Dlaczego nosorożec ma róg na nosie? - baśń afrykańska
To kolejna opowieść ze zbioru baśni afrykańskich, sławiących: "WIELKIE CZYNY SZYMPANSA BAJBUNA MĄDREGO NADWORNEGO DORADCY KRÓLA JEGOMOŚCI, LWA SAMBY MOCNEGO" :) Co ciekawe zbiorek ten powstał w 1949 roku, dzięki pracy Kamila Giżyckiego, ale nadal bawi i uczy, prawda ;) :) Miłego słuchania :)
Bajki i baśnie świata. Dlaczego nosorożec ma róg na nosie? Baśń afrykańska. W ogromnym społeczeństwie zwierzęcym, rządzonym silną, ale sprawiedliwą władzą króla wszelakiego stworzenia lwa samby mocnego, żyło na sawannach afrykańskich zwierzę niezmiernie dziwaczne, nazywane przez wszystkich ochimanda, co znaczy po prostu gruboskóry. Stworzenie to było ogromne, ciężkie, o dużym, wydłużonym łbie, małych oczkach, dużych, ruchliwych uszach i skórze grubej, twardej, zwisającej fałdami i tworzącej na ciele coś jakby pancerne tarcze.
Miało ono krótkie nogi, podobne do nieociosanych pyniaków drzewnych i niezbyt długi, cienki ogon, porośnięty skąpymi kępkami twardych włosów. Zwierzę to żywiło się trawą i ogryzało gałązki drzew. Nie gardziło jednak szuwarem i tczciną rosnącą nad brzegami jezior i bajorów. I być może Oczimanda nie wadziłby nikomu, gdyby nie pewne brzydkie przyzwyczajenia, które wszystkie stworzenia na sawannie żyjące mocno oburzały. Pomyślcie sobie bowiem, że oczimanda dufny w ogrom swego cielska i grubą skórę, której nawet potężne łapy pazury króla lwa sam by mocnego rozerwać nie mogły, uważał, że sawanna, a nawet step tylko, do niego należy i tylko on ma prawo korzystania z soczystej trawy i delikatnych słodkich listków.
Skoro tylko zobaczył przed sobą jakieś stworzenie, natychmiast wpadał w złość. Tupał gniewnie grubą nogą, pochrząkiwał groźnie, a potem nagle zniżywszy ciężki łeb ku ziemi, atakował pasące się spokojnie zwierzęta. Ponieważ był nad wszelkie pojęcie niezgrabny i wzrok miał bardzo krótki, zwinne antylopy zawsze zdołały odskoczyć w bok, a zaślepiony złością Oczimanda gnał dalej i najczęściej uderzał głową w jakieś drzewo, które brał za swego wroga. Uderzywszy ogromnym łbem w twardy pień, stawał na chwilę oszołomiony, a potem znów atakował kogoś innego i znów oczywiście bił łbem w inne drzewo. Drugim brzydkim przyzwyczajeniem Ochimandy była nieustanna chęć kąpieli.
Zwierzęta lubią czystość i nie miałyby nic przeciw temu. Niestety Ochimanda nie kąpał się tak jak każde inne stworzenie, ale tarzał się w wodzie, grubymi łopami rozkopywał muł z dna i tak się w nim chlapał, że żadne stworzenie tej zmąconej wody pić już nie mogło. W porze deszczowej było jeszcze pół biedy, bo wody na stepie i sawannie nie brakowało. Ale w porze suchej, gdy tylko tu i tam znaleźć można było na pół wyschnięte kałuże, sprawa przedstawiała się niezmiernie przykro. Ochimanda już wczesnym rankiem biegł do takiej kałuży. Odpędzał od niej wszystkie zwierzęta, kładł się w wodę, tarzał w mule, prychał z wielkiej uciechy i tak przewracał się z boku na bok dzień cały, nie zważając na to, że przecież i inne stworzenia chciały ugasić pragnienie i ochłodzić się wodą.
Nie pomogły żadne prośby i tłumaczenia, a gruźb Oczymanda nie bał się wcale, toteż zwierzęta, naradziwszy się między sobą, poszły na skargę do króla jego mości. Jego królewska mość, lew samba mocny, siedział na swym monarszym tronie bardzo osowiały, bo głód skręcał mu kiszki, ponieważ żyrafa ostrzegła przed nim w nocy wszystkie stworzenia, kiedy wyszedł na łowy. Przyjął jednak poselstwo jak zwykle bardzo łaskawie i oblizując się tylko na widok wypasionych antylop zapytał dobrotliwie. Z czym to przychodzicie przed tron mój królewski, moi mili poddani? Och, miłościwy królu i władco, krzyknął kozioł wodny,
Przyszliśmy u ciebie szukać sprawiedliwości i pomocy. Ochimanda, ten wstrętny potwór, który nawet ciebie, o potężny królu, nie lęka się i władzy twojej uznać nie chce, wciąż nam wodę mąci w wodopojach, wciąż tarza się w kałużach i bajorach, a my, twoi wierni poddani, z wyschniętymi językami na spiekocie stać musimy. A, prawdę mówi kozioł wodny, prawdę mówi, zawołały zebrane zwierzęta. Wszystkie wodopoje mąci na mochimanda, a ten potwór paskudny, dorzuciła cieniuchnym głosikiem antylopka rzeczna. Ocha! skarżył się grubym basem hipopotam. Do rzeki teraz biegać muszę, a wiesz przecież królu, że prędko z moim brzuchem biegać niełatwo.
Ha! zawołała antylopa końska. Z nami do rzeki trudno się dostać, bo tam czyhają wszelakie drapieżniki, a najgorszy z nich to krokodyl. A, krokodyl. Tak, najgorszy jest krokodyl, przytaknął antylopa Impala. Zamyślił się i zafrasował król jego mość Samba Mocny, bo co tu ukrywać, sprawa nawet dla niego była bardzo trudna. Ochimanda, obrażony, iż jego królem zwierząt nie wybrano, Nie uznawał władzy obecnego monarchy, a nawet atakował lwa, skoro tylko zobaczył go na swojej drodze. Samba Mocny nieraz już umykał co tchu przed tym potworem, wziąwszy ogon pod siebie.
Już samo wspomnienie o takiej ucieczce bolało mocno władcę, tym bardziej, że przecież inne stworzenia ją widziały. A nawet plotkarskie pantarki głośno o tym opowiadały, rajcując wieczorem na drzewach. Zwierzęta, widząc z marszczkami zamyślenia sfałdowane czoło władcy, ustropiły się nieco. Ale antylopa Kama, na którą Oczymanda najczęściej napadał, zawołała. O wielki, wspaniałomyślny królu nasz, sam pomocny! Pomóż nam, biednym mieszkańcom Sawanny! Pomóż, potężny władco! A, pomóż, tak, pomóż nam! Zawtórowało kilka głosów. Wypędź oczy mandę z sawanny i stepów, niech idzie do puszczy.
Tymczasem Samba Mocny, rozparłszy się w całej swojej okazałości na monarszym tronie, przemówił łagodnie. Dobrze zrobiliście, moi kochani poddani, że w ciężkim strapieniu nie zapomnieliście o mnie. Ja, król wasz i władca, zawsze wam chętnie pomogę i zawsze znajdę sposób, by sprawiedliwości stało się zadość. A teraz chętnie, bardzo chętnie ukarałbym tego wstrętnego oczimandę, który napada na was, spokojnych moich poddanych. Chętnie przegnałbym go precz od wodopojów, które ten potwór wam mąci, ale ważniejsze sprawy państwowe nie pozwalają mi opuścić Monarszego Pałacu.
że nasz Samba mocny boi się Ocimandy i dlatego Bajbuna nam posyła. Bajbun to bardzo mądry szympans, mądrzejszy nawet niż sam król jegomość, wyrzuciła zebra, która Bajbunowi przecież zawdzięczała swoje piękne czarne pasy na białej skórze. Jego królewska mość, lew samba, mocny, mimo podeszłego wieku, słuch miał znakomity, toteż dobrze słyszał, co zwierzęta między sobą szeptały, ale jako monarcha nie mógł okazać złości i oburzenia, jakie w nim wzbierały, toteż, siląc się na najbardziej łagodny ton głosu, rzekł Idźcie już, idźcie na wasze stepy i sawanny, o mili moi.
Zaraz rozkażę wysłać królewskiego gońca gołębia, by wolę moją monarszą zaniósł bajbunowi mądremu. Ruszyły więc zwierzęta na dalekie pastwiska, a żyrafa, idąc z tyłu, wyciągała swoją długą szyję, patrząc bacznie, czy jednak samba mocny lub inny jakiś drapieżnik nie podąża za nimi, by uraczyć się tłustym i smacznym ucicem, który jest antylop. Na drugi dzień, gdy zwierzęta pasły się na pożółkłych nieco spiekoty trawach i z żalem spoglądały na duże bajoro, w którym tarzał się oczimanda, Żyrafa przerwała ogryzanie delikatnych listków na wierzchołku wysokiej akacji i zawołała, idzie, idzie, bajbun mądry idzie.
Szympans bajbun szedł rzeczywiście przez sawannę, ale że był już stary, strzykało mu nieco w kościach, więc przystawał często, próbował różnych jagód, a nawet od czasu do czasu kładł na ząb twardy strąg akacji. Podszedłszy wreszcie do żyrafy, przywitał się z nią grzecznie i zapytał o oczimandę. Żyrafa głową znaczącą skierowała w stronę bajora, a potem kusem pobiegła przez sawanę i step, by wszystkim zwierzątom oznajmić radosną nowinę o przybyciu nadwornego doradcy. Bajbun Mądry poszedł powoli nad Bajoro, dłuższą chwilę patrzył z zainteresowaniem natarzającego się w mule potwora, potem podrapał się frasobliwie po plecach, wreszcie siadł na brzegu i począł ręką klaskać po wodzie.
Oczymanda początkowo nie zwracał uwagi na intruza, co zresztą nie było dziwne, ponieważ był krótkowidzem. Posłyszał jednak klaskanie, bo słuch miał znakomity. Myśląc pewnie, że jakieś zwierzę chce go z bajora przepędzić, zerwał się na równe nogi, prychnął parę razy gniewnie, a potem skoczył na wroga z taką szybkością, na jaki pozwalał mu ciężki muł i woda. Ale skoro tylko dopadł u suchego brzegu, gdzie biec już mógł swobodnie, bajbun puścił się ile sił w nogach do ucieczki, kierując się w stronę potężnego baobabu. Ochimanda mimo słabego wzroku dojrzał go jednak i jak burza runął za nim. Tuż przed samym bałbabem, bajbun odskoczył zręcznie na bok, a Ochimanda całym ciężarem swego potężnego cielska i rozmachem biegu uderzył wprost w drzewo.
Stęknął stary pień od tego uderzenia. Posypały się wielkie jak dynie owoce z gałęzi, a Ochimanda aż zachwiał się i przysiadł zamroczony. Długiej chwili trzeba było, aby wreszcie oprzytomniał i pomyślał o swym wrogu, ale kiedy począł się za nim oglądać, posłyszał gdzieś bliziutko słowa pełna współczucia. Boli? Boli Cię głowa? Uderzyłeś się nią w drzewo, Ocimando, z taką siłą, iż byłem pewny, że pień złamiesz. Potwór obejrzał się w koło, ale nie widząc nikogo, podniósł nieco głowę i wtedy na nisko zwisającej ogromnej gałązi baobabu zobaczył niewyraźny kształt zwierzęcia, siedzącego wygodnie niby w fotelu.
Widok ten doprowadził Ocimandę do wściekłości. Raz po raz rozpędzał się i uderzał niby taranem głową w drzewo, myśląc zapewne, że strąci z niego wroga. Baobab był drzewem bardzo starym i pień miał tak gruby, że nawet dziesięciu szympansów nie mogłoby go objąć. Stał też spokojnie, chociaż dudniło po każdym uderzeniu jak w bębnie, a bajbun huśtał się na chwiejącym się konarze i czekał, kiedy wreszcie potwór się zmęczy. Po piątym czy szóstym uderzeniu Ochimanda był już tak wyczerpany z sił, tak zamroczony, że ledwie utrzymywał swoje ogromne cielsko na trzęsących się nogach. Spuścił niskopotężny łeb ku ziemi i pojękiwał głucho, ale tak żałośnie, że nawet samba mocny wzruszyłby się, gdyby go usłyszał.
– Boli? – Boli cię głowa? – zapytał bajbunt troskliwie. – Eka, boli, boli! – jęczał gruboskóry. – Więc czemu tłuczesz tym łbem o drzewo? – A czemu mam tłuc? – zdziwił się potwór. Słuchaj, Ochimando, pozywał się znów doradca nadworny. Żal mi ciebie. Nos masz cały rozbity i całą skórę na nim zdartą. Jeśli pozwolisz, przyłożę na skaleczone miejsce leczniczą żywicę i za kilka dni zdrów będziesz zupełnie. – No prawdę? – z niedowierzaniem zapytał Gruboskóry. – Cóż to?
Pozwalasz sobie powątpiewać w prawdę moich słów? W mój rozum? W rozum bajbuna mądrego? – obruszył się Szympans. – Ha, więc to ty, ty jesteś! – zdziwił się. Następnie ucieszył Ochimanda. Przebacz, że cię tak przyjąłem, ale widzisz, mam trochę krótki wzrok i nie to widzę. Słyszałem od zwierząt, że jesteś bardzo, bardzo mądry, chociaż gdybyś nim był naprawdę, nie wybrałbyś na króla zwierząt tego tchórzliwego Sambę, ale mnie. Mnie, który nikogo się nie lęka. Zwierzęta wybrałem, sprostował pojednawczo Szympans.
Trzy doby, przecież to nie jest długo. A pomyśl, nigdy cię już głowa nie będzie bolała. Chimandana myślał się długo, ale kiedy przypadkiem trącił głową o drzewo i w obolałych kościach zaszczykało mocno, zgodził się na propozycję szympansa. Bajbun mądry zlazł z baobabu, Poszedł do Bajora, wyciągnął z niego trochę mułu i przyłożył ten okład na zakrwawiony nos oczimandy. Przyjemny chłód wilgotnego mułu kojąco wpłynął na ból kości, toteż zwierzę aż przymknęło oczka z zadowolenia i pozwoliło bez szemrania zaprowadzić się bajbunowi pod wysokie, wspaniałe drzewo, na którego gładkiej korze widać było tu i tam złociste stróżki przyjemnie pachnącej żywicy.
Bajbun oczyścił teraz z mułu nos oczy mandy, potem wdrapał się po pniu drzewa na zwisającą nisko gałąź, nadgryzł na niej korę od spodu zębami i kiedy ze skalaczonego miejsca począł kapać na ziemię złociste kropelki żywicy, zsunął się szybko na dół i tak ustawił gruboskórego, że gęsta ciecz skapywała akurat na jego ranę. Widocznie żywica miała lecznicze właściwości, bo Ochimanda czuł, jak ból ustępuje z nadwątlonych kości. Czuł też jednak, że ciecze rozlana po zranionym miejscu twardnieje i niby szczelny plaster układa się na nosie. Stał oczy manda cierpliwie dzień jeden i drugi, a żywica kapała i kapała, twardniejąc szybko na powietrzu i tworząc na nosie zwierzęcia potężny, leciuchno ku tyłowi zagięty róg.
Przy końcu trzeciego dnia zmęczony już Oczimanda posunął się trochę, by omdlały pysk oprzeć opień, a ponieważ zaraz potem zasnął, żywica skapywała nieco w tył, tworząc nowe wzniesienie na nosie. Kiedy skończył się wreszcie czas oznaczony przez Bajbuna, Ochimanda pobiegł ile sił w osłabłych, nieco długim postem nogach do Bajora, roztrącił zebrane tam przy wodopoju zwierzęta i sam począł nużać się i tarzać w chłodnej kąpieli. Ale ryjąc pyskiem w mule, zaczepił rogiem o korzenie wodorośli i omal nie utonął. Wygramolił się jakoś z wody i pognał przed siebie chcąc złapać i ukarać Bajbuna za takiego psikusa.
W drodze jednak stanęło mu drzewo, przeto starym zwyczajem uderzył w nie swym łbem. Ale o dziwo! Twardy róg na nosie wlazł miękko w świeżą korę drzewa i Ochimanda ze zdumieniem stwierdził, że kości głowy nawet nie odczuły uderzenia. Długo, co prawda, musiał się szamotać, zanim róg z drzewa wydobył. A gdy wreszcie to uczynił, poszedł przez sawannę dumny, ze swojej wspaniałej ozdoby i straszliwej broni. Zwierzęta, zobaczywszy oczimandę, puszącego się własną pięknością, zawołały pełne podziwu. Aha! Zwierzęta! Patrzcie, opatrzcie, zwierzęta! Jaki nosoróg!
Od tego czasu oczymanda nazywa się nosorożcem. Od tego też czasu pozwala zwierzętom dowoli korzystać z wodopojów, sam bowiem kąpie się w płyciutkich bajorkach, gdzie nie grozi mu niebezpieczeństwo utonięcia. Największy skward dzienny przesypia najczęściej pod jakimś drzewem, w nocy zaś w zgodzie z innymi zwierzętami pasie się na łąkach, używając nieraz rogu do wygrzebywania smacznych korzeni. Jeśli czasem przyjdzie mu ochota po staremu atakować wszystko, co stoi na drodze, to nie lęka się już o całość głowy, róg bowiem każde uderzenie wytrzyma. Zdarza się czasem, że zwierzę róg swój zgubi. Nie trafi się jednak tym zbytnio, bowiem na miejscu zgubionego wyrasta nowy, równie duży i mocny.
Pokazano wszystkie 22 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Podróżnicy opowiadają o baśni afrykańskiej o nosorożcu.
Opis cech fizycznych i zwyczajów nosorożca.
Opis brzydkich przyzwyczajeni nosorożca i skarg zwierząt do króla.
Król Samba Mocny rozważa sytuację i decyduje wysłać Bajbuna Mądrygo.
Bajbun Mądry przybywa do sawanny i spotyka się z żyrafą.
Bajbun spotyka Oczymandę i przekonuje go do leczenia.
Bajbun leczy Oczymandę, tworząc na jego nosie róg.
Oczymanda zmienia swoje zachowanie dzięki nowemu rógu i zaczyna żyć w spokoju.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
To kolejna opowieść ze zbioru baśni afrykańskich, sławiących: "WIELKIE CZYNY SZYMPANSA BAJBUNA MĄDREGO NADWORNEGO DORADCY KRÓLA JEGOMOŚCI, LWA SAMBY MOCNEGO" :)
Co ciekawe zbiorek ten powstał w 1949 roku, dzięki pracy Kamila Giżyckiego, ale nadal bawi i uczy, prawda ;) :)
Miłego słuchania :)