Mentionsy Mentionsy
Reportaż w Radiu Olsztyn
Reportaż w Radiu Olsztyn

Odważnie, z miłością, bez lęku - Alicja Kulik

04.05.2023 ·31 min 55 s

W tym roku mija 10 rocznica śmierci Marii i Georga Dietrichów. W ubiegłym tygodniu po raz pierwszy Fundacja Dietrichów przyznała stypendia pięciorgu studentom germanistyki. To był kolejny z wielu mostów, które Georg Dietrich zaczął budować jesienią 1981 roku i budował przez 32 lat konsekwentnie, skutecznie i trwale, bo dziś robią to jego potomkowie. Jednak to, co zostawił, jest większe od budowli. O Georgu Dietrichu opowiadali: Dr Barbara Sapała i dr Alina Dorota Jarząbek z Instytutu Germanistyki UWM, Wanda Agnieszka Jabłońska – dyrektorka Zespołu Placówek Edukacyjnych w Olsztynie, Stefania Martusewicz i Krystyna Wyrzykowska – wieloletnie dyrektorki Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niesłyszących im. Marii Grzegorzewskiej w Olsztynie, Sylwia Pochmara-Hahnkamp – zastępca dyrektora Uniwersyteckiego XII Liceum Ogólnokształcącego im. Marii i Georga Dietrichów w Olsztynie oraz ks. dr Andrzej Lesiński.

Był takim wzorem do naśladowania, kochający ludzi i bezinteresowny. To była era Dietricha, to była era Georga Dietricha. Ja bym nie chciała przedłużać tej uroczystej chwili, dlatego że Państwo nie wiecie, kto stypendia otrzyma, więc mamy taki rodzaj napięcia, jak przy rozdawaniu Oscarów, prawda? Więc nie przedłużajmy tego. Wszyscy, którzy od początku obserwowaliśmy jego działania, nawet jeśli na początku uważaliśmy je za bardzo takie wyidealizowane, staliśmy się świadkami tego, że to działa.

W 1999 roku, wkrótce po podpisaniu Partnerstwa Miast Olsztyn-Offenburg, Georg i Maria Dietrich założyli właśnie fundację, która na celu miała i nadal ma wspieranie wszelkich inicjatyw, które zbliżają mieszkańców Olsztyna, ale także studentów, którzy niekoniecznie pochodzą z Olsztyna. Mam przyjemność zaprosić tutaj panią Natalię Ankowską. Pana Mateusza Duchlińskiego. Po germanistyce najchętniej chciałbym iść w stronę tłumaczenia. Jeżeli by się udało, to tłumaczenia ustnego, tzn. tłumaczenie symultaniczne. Myślę, że to bardzo fajnie otwiera mi drzwi, żeby właśnie w Niemczech móc pracować i poznać ten kraj, kulturę i ludzi.

Ci zawodnicy po powrocie podzielili się tą informacją, że W Polsce jest bardzo głęboki kryzys gospodarczy, zaopatrzeniowy, że ludzie muszą za podstawowymi produktami żywnościowymi wystawać godzinami w długich kolejkach, żeby cokolwiek zdobyć. I w ten czas w Offenburgu zapadła decyzja, że trzeba zorganizować transport pomocy. Zwłaszcza, że już ta fala pomocy się rozpoczęła właśnie w drugiej połowie 1981 roku, także Dietrich przyjechał tutaj tym pierwszym transportem sam, ze swoim kierowcą.

Prowadzili duży samochód ciężarowy, dwudziestotonowy. Dwadzieścia cztery godziny w podróży byli. Przyjechał tutaj w pobliże starówki i szukali jakiegoś kontaktu. W wieżę kościoła zobaczyli i się wydawało, że Może spotkają jakiegoś księdza, który im pomoże te dary rozdzielić potrzebującym. Ja akurat byłem też w mieście, podszedł do mnie właśnie pan Dietrich, zapytał czy mówię po niemiecku. Mówiłem trochę po niemiecku, rozumiałem. Przywiózł podstawowe dary żywnościowe, higieniczne i chciałby to rozdzielić potrzebującym.

Ja w tym czasie byłem szefem naszej diecezjalnej Caritas. Ona się nie nazywała Caritas, to była komisja episkopatu do spraw dobroczynności. Przedstawiłem się mu, on mówił, no to właśnie o takiego człowieka mi chodzi. Całkowity przypadek. No i rozpoczęła się przygoda z panem Dietrichem. Było 156 dzieci z województwa jeszcze starego, także mieliśmy ogromnie dużo tych dzieci, ale też i ośrodek był duży. To, że dzisiaj jeszcze rozmawiamy o Georgie Dietrichu, to dzięki księdzu Lesińskiemu, który w 1981 roku przyszedł z Georgiem i pyta się mnie, pani dyrektor, czy Georg Dietrich, który przyjechał z Niemiec, może

Wam pomóc w czymś? Czy możecie go przyjąć? Ja się chwilę zastanowiłam, bo to były trudne czasy wtedy, 80 rok. Nie wiedziałam, jak zareagują na to ci, którzy rządzą nami. Ale wiedziałam, że jest pani w kuratorium, która jest bardzo życzliwa głuchym. Rawa Danuta się nazywała. I jak zadzwoniłam do niej, Danusiu, co o tym myślisz? Oczywiście tak, ja się zgadzam. A o konsekwencjach będziemy mówić potem. Nie było żadnych. Nie było żadnych na szczęście i od tej pory rozpoczęła się praca właśnie z panem Georgiem Dietrichem. Wieloletnia. Do którego roku trwała? Cały czas trwała. Cały czas, no. Córka przecież przyjęła tą sprawę, tak. Najbardziej się cieszył, jak te dzieci podchodziły tam do tych paczek, czy do tych słodyczy najczęściej, które przywoził, bo mówił do mnie, Stefania, chodź tutaj gdzieś dalej, pójdziemy.

Później, kiedy już technologie się rozwinęły bardziej, ośrodka nie było stać na zakup tablic interaktywnych. Pierwszą tablicę zafundował Georg Dietrich Staua, pamiętam, w pracowni biologicznej. Starałam się rozszerzyć strukturę ośrodka. Trzeba było zrobić taką z prawdziwego zdarzenia pracownię gastronomiczną i w tym pomógł nam pan Gord Dietrich. Dał pieniążki na wyposażenie, na meble. No i powstała pracownia, która do dzisiaj służy. Kolejnym przedsięwzięciem takim kosztownym był kierunek fotograf. Też wymagał pracowni.

Pomieszczenia były, pieniędzy nie było. W związku z tym całe wyposażenie pracowni fotograficznej sfinansowała fundacja pana Georga Dietricha. To nie było tak, że on dawał pieniądze. My przesyłaliśmy wykaz potrzebnych rzeczy, które musiały być w tej pracowni zgodnie z wymogami ministerstwa. No i zgodnie z naszymi prośbami pieniążki płynęły. Kolejne zmiany, jakie były, to było wczesne wspomaganie. Dzieci były, pomieszczenie było bardzo skromne. Mnie jako ówczesnej dyrektorce marzyło się pomieszczenie wyposażone dla tych maluszków, wczesnego wspomagania, sali pełnej zabawek, pomocy dydaktycznych.

Budżet nie był w stanie tego sprostać, ale sprostał pan Georg Dietrich. Byliśmy tam chyba gdzieś około tygodnia. Dzieci były szczęśliwe, bo mieli co chciały. Co chciały, to miały te dzieciaki. Dużo o nim, dużo o nim napisałam. Co jeszcze by chcieli o pani wiedzieć? Co pani napisała jeszcze, pani Stefani? Każde spotkanie z Georgiem było wielkim przeżyciem. Dzieciom żyjącym w świecie ciszy dostarczono aparaty słuchowe, sprzęt specjalistyczny. Szczególne emocje towarzyszyły przy naborze na rodzenie. Dzieci były szczęśliwe. Intencją Georga było też budowanie mostu przyjaźni między dwoma sąsiedzkimi krajami, Niemcami i Polską.

Ta nasza znajomość trwała od 1981 roku do jego śmierci, która nastąpiła 10 lat temu, więc kilkadziesiąt lat się znaliśmy. On mi zaufał, ja także nabrałem do niego bardzo wielkiego zaufania. Dietrich należał do pokolenia, które przeżyło II wojnę światową. Sam chociaż był wielkim przeciwnikiem systemu hitlerowskiego, ale nie pytano nikogo w Niemczech o zdanie. Został wciągnięty, zmobilizowany, wysłany na front wschodni, doświadczył okrucieństwa wojny.

Otrzymał od prezydenta odznaczenie państwowe. Miasto przyznało mu tytuł honorowego obywatela miasta Olsztyna. Uniwersytet przyznał mu tytuł doktora honoris causa. W tych wszystkich uroczystościach uczestniczyłem. Widziałem, jak bardzo się cieszy, że doceniają go Polacy Starają się mu za tę działalność podziękować. Nie pisałam o, czy nie tłumaczyłam książki o obcym człowieku. Mało tego, ja byłam też włączona w przygotowanie materiałów do tej książki. Szperałam na zlecenia autora i oczywiście za zgodą rodziny Dietrichów w ich archiwum domowym.

Więc to była niesamowita w ogóle przygoda. Poza tym był to człowiek, czy w ogóle byli to ludzie olbrzymiej dobroci, takiej dobroci serca i zrozumienia. Oni naprawdę, myślę, że to była też kwestia jakiegoś doświadczenia, tego trudnego też doświadczenia, jeszcze z czasów wojny, powojennych. Oni naprawdę rozumieli wszystko. Mówię to jako młoda dziewczyna, która przy nich dojrzewała. W tej epoce Dietricha dojrzewała i przy nich, mogę to tak powiedzieć. Robiłam różne rzeczy i zawsze miałam poczucie, że oni rozumieją, że oni wiedzą, znają motywację i są, nawet jeśli coś być może się nie podobało, to byli w stanie się w to wczuć. Cudowni ludzie, bardzo mi ich brakło.

To jest 5 tysięcy metrów, tak? To Georg Dietrich dał zaczynek do tych dwóch budynków, a my dobudowaliśmy jeszcze salę gimnastyczną już jakby tym imperatywem wewnętrznym pokierowani, że tak, dobro należy szerzyć. No to zaczęliśmy szerzyć i jakoś tak to pootwierało wiele dróg, ale pewnie dlatego, że pokazaliśmy, że jest sprawczość po naszej stronie i że są takie potrzeby. Jeden klocuszek powoduje, że ktoś chce nałożyć na niego drugi klocuszek i tak się budują wieże i budynki i działania. To był rok 2000-2002, to był gdzieś ten przedział, bo chciał zobaczyć jak taka placówka wygląda.

Taki prywatny, żeby sobie... No ja właśnie chciałam z Georgiem Dietrichem zjeść obiad, porozmawiać o tym, co w życiu najważniejsze. Przecież te rozmowy nie odbywały się tylko i wyłącznie o tym, O placówce, o naszych uczniach, o naszych rodzicach, ale ono bywało się również o życiu. To było to takie zaopiekowanie się zarówno tymi ludźmi, którymi ja się opiekuję, ale również zawsze z okazji świąt, To ja osobiście dostawałam życzenia, czyli w tej instytucjonalności, w pomaganiu instytucjom. To, co było dla mnie takie istotne, tam zawsze był w podmiocie działania człowiek, zawsze. Gdy mówiłam o tym, jak chcielibyśmy zaprojektować przestrzeń i budynki dla osób z niepełnosprawnościami w naszej placówce i powiedziałam o tym, że chętnie bym już to zrobiła, ale brakuje mi środków finansowych na projekt techniczny.

Myślę, że tej szkoły nie byłoby, gdyby nie państwo Dietrichowie. Wiem, że to było marzenie pana Dietricha od zawsze. Stworzyć szkołę, w której Uczniowie będą się dobrze czuli, nauczyciele będą mieli komfort pracy, a przede wszystkim język niemiecki nie będzie traktowany po macoszemu. To był ogromny projekt, który został wówczas zapoczątkowany. Potrafił przyjechać tutaj w trakcie roku zupełnie niezapowiedziany. Przyszedł do szkoły o tak po prostu, żeby zobaczyć nas, żeby spotkać się chociaż na chwilkę z uczniami, żeby wypić wspólnie herbatę. Był człowiekiem Bardzo upartym, jeśli chodzi o realizację własnych założeń i zamierzeń, ale był człowiekiem o wielkim sercu, bardzo wrażliwy.

Pamiętam pierwszą moją wizytę u Pana Dietricha, ona była związana też z wymianą i zostaliśmy właśnie razem z uczniami zaproszeni do niego. Pan Dietrich oczywiście, jak to Pan Dietrich, przyjął nas bardzo ciepło, zaczął nam opowiadać troszeczkę o swojej historii, o tym, jak jest związany z Olsztynem. Później pokazał nam tu właśnie swoje obejście, a w obejściu były osiołki, ulubione, ukochane zwierzątka Pana Dietricha. Za każdym razem jak byliśmy w Offenburgu, dopóki pan Dietrich miał siłę, to zawsze znalazł chwilkę, żeby z nami się spotkać. No a teraz spotykamy się z Elwirą, z jego córką i z córką pani Elwiry i z wnuczką pani Elwiry. Także cele i te priorytety, które pan Dietrich wyznaczył, one są nadal realizowane przez potomnych.

Dobrosiane przez Gorga Dietricha. Po prostu rośnie, mnoży się, dzieli. No właśnie, ludzie są najważniejsi. To, że współpraca dzisiaj między Olsztynem a Offenburgiem nadal jest taka aktywna, wynika z tych intensywnych kontaktów międzyludzkich, które trwają, mimo że Georga nie ma już z nami to poczucie, że to jest dobre i należy to kontynuować. Przejęły dzieci Georga, jego córka Elvira, jej córka, czyli już wnuczka Georga, a ostatnio na spotkaniu była dwunastoletnia prawnuczka Georga, która już też jest włączana w to dzieło. Mam pewien niedosyt, muszę powiedzieć, bo myślę, że za swoją działalność dla Olsztyna, dla olsztynian zasłużył na to, żeby jego imieniem nazwać jedną z ulic.

Pokazano wszystkie 17 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.