Mentionsy Mentionsy
Zbrodnie Zapomniane
Zbrodnie Zapomniane

SYNDYKAT WDÓW. JAK LEP NA MUCHY ODMIENIŁ HISTORIĘ PEWNEJ WSI

21.12.2025 ·46 min 20 s

Historia miejsca, w którym przez dwadzieścia lat trwała zmowa milczenia.Postaw mi kawę: https://buycoffee.to/zbrodniezapomnianeWspieranie kanału:https://patronite.pl/ZbrodnieZapomnianehttps://www.youtube.com/channel/UCZsXqcUbVi03jDKVS-a2Dlg/joinŹródła:Argus Leader, 1930.02.09Daily News, 1935.06.16San Antonio Light, 1929.11.24St Louis Post Dispatch, 1930.02.16The Advocate, 1929.12.10The Atlanta Constitution, 1935.06.30The Independent, 2005.11.26The Signal, 1980.04.23The Signal, 1988.02.12Źródła internetowe: w komentarzuSpołeczność:Grupa na fb: https://www.facebook.com/groups/1120954551591543Instagram: https://www.instagram.com/zbrodniezapomniane/kontakt:✉️ e-mail: [email protected]🎙️spotify: https://open.spotify.com/show/3sIQIldYKTitI2AF9tRMOI🎙️iTunes: https://podcasts.apple.com/us/podcast/zbrodnie-zapomniane/id1506114950🎙️Google podscast: https://podcasts.google.com/?feed=aHR0cHM6Ly9hbmNob3IuZm0vcy8xYTY4ZDJiNC9wb2RjYXN0L3Jzcw&ep=14Autorem wykorzystanej muzyki jest Darren Curtis.Wstęp: Destiny by Darren-CurtisIntro: Journey's Reflection by Darren-CurtisTło: Soul's Departure by Darren-Curtis | https://soundcloud.com/desperate-measurezMusic promoted by https://www.free-stock-music.comCreative Commons Attribution 3.0 Unported Licensehttps://creativecommons.org/licenses/by/3.0/deed.en_US

Kiedy w listopadzie 1929 roku zaczęły pojawiać się pierwsze depesze o węgierskiej wiosce Nagirev, od razu było wiadomo, że to nie będzie zwyczajna sprawa kryminalna. To, co działo się wśród społeczności lokalnych mieszkanek, to był działający przez prawie 20 lat mechanizm śmierci i zniszczenia, który nazwano później Syndykatem Wdów. W Budapeszcie mówiono o niemal 100 aresztowanych kobietach, o 30 zamordowanych mężach. Liczbie, która wciąż rosła. W końcu śledczy przestali zadawać pytanie, czy to możliwe, a zaczynali po prostu pytać, ilu jeszcze. Muzyka

Nagirev leży na wielkiej nizinie węgierskiej, około 60 km na południowy wschód od Budapesztu. To stara, kilkusetletnia osada położona nad rzeką Cisą, jedną z największych rzek Węgier, dopływem Dunaju. Rzeka była dla wioski wszystkim – drogą, granicą, źródłem pracy i jednocześnie zagrożeniem. Cisa często wylewała, zalewając pola i domy, zostawiając po sobie błoto i zniszczenie. Życie w Nagielew było więc ciągłą walką z naturą. Wioska była, że niemal odcięta od świata. Nie prowadziła do niej żadna linia kolejowa, a główne drogi omijały ją szerokim łukiem.

Problem polegał na tym, że ziemi było mało. Większość okolicznych pól należała do wielkich właścicieli ziemskich, a chłopi uprawiali niewielkie skrawki, które z każdym pokoleniem dzieliły się na coraz mniejsze części. Każde kolejne dziecko oznaczało ułamek pola mniej. Każdy niepracujący dorosły dodatkowe usta do wykarmienia. To właśnie dlatego w Nagirew od lat panowała praktyka posiadania jednego dziecka. Oficjalnie nikt o tym nie mówił. Nieoficjalnie wiedzieli wszyscy. Kobiety co prawda rodziły, ale nie każde dziecko utrzymywało się przy życiu.

Sekcje zwłok praktycznie nie istniały. Jeśli ktoś umierał po kilku dniach choroby, uznawano to za naturalne. W świecie, w którym ludzie ciężko pracowali, pili dużo alkoholu i żyli w biedzie, nagła śmierć nawet na pozór całkiem zdrowego mężczyznę nie budziła zdziwienia. Do tego dochodziła wojna. Pierwsza wojna światowa zabrała z nagriew niemal całe pokolenie młodych mężczyzn. Ci, którzy wrócili, często byli okaleczeni, chorzy i zgorzkniali. Nagirev nie było siedliskiem zła, ale było idealnym środowiskiem, w którym zbrodnia mogła stać się rutyną. Bez świadków, bez dokumentów, bez pytań.

Miejscem, gdzie położna wiedziała więcej niż lekarz, a kobieta z butelką płynu mogła zmienić los całej rodziny. Zanim o Nagirev zrobiło się głośno, jedną z najważniejszych mieszkanek wioski była Susi Ola. albo ciocia Susi. Dla urzędów Susana Fazekasz. W jeszcze innych relacjach pojawia się jako Fazekaszne, czyli dosłownie tłumacząc żona Fazekasza, bo na węgierskiej wsi kobieta często traciła imię na rzecz nazwiska męża. Dla współczesnego odbiorcy może to wyglądać jak kilka różnych osób. W rzeczywistości chodzi tutaj o jedną i tę samą kobietę.

Była już wtedy kobietą dojrzałą, doświadczoną o bardzo silnej osobowości. Nie przybyła jako przypadkowa osadniczka. Była położną. W świecie takim jak Nagirev to znaczyło wszystko. Położna była kimś, komu powierzano najbardziej intymne sprawy. Poród, chorobę czy śmierć dziecka. To do niej przychodziły kobiety nocą z płaczem, ze wstydem i z problemami, których nie dało się powiedzieć głośno komukolwiek innemu. Fazekarz miała opinię osoby skutecznej. Wiedziała, co robi. Jej porody rzadko kończyły się komplikacjami. Potrafiła pomóc przy bólu, gorączce czy osłabieniu.

Była potrzebna, była użyteczna, była akceptowana. A w świecie takim jak Nagirew to wystarczyło. Przez blisko 20 lat w Nagirew śmierć była czymś zwyczajnym. Mężczyźni chorowali nagle, gwałtownie. Często jeszcze dzień wcześniej pracowali w polu lub pili wino z sąsiadami. Potem przychodziły skurcze żołądka, wymioty, biegunka i drgawki. Lekarz, jeśli w ogóle został wezwany, rozkładał ręce. Akt zgonu wypełniano rutynowo. Zapalenie płuc, choroba serca lub osłabienie organizmu. To były najczęstsze przyczyny śmierci, przynajmniej oficjalnie.

Władze za każdym razem dochodziły do wniosku, że to wiejskie plotki albo jakieś osobiste porachunki. Ekshumacje były kosztowne, a dowodów brakowało. Sprawy zamykano. Mimo, że pod koniec lat dwudziestych urzędnicy analizujący dane demograficzne zwrócili uwagę na jedną anomalię. W Nagirew, w wiosce liczącej około 1700 mieszkańców, liczba zgonów niemal zrównała się z liczbą urodzeń. W normalnych warunkach, w rolniczej społeczności, różnica powinna być znacznie większa. Tymczasem statystyki wyglądały tak, jakby całe pokolenie po cichu znikało.

Ale przełom nastąpił dopiero za sprawą jednego mężczyzny, który zaczął łączyć wszystkie kropki. Był nim preceptor kościelny z Nagirew. Impuls nie przyszedł z zewnątrz. Przyszedł z jego własnego domu i to całkowitym przypadkiem. Między nim a jego żoną doszło do gwałtownej kłótni. Powód był pozornie banalny. Alkohol. Mężczyzna wracał do domu po winie, co coraz bardziej irytowało jego małżonka. W pewnym momencie kobieta powiedziała coś, co, jak wynika z relacji, nie miało być jeszcze groźbą, ale było dość złowieszcze.

Zanim ją wypuszczono, przeszukano jej dom. Na strychu znaleziono duże zapasy lepu na muchy, który zawierał arsen. Do tego wiele butelek z klarownym płynem starannie ukryte między dyskami oraz pojemniki z papierem nasączonym trucizną. Policja nie zabrała dowodów. Zrobiono coś znacznie sprytniejszego. Pobrano próbki, a brakującą ilość uzupełniono wodą. Wszystko zostawiono tak, by fazek aż niczego nie podejrzewała. Po powrocie do Nagirew położna zachowywała się normalnie. Przez dwa dni nie wychodziła z domu.

To był moment, w którym śledztwo przekroczyło punkt, z którego nie było już odwrotu. Kolejne ekshumacje następowały jedna po drugiej. Z każdym dniem lista zmarłych rosła. W miarę jak otwierano następne groby, okazywało się, że niemal każdy mężczyzna, który zmarł w Nagirew w ciągu ostatnich kilkunastu lat po krótkiej, gwałtownej chorobie, nosił w sobie ślady tej samej trucizny. Cmentarz zaczął przypominać pole bitwy. Rozkopana ziemia, otwarte trumny, zapach rozkładu i tłum ludzi, którzy przyszli zobaczyć coś, czego nikt wcześniej nie chciał oglądać. W niektórych grobach znajdowano coś jeszcze.

Rozkopywano więc kolejne groby. Tym razem także dzieci. Początkowo były to przypadki sporadyczne. Niemowlęta, które nie przeżyły pierwszych dni, czy dzieci, które nagle zachorowały. W Nagirew wysoka śmiertelność dzieci nie była niczym niezwykłym. Bieda, choroby i brak opieki lekarskiej sprawiały, że śmierć najmłodszych traktowano jako część życia. Teraz jednak każde takie tłumaczenie traciło na znaczeniu. Badania szczątków dzieci przyniosły te same wyniki co wcześniej. Arsen. Obecny w kościach, włosach i paznokciach.

Kobiety bały się siebie nawzajem. Mężczyźni z kolei bali się własnych domów. Dzieci były zabierane do krewnych w innych miejscowościach. Zdarzały się również przypadki, że zatrzymane kobiety odbierały sobie życie. Niektóre jeszcze przed przesłuchaniami, a inne w trakcie pobytu w areszcie. Cmentarze w okolicy Nagirev i Tisakurt wyglądały jak po katastrofie. Rozkopane mogiły, prowizoryczne oznaczenia, ciągłe transporty szczątków do badań. Kobiety już wiedziały, że policja nie działa przypadkowo. Wiedziały, że groby są wybierane na podstawie nazwisk, dat i zeznań.

Kiedy sprawa o kryptonimie Syndykat Wdów trafiła do sądu, wieś była już miejscem niemal opuszczonym moralnie i społecznie. Ci, którzy nie siedzieli w areszcie, żyli w cieniu podejrzeń. W więzieniu w Solnoku przetrzymywano dziesiątki kobiet, a z dachów pobliskich domów można było zajrzeć ponad mur dziedzińca i zobaczyć je, jak te godzinami chodzą w kółko. Czekały na proces. Pierwsze rozprawy przyciągnęły do solnoku tłumy z całych Węgier. Skala zbrodni była bezprecedensowa, a sama nazwa Nagirif zaczęła funkcjonować jak synonim czegoś przeklętego. W prasie pojawiły się opisy wsi jako miejsca, w którym przez niemal 20 lat miała panować abstrakcyjna siła zła, niszcząca wszystko poza chciwością i nienawiścią.

Zachowanie oskarżonych podczas rozpraw zdumiewało obserwatorów. Część kobiet siedziała nieruchomo, jak kamienne posągi, bez żadnych emocji. Inne reagowały gniewem i buntem. Gdy jedna z oskarżonych została zapytana, czy zna przykazanie nie zabijaj, odpowiedziała, że nigdy o nim nie słyszała. Na sali sądowej zderzały się dwie narracje. Obrona malowała obraz wsi sprzed wojny jako utraconego Edenu, zniszczonego przez biedę, wojnę i opuszczenie przez państwo i kościół. Oskarżenie mówiło o agonii ofiar i domagało się najwyższych kar. W tym napięciu zapadały kolejne decyzje, a każde nazwisko ogłaszane przez sąd odbijało się echem w Nagirew.

Spośród dziesiątek kobiet oskarżonych w sprawie syndykatów dów, jedna postać szczególnie przyciągała uwagę prasy i opinii publicznej. Maria Cardos, znana także jako Maria Sandy, stała się symbolem tej historii. Nie dlatego, że jej zbrodnie były wyjątkowe na tle innych, lecz dlatego, że w brutalny sposób obnażały granice, które w Nagirew zostały dawno przekroczone. Źródła zgodnie podają, że Maria Cardos nie pasowała do stereotypu ubogiej, zdesperowanej chłopki. Była jedną z najbogatszych kobiet w okolicy. Uchodziła za osobę światową, zadbaną, lubiącą towarzystwo i wystawne przyjęcia herbaciane, w których uczestniczyli zamożniejsi chłopi z Solnoku i okolic.

Nie była też jedynie potworem, czarownicą czy demoniczną postacią z ludowych wyobrażeń. Była produktem swojego miejsca, czasu i warunków, które pozwoliły jej urosnąć do roli, jakiej nikt wcześniej w Nagierew nie znał. Z dokumentów i relacji wynika, że zaczynała jako położna. Najpierw pomagała rodzić dzieci, a potem pomagała się ich pozbywać. Przez lata była wielokrotnie sądzona za nielegalne aborcje, które kończyły się śmiercią kobiet, lecz za każdym razem była uniewinniana z powodu braku dowodów. To doświadczenie nauczyło ją jednego. Prawo w tym świecie było słabe, odległe i łatwe do obejścia. A skoro system jej nie karał, zaczęła go lekceważyć.

I może to ją w końcu zgubiło. Jej wpływy sięgały dalej niż Nagirew. Trucie stało się wzorcem, który przenikał do sąsiednich wsi. Pojawiały się inne mądre kobiety, inne pośredniczki, tak jak np. wdowa Sabo, które oferowały lep na muchy i obietnice wyjścia z beznadziejnej sytuacji. Ale co tak naprawdę doprowadziło do tej sytuacji? Co spowodowało, że przez kilkanaście lat proceder rozrósł się do tego stopnia, że trucicielki wyzbyły się już jakichkolwiek wyrzutów sumienia, a okoliczni mieszkańcy, choć doskonale zdawali sobie sprawę, że w ich wsi dzieje się coś dziwnego, nic z tym nie robili?

Odpowiedź jest prosta. Ziarno trafiło na bardzo żyzną glebę. I już Wam tłumaczę, co mam na myśli Żeby zrozumieć, dlaczego w Nagirev doszło do tak ogromnej skali zatruć, trzeba oderwać się od pojedynczych postaci i spojrzeć na całą społeczność. To nie była historia jednej kobiety i jej ofiary. To była historia miejsca, w którym przez lata zanikły granice między tym, co dozwolone, a tym, co niewyobrażalne. Podstawą wszystkiego była bieda, ta dziedziczona z pokolenia na pokolenie. Stąd brał się zwyczaj posiadania jednego dziecka. Dzieci nadmiarowe, starzy rodzice czy też chorzy krewni, wszyscy oni stawali się problemem ekonomicznym.

Nie wspominając już tutaj o traumie powojennej, która również zmienia człowieka. Kobiety, które przez kilka lat funkcjonowały samodzielnie, miały teraz utrzymywać kogoś, kto nic nie wnosił do rodziny, a tylko jadł. I jeszcze potrafił przylać, bo porcja obiadu była zbyt mała. W źródłach powtarza się jedno zdanie. To było zbyt duże obciążenie, ekonomiczne i psychiczne. I w takich warunkach pojawiła się faza kaszna. To nie ona stworzyła problemy w Nagirew, ale ona je wychwyciła i zaproponowała kobietom rozwiązanie. Proste, tanie i wbrew pozorom łatwo dostępne. Wystarczyło kilka kropel dodanych dowody.

Pamięć o wydarzeniach w Nagirew nadal funkcjonuje wśród lokalnych mieszkańców, choć nie w sposób oczywisty. Nie ma tam muzeum, pomnika ofiar ani oficjalnej narracji, która porządkowałaby tę historię. Jest raczej cisza. Gęsta, wielowarstwowa i znacząca. Cisza, która przez dekady okazała się najtrwalszym sposobem radzenia sobie z przeszłością. Kiedy po latach do Nagirew przyjechali dziennikarze, badacze i filmowcy realizujący dokument The Angel Makers, napotkali oni na muru milczenia. Autorka dokumentu spędziła we wsi kilka miesięcy i otwarcie mówiła, że nakłonienie mieszkańców do rozmowy było niezwykle trudne.

Nie dlatego, że ludzie nic nie wiedzieli, bo wiedzieli. Ale był to temat tabu. Starsze kobiety, które pamiętały tamte czasy z dzieciństwa lub młodości, mówiły o zbrodniach z wyraźną pobłażliwością. W ich relacjach mężczyźni przeszkadzali, byli kalekami i nic nie robili. No to co się dziwić, że kończyli jak kończyli. Śmierć nie była opisywana jako tragedia, lecz jako rozwiązanie problemu. Dla wielu mieszkańców Nagirew to, co się wydarzyło, nie było moralnym upadkiem, ale konsekwencją ekstremalnych warunków. Co dość istotne, to po latach nie doszło do jednoznacznego potępienia Suzanny Fazekasz.

W lokalnej pamięci nie funkcjonuje jako potwór. W niektórych relacjach wciąż pojawia się jako ta, która pomagała. Ta, do której się szło, gdy nie było innego wyjścia. I choć historia o Nagirew wciąż żyje, to mam wrażenie, że w naszym kraju nie jest ona zbyt popularna. Na pewno nie aż tak, jak historia baby Anujki. Dlatego mam nadzieję, że było to dla Was coś nowego. A w tym miejscu się z Wami żegnam. Jakubowi, Stanisławowi i Małgorzacie serdecznie dziękuję za postawioną wirtualną kawę. Jeżeli chcielibyście wesprzeć mnie w ten sam sposób, to odpowiedni link znajdziecie w opisie filmu. A ja już teraz zapraszam Was do wysłuchania kolejnej historii.

Pokazano wszystkie 23 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.