka jest aplikacja do nauki Duolingo, w której możecie uczyć się ponad 40 języków - i nie tylko, bo nawet szachów, czy matematyki!Klikając w ten link dostajecie dostęp do darmowego Duolingo Super dla nowych użytkowników na pierwsze dwa tygodnie: KLIKJeśli chcecie wyrobić w sobie nowy, fajny nawyk i dobrze wykorzystać jesienny czas, to zachęcam serdecznie! Ja obecnie cisnę dalej francuski :) 

Cóż za wyjątkowy odcinek dziś nadchodzi, kochani. Nie mogłam się go doczekać i wiem, że wiele z was również, a przyda nam się wyjątkowo, bo się zaczął wrzesień. Wrzesień, jak wiemy, jest już miesiącem jesiennym, no a nie należy on do ciepłych miesięcy, tak? Jesień nam zagląda już w gacie, będzie coraz ciemniej, coraz zimniej, dlatego Potrzebujemy odrobiny słońca, przedłużenia opalenizny, odrobiny egzotyki turystycznej. Także odcinek o typach zagranicznych, związkach międzynarodowych chyba nam siądzie jak znalazł. Miłość, jak wiemy, no co, nie ma granic. Żyjemy w czasach, w których jak nam brakuje witaminy D, to wsiadamy w samolot. Ale jak nam brakuje witaminy M, jak miłość,

1:05 · Duolingo 24

A dziś opowiemy sobie o związkach międzykulturowych, relacjach z barierą językową, o tym, że nasze serca nie znają granic, Jakie są plusy i minusy takich związków? Także przekopałam maila, przepytałam znajomych mających takie związki, a wnioski z tych rozmów dzisiaj usłyszycie. Najpierw będzie piosenka. Uznałam, że wybiorę jakąś, nie po angielsku jak zawsze, niech ten odcinek będzie bardzo językowy. Uwaga, oto ona. Edith Piaf, piosenka, hymn miłości. Błękitne niebo może na nas spaść, a ziemia może się rozpaść. Nie obchodzi mnie to. Jeśli mnie kochasz, mam gdzieś cały świat. Dopóki miłość będzie zatapiać moje poranki, dopóki moje ciało będzie drżeć za sprawą Twego dotyku, nie obchodzą mnie problemy, ponieważ mnie kochasz, mój kochany.

Poszłabym za Tobą na koniec świata, przefarbowałabym włosy na blond, Gdybyś mnie o to poprosił, zabrałabym księżyc niebu i skradła fortunę. Gdybyś mnie o to poprosił, wyparłabym się mojej ojczyzny. Wyparłabym się moich przyjaciół. Gdybyś mnie o to poprosił, można się ze mnie śmiać, ale zrobiłabym wszystko, o co byś mnie tylko poprosił. Are you insane, Edith Piaf? Czy każdy może być w związku z obcokrajowcem? Czy da się zbudować relacje, jeżeli się nie da ze sobą porozumieć w swoim języku? No są takie sytuacje. Normalnie są ludzie w związkach z ludźmi, gdzie się dogadują ze sobą na migi albo przez jakichś tłumaczy.

No tak ja mam, że możecie wszystko wyłożyć komuś, wiecie, o sobie, opisując detale po prostu wydarzeń swojego życia tak dokładnie, jak tylko się da, ale jednocześnie ja na przykład wiem, że w żadnym języku poza swoim ojczystym nie jestem sobą. To jest moim zdaniem najdziwniejsze dla mnie w związkach multikulturowych, multijęzykowych, że mi by tu brakowało możliwości po pierwsze takiego samego wyrażania swojego żartu, poczucia humoru, które jest dla mnie mega ważne w związku, a po drugie, żeby dla mnie było potwornie trudne taki brak znajomości kontekstu kulturowego takiego samego. Jak można się pogodzić z tym, że nasza partnerka albo partner nie wiedzą co robili i jak się wydarzyły wielkie wydarzenia z historii Polski? Jak znaleźć porozumienie dusz z osobą, która nie zna piosenki Gdzie jest krzyż?

Albo która nie rozumie fenomenu Maryli Rudowicz, nie? Z którą nie może powspominać Majki Jeżowskiej. Nie mieści mi się to w głowie. Z drugiej jednak strony przecież, gdzieś w Holandii, czy Anglii, czy nawet w Indiach, może nie istniała żadna Maryla Rodowicz, ani Majka Jeżowska, ale mają własne odpowiedniki? Może to jest dla niektórych osób ciekawe, że lubią słuchać historii odmiennych życiorysów i to jest właśnie dla nich takie ciekawe? Kompletnie inne dzieciństwo, tradycje, odmienna kultura, czasem też wierzenia, możliwość poznawania kultury i dziedzictwa jakiegoś kraju oczami tej osoby, która się w nim wychowywała jest super ciekawe, nie? Ale no na przykład dla mnie to jest okej w przyjaźni, ale żeby budować ze sobą związki?

Dla mnie nie ma połączenia emocjonalnego z drugą osobą, jak ja się nie dowiem, co ona robiła, ta osoba, jak była katastrofa smoleńska albo śmierć papieża. Wiecie, te polskie takie kamienie milowe historii. Ja nie mogę sobie wyobrazić, jak wy możecie być w relacjach z osobami, z którymi nie możecie porozmawiać o akcji, nie wiem, terroryzowania nas w dzieciństwie piciem mleka i akcji pij mleko będziesz wielki. O czym wy w ogóle rozmawiacie na pierwszych randkach? Zapytałam o to przyjaciółki i mi odpisała, że dla niej w relacji z pół Japończykiem, pół Islandczykiem, że owszem, są wyzwania językowe, ale że na przykład przedstawia mu różne polskie powiedzonka po angielsku. Na przykład pytasz dzika, czy sra w lesie. W sumie śmieszne to, ale na jaką głębię z drugim człowiekiem można wejść, jak zamiast tego można pominąć tłumaczenie sobie wzajemnie właśnie takich rzeczy, a już rozmawiać o emocjonalnych rzeczach i o takiej, wiecie, no codzienności.

Plus. Kolejny plus. Po polsku kłócę się dużo bardziej niż po angielsku, a po angielsku nie mam takiego zasobu przekleństw, więc kłótnie są bardziej kulturalne i wyważone. Staramy się siebie wzajemnie zrozumieć. Minus jest taki, że w pewnym momencie jak mi mózg paruje, to mnie odcina i trzeba to przekładać, co też jest w sumie okej, bo emocje opadają i częściej gadamy już na spokojnie zamiast doprowadzać do eskalacji. Minus. Czasem jest problemem jak idziemy się spotkać ze znajomymi, a on albo ja jesteśmy jedynymi osobami, które nie mówią w danym języku.

To nagle wszyscy muszą mówić po angielsku, a nie wszyscy lubią, niektórych to męczy. Także było kilka sytuacji, gdy któryś z nas się czuło olane w towarzystwie. Ale finalnie to nie on odpowiada za zachowanie swoich znajomych, to są dorośli ludzie i świadczą sami o sobie. Mam wrażenie, że codziennie uczę się czegoś nowego. Nie ma w ogóle nudy, albo rozwijam język, albo poznaję jego kulturę i różne ciekawostki, choćby to, że szukamy podobieństw między kuchnią polską i japońską. To jest fajne. Obie strony wykonują pracę, żeby się dogadać. Czasem mogę udać, że czegoś nie zrozumiałam, jak coś spierdolę i na przykład przereaguję i użyć tego argumentu, żeby coś przegadać ponownie i znaleźć porozumienie. Minus. Czasem, jak rozmawiamy, to zdarza się, że używamy tych samych słów albo zdań, ale nasze znaczenia trochę się różnią.

Jest jakiś próg błędów w znaczeniach naszych głowach i to czasem prowadzi do nieporozumień. Minus. Czasem czuję, że nie mogę się w pełni wyrazić i w klacie tak mnie ściska, że nie mogę wszystkiego z siebie wyrzucić. Minus. Żałuję, że on nie może zrozumieć, jaka jestem śmieszna w swoim pierwszym języku i że moje poczucie humoru jest dużo głębsze i sporo go omija. Kolejny minus. Dopiero po 10 latach i przeprowadzce do Polski mój partner zrozumiał, że w Polsce narzekanie jest strategią. Strategią na połączenie i bonding. No i tu ja to rozumiem. Dla innych kultur narzekanie może być czymś mega negatywnym, a dla nas to jest takie jakieś jednoczące chyba, że jesteśmy w tym razem, w tej chujowiźnie np. brzydkiej pogody. I jest od razu temat do zrozumienia się, jakieś wspólnoty.

Ale też trzynasty punkt plus. Stajesz się automatycznie obywatelem świata. Razem z ukochaną osobą dostajesz dostęp do nowego kraju, wakacje za darmo urodziny, dzieci na start mają dwa albo trzy języki i tym podobne. No dobra, no to mamy głównie na razie kwestie językowe. Są plusy i minusy. Dla mnie one wszystkie brzmią jak minusy i nie dam się przekonać, kochani, nie zmienię tego zdania. Natomiast z jakiegoś powodu nie dla każdego bariera językowa jest barierą łóżkową albo nie dla każdego bariera na granicy państw jest barierą paszportową i transportową. Miłość Nie ma granic. Mówi się, że można się porozumiewać bez słów. No dobra, uznajmy, że dla kogoś tak może być. I przecież są takie związki. Nawet mi się pięknie na to zawsze patrzy, nawet jeśli sama bym tak nie mogła.

Ale są też w związkach międzykulturowych, kochani, różnice właśnie kulturowe. I one bywają mniejsze i większe. I na przykład moja najlepsza przyjaciółka Lena jest z tym Szwedem Edwinem, ale on nie jest takim typowym Szwedem stereotypowym, bo jest też półirlandczykiem. I dlatego jest otwarty, towarzyski, zawsze jak z nimi jestem, to mordy nam się wszystkim nie zamykają i on jest ekstra, ale stereotypowi. No właśnie, stereotypowa Polka jaka jest? Jaki jest stereotypowy Polak? Niby jesteśmy otwarci, gościnni, towarzyscy, łatwo nawiązujemy relacje, ale jednocześnie jesteśmy na przykład bardzo tacy wprost. Nie lubimy small talków, takich, wiecie, uprzejmości, jak na przykład mają do ekstremów doprowadzony to Amerykanie.

To na przykład kraje arabskie albo na przykład wpływ rodziców i dziadków i ich zdania na życie. W niektórych kulturach jest tak, że zdanie rodziców i w ogóle starszej części rodziny jest czasem nie do podważenia. I to też jest wpływ kodów kulturowych, takich wiecie, skryptów, które mamy wgrane w głowie i one już często po prostu są w naszym DNA i my nie wiemy, że można inaczej. Na przykład Związek Polsko-Irlandzki, że wakacje to jest czas z rodziną, a im więcej rodziny, tym lepiej. Wszystko, co się robi w ogóle jest dla dobra całego klanu, a nie tylko dla samej pary. I wszyscy biorą wtedy wolne w jednym momencie, wszyscy jadą na domek albo tam na wieś razem się spotkać i to po prostu przypomina już zaraz prawie jak wigilię, czy jakiś ślub, zjazd rodzinny.

No ale do tego wszystkiego dochodzi przecież jeszcze różnica w kulturach, no i wiemy doskonale, że są kultury, które są bliskie naszej polskiej, a są takie, które są mocno inne. Na przykład wyobrażam sobie, że relacja z kimś, kto jest z Bałkanów może mieć mniejszy procent dziwności i takich potencjalnych problemów, niż na przykład relacja z kimś z kultury arabskiej, bo to już jest kompletnie inny przecież system pochodzenia, podchodzenia do relacji damsko-męskich. Mówię damsko-męskich, bo inne są tam przecież surowo karane. No i z historii, które dzisiaj odnalazłam, ciekawych, będzie właśnie historia z relacji z chłopakiem z Turcji, którą zaraz wam odczytam. Bardzo ciekawy przypadek. To jest mail nadesłany jeszcze do Olimpiady Idiotkowej w kategorii boksowania się z przeszłością, ale w tym momencie to jest dla mnie idealny przykład historii o zerwaniach i powrotach, ale z dużą różnicą kulturowo-religijną w tle.

On był inny. Był cierpliwy, okazywał szacunek. Byłam zakochana. W moim dzienniku z podróży napisałam, że w Stambule czekało na mnie to, czego od tak dawna pragnęłam. Od tego czasu rozmawialiśmy każdego wieczoru po trzy godziny, czasem dłużej. Byłam w szoku, że można tyle z kimś rozmawiać i nadal mieć tematy do rozmów. Trzymaliśmy nasz związek w tajemnicy. Moi rodzice oczywiście by mnie zabili, podobnie jego. W grę wchodziła głównie jego religia. Choć, jak okazało się później, chłopak miał się z czego spowiadać i kręcić kółeczka wokół Al-Kabby. Proszę to potraktować jako żarcik. Zero złośliwości. Nasze rozmowy nie miały końca, a i z czasem zaczęły skręcać w coraz bardziej pikantne zakręty. Byłam już szalenie zakochana. Ta mieszanka wzajemnego szacunku, wspólnych rozmów posypane szczyptą zakazanej miłości

Tak, jasne. Po miesiącu od naszego ostatniego spotkania on postanowił przyjechać do mojego miasta i zostać ze mną dwie noce. Nie powiem, że moje idiotkowe serduszko znów na moment zabiło mocniej. Tym razem gość był w moim pokoju, spaliśmy i kochaliśmy się na moim single bed. Jak się pomieściliśmy, nadal się zastanawiam. On przygotował mi rano śniadanie i wreszcie mogliśmy chodzić za rękę, bo w moim mieście raczej nikt go nie znał. Ale znów radość nie trwała długo, bo odprowadzając go na dworzec, on znowu powiedział mi, że nie powinniśmy ze sobą być, bo jego religia, bo jak mój Erasmus się skończy znowu i pojadę do Polski i znowu będziemy daleko od siebie, bo zarówno jak ja i on nie mamy właściwie żadnego planu. Ja, znów złamane serce, zaczęłam każdego ranka uprawiać jogging, wkurwiłam się i stwierdziłam, że nie będę już grała tak jak on mi zagra.

Aż do czasu, gdy znów typ postanowił wrócić do Stambułu. Dzień wcześniej przed zakończeniem turnusu. Mówił, że ma ważne spotkanie i nie może go przełożyć. Nie drążyłam tematu. Przyzwyczaiłam się już trochę do tego, że ostatnie noce hotelowe zwykle spędzam sama. Odprowadzając go na lotnisko zapytałam się w końcu na czym stoimy. I jak on widzi ten nasz so-called związek? Mój Arab tylko przewrócił oczami i powiedział, że to nie czas i miejsce na to, żeby teraz o tym rozmawiać. Trudno było się nie zgodzić, byliśmy na lotnisku, a on do wylotu miał godzinę. Po jego wylądowaniu dostałam pierdyliard wiadomości o tym, że to jest dla niego bardzo trudne, on nie wie, jak będzie wyglądać przyszłość, że oczywiście jestem dla niego ważna, ale jego religia i tym podobne. Już to znałam. A jebać go, stwierdziłam i kontakt się urwał. 2018 miał być moim rokiem przełomowym.

Już wtedy zaczęłam się zastanawiać, że może taki związek byłby okej. Wiesz, jesteśmy dla siebie cholernie ważni, ale oboje jesteśmy w momencie, że nie wiemy, co ze sobą zrobić. On miał plan wyjazdu do Kanady, mieliśmy tam jechać razem, już nawet był w kontrakcie z kilkoma firmami, które mogłyby go zatrudnić, pomóc z wizą i tak dalej. Miałam tę wizję wspólnego życia i taplałam się w niej. Zobaczyliśmy się jeszcze raz w czerwcu tego samego roku. Dostałam wtedy zaproszenie na tureckie wesele i zabrałam araba ze sobą. Znów spędziliśmy początek lata razem. Byłam przeszczęśliwa. Zerwanie numer 3. Po weselu on znów zaczął odpierdalać. Znów zaczęła się typowa wiązanka. To co robimy jest złe, nie powinniśmy się widzieć, moja religia, gdyby moi albo twoi rodzice się dowiedzieli. Ja, już nie ukrywajmy, po trzech latach byłam po prostu bezsilna.

To mnie tylko wkurwia, to zasłanianie się religią. Można by tu było wstawić absolutnie jakąkolwiek inną religię zabraniającą seksu przed ślubem, czyli każdą, no ale albo rybka, albo pipka, no. A fish or a pussy, no. Ale kochani, to nie był koniec, bo nastąpiło zerwanie numer pięć. Chociaż mój związek rozwijał się, ja nadal utrzymywałam kontakt z Arabem. Już nie rozmawialiśmy jak przedtem. Kiedyś nawet uraczył mnie postanowieniem, że jeśli którykolwiek z nas wyjdzie za mąż lub ożeni się, to będzie to oznaczało definitywny koniec. Ja, choć czekałam na jakąkolwiek wiadomość z jego strony, która mogłaby oznaczać, że dojrzał do decyzji i że chce ze mną tworzyć przyszłość, nigdy takowej nie otrzymałam. Powrót numer 6, ze znakiem zapytania. Czas na największe idiotkowe posunięcie z mojej strony.

Żyłam tam jak w swoim własnym Mamma Mia, poznając kolejno typa z Chile, który w Atenach miało spędzić ostatni dzień przed wyjazdem na rok do Kenii, Gdzie miał być misjonarzem, dwie godziny całowania się na dachu w hostelu, bo mam miękkie serce dla dobrych typów. Następnego dnia typ z Egiptu, który złamał dla mnie wszystkie swoje kulturowe przyrzeczenia, obściskując się ze mną na skałkach pod Akropolem i jego. Wracając jeszcze zarumieniona z obściskiwania się z Egipcjaninem, na ostatnim piętrze hostelu wpadłam prosto na niego, z całym swoim impetem hamując w jego ramionach. On pyta skąd jestem, a ja zawstydzona, że z Polski. Na co on ze swoim bajecznym akcentem odpowiada miękko, Jestem Alex. Przyjechałem z Melbourne i tydzień temu byłam w Polsce. Kocham ten kraj, serio. To mój ulubiony. Może wpadniemy na siebie jutro?

Tej nocy zasypiając myślałam tylko o wspaniałym lądowaniu na jego australijskiej klacie i o tym, że mogę być jego wymarzoną polską dziewczyną, bo przecież widziałam typa całych 5 minut. I jestem tylko sobą. Następnego dnia faktycznie wpadliśmy na siebie wieczorem, kiedy wracałam z samotnego włączenia się po Atenach. Grupą składającą się z mieszanki narodowości wypiliśmy kilka piw, on nie spuszczał ze mnie wzroku, żywo słuchał wszystkiego co mówię, śmiał się z moich żartów i tych kulturowych różnic między kontynentami. Oczywiście okazało się, że mamy takie same poglądy, a do tego, że jest cudownie inny od wszystkich tych polskich chłopów, z którymi idiotkowałam wcześniej, więc kiedy na tym nieszczęsnym dachu ateńskiego hostelu, na którym wylądowaliśmy, zaczął szeptać mi miłe słówka do ucha, odleciałam. Uprawialiśmy bardzo filmowy seks na dachu z widokiem na Akropol i z księżycem w pełni nad naszymi głowami, a ja już myślałam tylko o tym, że następnego dnia rano muszę jechać na lotnisko.

Parę tygodni, a może miesięcy później, zakochana nie liczyłam przecież czasu. Czekałam aż pod koniec roku znów będzie miał miesiąc wakacji i tak jak obiecał przyjedzie do Polski, kontakt zaczął się urywać. Ja już na maksa wkręcona byłam gotowa nie spać całą dobę, żeby tylko złapać się z nim na lakoniczne u mnie okej. I wtedy, pewnego koszmarnego dnia, napisał mi, że niestety musi mnie prosić o usunięcie całej konwersacji. Ja nie wiedząc co się dzieje, zapłakana trzaskałam screena za screenem moich ulubionych obietnic i wyznań, zachwytów nade mną i jego uśmiechniętych zdjęć, które parę miesięcy później w szale wściekłości usunęłam. Nigdy nie wyjaśnił mi, czy po prostu znalazł na miejscu dziewczynę, czy co się właściwie stało. Ale ja postanowiłam postawić nad nim krzyżyk, bo nie ukrywam, wkurwił mnie i złamał boleśnie moje miękkie idiotkowe serce.

A do tego, to on nawet wtedy był w Polsce, ale już się bał napisać. Rozumiesz to? Typ z drugiego końca świata kurwa był w naszej małej dziurze, bo przyleciał tam dla mnie, bo mnie rzekomo kochał i nie dał znać, że chodzi se po ulicach mojego miasta. Ja oczywiście otworzyłam natychmiast idiotkową czakrę serca na to wyznanie i piszę mu Że hej, w sumie to ja chyba ciebie też kochałam i w ogóle to dalej masz miejsce w moim sercu. Gorzej, bo ja byłam trzeźwa, więc nie mogłam zrzucić tego wyznania na szał alkoholowy. No i ku mojemu zachwytowi kontakt wrócił. Mocniejszy niż kiedykolwiek. Gadka w dzień i w nocy, długie pisanie, masa wzajemnego zainteresowania, on już prawie z biletem na lipiec do Polski, ja już odznaczająca krzyżyki w kalendarzu, żeby paść mu w ramiona. No jednym słowem, grom.

Jakiejś takiej dużej różnicy, która została pokonana albo i nie. No i znalazłam ją w bardzo starym mailu, który kiedyś odczytałam w odcinku. Właśnie związki międzynarodowe, które można było kupić z okazji WOŚP-u. I ten odcinek już jest niedostępny, bo dziewczyny zamknęły aplikację Słucham, która służyła do kupowania takich treści. Będę się zastanawiała, jak inaczej można go jeszcze sprzedać, żeby właśnie pieniądze mogły cały czas na ten WOŚP trafiać, bo jakby tu nie ma daty ważności. Co jakiś czas dziewczyny robią przelewy. I ta masa kasy poszła na szczytne cele za niego i to jest super. Więc dodam tutaj historię, żebyśmy mieli takie trio, żeby było jeszcze coś właśnie o stricte taki przykład różnic kulturowych, językowych.

A on teraz mnie rzuci. A takim był wspaniałym facetem. Spotkaliśmy się kilka dni później, a ja na tym spotkaniu przeprosiłam go i błagałam, żebyśmy byli razem. On dobromyślnie się zgodził i związek nadal trwał. Jak teraz sobie o tym wspominam, to nie wiem, co ja kurwa miałam w głowie. Chyba ramen zamiast zwojów mózgowych. Normalna osoba posłałaby takiego typa w diabły albo przynajmniej zapaliłaby się jej czerwona lampka. Ech. Po tej akcji nadal kłóciliśmy się często o pierdoły, no ale też ważniejsze rzeczy. W święta obraził się, że nie chce z nim pójść na randkę, tylko do kościoła na polską mszę, a przecież w Japonii to czas randkowania, a jego kraj to jego obyczaj. Po tym też odbyła się sroga kłótnia, podczas której popłakałam się i prosiłam, żeby został ze mną na noc, żebym nie czuła się tak samotna. Po świętach wiadomo już było, że w kwietniu wracam do kraju dokończyć studia.

I wtedy stało się. W trakcie całowanka w alejce po filmie w kinie powiedział, będę na ciebie czekał, weźmy ślub. Ja w szoku, ale przecież go kocham, a nasz związek jest cudowny, więc zgodziłam się z miejsca. Następnego dnia rozbił lokatę na studia i kupił mi pierścionek. Nie jakiś drogi, nie za trzy pensje, ale się postarał. Ba, poznałam nawet jego rodziców. Obiecał, że będziemy się kochać na wieki. Ja, że wrócę za max rok do Japonii i przekonana, że będzie czekał, planowałam ślub. Przepłakałam całą podróż samolotem i ze trzy dni. Jak wróciłam, był kwiecień. Na początku gadaliśmy codziennie, potem coraz mniej. Nie bardzo lubił Skype'a, więc mało kiedy się widywaliśmy. Aż tu w maju, miesiąc po powrocie, powiedział, już nie jest tak samo jak kiedyś. I nie, nie rzucił mnie. Zrobił coś lepszego.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.