Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 64. Scena małżeńska

27.07.2025 ·21 min

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

Wiedział, że humory stanowią konieczny składnik życia kobiecego, nie nalegał więc dłużej, postanawiając poczekać na bardziej odpowiedni moment. By raz jeszcze zapytać albo na wyznanie priopriomotu. W drzwiach pokoju baronowa spotkała pannę Kornelię, która była jej zaufaną pokojówką. – Co robi moja córka? – zagadnęła pani Danglar. – Cały wieczór ćwiczyła na fortepianie – odparła panna Kornelia, a potem się położyła. Weszli do sypialni. Dibrej rozsiadł się na kanapie, a pani Danglar przeszła z panną Kornelią do gotowalni. — Kochany panie Lucjanie — odezwała się pani Danglare zza portiery w drzwiach — wciąż się skarżysz, że Eugenia nigdy nie raczy rzec do ciebie ani słowa?

— Droga pani, nie ja jeden mogę się na to skarżyć — odpowiedział Lucjan, bawiąc się z pieskiem baronowej, który rozpoznał go i łasił się do niej przymilnie. — Chyba i Albert de Morserve żalił się pani, że nie jest w stanie wydobyć ani słowa z narzeczonej. — O, to prawda. Ale myślę, że pewnego ranka wszystko się zmieni i zobaczysz, jak Eugenia wchodzi do twojego gabinetu w ministerstwie. Jak to do mojego gabinetu? A to po co? Z prośbą o angaż do opery. Naprawdę, nigdy jeszcze jej nie widziałam, aby ktoś tak się pasjonował muzyką. U osoby z naszej sfery to śmieszne. Dibrej uśmiechnął się. No cóż, rzekł, niech przyjdzie, byle miała pozwolenie barona i pani. Zaangażujemy ją i będziemy się starać, aby wynagrodzenie odpowiadało jej talentowi, choć jesteśmy za biedni na tak wspaniałe umiejętności.

Wszedł pan Danglar. Dibrej usiadł. Gdy skrzypnęły drzwi, pani Danglar odwróciła się i spojrzała na męża ze zdziwieniem, którego nawet nie starała się ukryć. — Dobry wieczór, pani — rzekł bankier. — Dobry wieczór, panie Dibrej. Baronowa pomyślała zapewne, że pod tą niespodziewaną wizytą kryła się chęć małżonka, aby jakoś naprawić gorzkie słowa, które mu się wymknęły w ciągu tego dnia. Uzbroiła się w całą swoją godność i, nie odpowiadając mężowi, odwróciła się do Lucjana. — Proszę mi coś przeczytać, panie Lucjanie — rzekła. Dibrej, którego ta wizyta z początku lekko zmieszała, Wobec spokoju zachowywanego przez Baronową sam się uspokoił i sięgnął po książkę, z której wystawał w charakterze zakładki nóż z macicy perłowej inkrustowany złotem.

— No przepraszam cię, żono — odezwał się bankier — ale na pewno zmęczysz się, siedząc tak do późna już jedenasta, a pan Dibrej mieszka dość daleko. Dibrej osłupiał, że niby Danglar mówił podniesionym tonem, bynajmniej Ale przez jego spokój i uprzejmość przebijało się jakieś niezwykłe postanowienie, aby sprzeciwić się woli żony. Baronowa zdziwiła się tak, że jej zdziwienie to wyraziła w spojrzeniu, które zapewne przywołałoby do porządku małżonka, gdyby nie to, że baron utkwił właśnie wzrok w gazecie, szukając informacji o giełdzie. Toteż owo tak dumne spojrzenie zostało wymierzone na próżno i chybiło celu. — Panie Lucjanie — rzekła baronowa — oświadczam panu, że nie chce mi się spać nic a nic.

Muszę panu opowiedzieć mnóstwo rzeczy. Zostaniesz tu pan całą noc i będziesz mnie słuchał, choćbyś miał zasnąć na stojąco. — Do usług, łaskawa pani — odparł z flegmą Dibrey. — Drogi panie Debray — rzekł bankier — proszę, niech się pan nie zamęcza słuchając bzdur, jakie chce ci opowiedzieć moja żona. Równie dobrze możesz posłuchać ich jutro. Ten wieczór należy jednak do mnie. Rezerwuję go dla siebie, a poświęcę go, jeśli mi pozwolisz, na przedyskutowanie z żoną ważnych interesów. Cios był tak stanowczy i tak dobrze wymierzony, że ogłuszył tak Lucjana, jak i Baronową. Spojrzeli na siebie, jakby nawzajem szukali u siebie pomocy wobec takiego ataku. Ale siła była po stronie pana domu i zatriumfował mąż.

Baron chwycił go więc za skórę na karku i cisnął na chaise longue stojący na drugim końcu pokoju. Zwierzę wyrzucone w powietrze zaskowyczało, po czym ucichło i schowało się za poduszkę, zdziwione tym niecodziennym dla niego traktowaniem. — Wiesz co, mężu, robisz postępy — rzekła baronowa, nie zmarszczywszy nawet brwi. — Zwykle bywałeś tylko grubiański. Dziś zachowujesz się jak cham. — Bo dziś jestem w humorze gorszym niż zwykle. Herminia spojrzała na bankiera z najwyższą pogardą. Takie spojrzenia zawsze irytowały dumnego bankiera, ale dziś niemal nie zwrócił na to uwagi. — A cóż mnie to może obchodzić, że masz zły humor? — odpowiedziała baronowa, zdenerwowana zimną krwią męża.

Ludzie, którzy szkodzą mojej kasie, to ci, którzy w godzinę wyciągają z niej siedemset tysięcy franków. — Nie rozumiem, o co ci chodzi, mężu? — rzekła baronowa, usiłując jednocześnie ukryć wzruszenie, jakie brzmiało w jej głosie i zapanować nad rumieńcem. — Przeciwnie, bardzo dobrze rozumiesz. Ale jeżeli nadal chcesz okazywać złą wolę, to dodam, że straciłem siedemset tysięcy na pożyczce hiszpańskiej. — No, no, coś takiego — zadrwiła baronowa. — I to ja mam być za to odpowiedzialna. — A czemu nie? — Przecież to moja wina, żeś stracił siedemset tysięcy. — W każdym razie nie moja. — Zapowiedziałam ci kiedyś raz na zawsze, mój mężu. Odpowiedziała z gniewem baronowa, żebyś mi nigdy nie mówił o pieniądzach.

Kupiłem natychmiast dwie trzecie akcji tego towarzystwa. Rzeczywiście uzyskało koncesję, jak przewidziałaś. Akcje jego potroiły swoją wartość, a ja zainkasowałem milion, z którego dostałaś na szpilki 250 tysięcy. Co z nimi zrobiłaś, to też nie moja rzecz. — Ależ mężu, do czego zmierzasz? — wykrzyknęła baronowa, trzęsąc się ze złości i z niecierpliwości. — Do cierpliwości już kończę. — Chwała Bogu. W kwietniu byłaś na obiedzie u ministra. Mówiono tam o Hiszpanii. Podsłuchałaś poufną rozmowę. Szło o plan wypędzenia don Carlosa. Zakupiłem papiery hiszpańskie. Don Carlosa wygnano, a w dniu, w którym Karol V powracał przez Bidosce, zarobiłem sześćset tysięcy.

No i co z tego wynika? Wynika z tego rzecz następująca. Ponieważ daję ci czwartą część zysku, powinnaś mi zwracać czwartą część tego, co tracę. A jedna czwarta z siedmiuset tysięcy to sto siedemdziesiąt pięć tysięcy. No to, co mi tu opowiadasz, to jakieś niedorzeczności. Naprawdę nie wiem, czemu mieszasz do tej sprawy pana Dibreya. Bo gdybyś przypadkiem nie miała dla mnie tej sumy, Pożyczysz ją u swoich przyjaciół, a przecież pan Librej jest jednym z nich. – Jak śmiesz! – zawołała Baronowa. – Oho! Nie, tylko bez takich gestów i krzyków, jak w nowoczesnych dramatach, bo ci coś powiem. Pandy Bray dostał od Ciebie w tym roku pięćdziesiąt tysięcy liwrów.

Śmieje się w duchu i powiada sobie, że odkrył to, czego nigdy najlepsi gracze nie zdołali odkryć. Ruletkę, na której wygrywa się, nie przystępując samemu do gry. I na której nie traci się, nawet jeśli się traci. Baronowa o mało nie wybuchła. Łotrze! I Ty ośmielasz się mówić, że nie wiedziałeś o tym, co mi teraz zarzucasz? Nie mówię, że wiedziałem i nie mówię, że nie wiedziałem. Mówię tylko zastanów się, jak postępuję od czterech lat. Jak przestałaś być moją żoną, a ja twoim mężem, w pewnym sensie tego słowa. Zobaczysz, jak bardzo byłem w tym konsekwentny. Niedługo przed naszym zerwaniem zapragnęłaś postudiować muzykę z tym słynnym barytonem, który miał taki wspaniały debiut w Teatrze Włoskim.

Czy to możliwe? Ależ tak, bo kto to widział? Fałszywa wiadomość telegraficzna? To niemożliwe, żeby dwa telegrafy nadały zupełnie inne znaki? Ktoś na pewno przygotował to na moją cześć. — Mężu, zapewne wiesz, — rzekła baronowa nieco pokorniej, — że ten urzędnik został wyrzucony, że chciano mu nawet wytoczyć proces, że wydano nakaz jego aresztowania i zatrzymano, by go gdyby nie uciekł, co dowodzi albo o jego winie, albo o obłąkaniu. To była pomyłka. — Ta, głupcy się z tego śmiali. Minister spędził przykrą noc. Panowie sekretarze zabazgrali mnóstwo papieru, ale mnie kosztowało to siedemset tysięcy.

Póki Danglar nie wymienił nazwiska Wilforta baronowej, ani na chwilę nie zrzedła mina, ale gdy tylko padło to nazwisko, zbladła, podniosła się sztywno, wyciągnęła ręce, jakby broniła się przed jakąś jezjawą i przystąpiła do męża, jak gdyby chciała wydrzeć mu sekret, którego końca zapewne nie znał, a może nie chciał wypowiedzieć w całości z właściwym sobie obrzydliwym wyrachowaniem. Pan de Wilfort, a co to znaczy? Co przez to rozumiesz? To znaczy, moja droga, że pan Nargon, twój pierwszy mąż, nie będąc ani filozofem, ani bankierem, a może i będąc, a widząc, że nic nie poradzi na prokuratora Królewskiego, umarł ze zgryzoty albo złości, gdy wrócił po 9 miesiącach do domu, a ty akurat byłaś w 6 miesiącu ciąży.

Pokazano wszystkie 12 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.