Małgorzata Sawicka "Ogród pełen ludzi"
Reportaż Małgorzaty Sawickiej to reporterski zapis letniego dnia Janusza Winiarskiego, wieloletniego dziennikarza i prezesa Radia Lublin oraz twórcy Redakcji Reportażu w rozgłośni. Sztuka artystycznego kształtowania ogrodów była jedną z jego pasji. W życiu zawodowym dążył do wypracowania jak najdoskonalszego programu radiowego i perfekcyjnego funkcjonowania radia jako instytucji. Zawsze cenił dojrzałość i aktywność obywatelską. Należał do organizatorów NSZZ "Solidarność" Rolników Indywidualnych, w związku z czym został pozbawiony pracy i aresztowany w stanie wojennym; potem pracował w zespole negocjatorów "okrągłego stołu", organizował w Lublinie Komitet Obywatelski i częściowo wolne wybory 1989 roku, a w latach 90 - tych przekształcił regionalną rozgłośnię w samodzielną spółkę Radio Lublin S.A. W październiku przypada rocznica jego śmierci. Fot. z archiwum Janusza Winiarskiego
Od początku XX wieku. Moja matka urodziła się w 1901 roku w Jastkowie. To jest 5 kilometrów stąd. W Jastkowie, w którym mój dziadek Anton Zieliński był ogrodnikiem. I potem jak już nie pracował tam... To wziął troszeczkę roślin. Jedną z nich jest ta funkja. Ta funkja, która wędruje poprzez pokolenia. Była już w Warszawie, w Terespolu. Jest i tutaj. Jak ja patrzę na nią, to jest Dziadzio Antoś. I Funkia też mi kojarzy się z Lucianem Forysiem, który w Radiu Lublin pracował od początku, a mieszkał przy ulicy Bonifraterskiej, tuż obok ulicy Północnej i ze swoim pieskiem Puszkiem, białym pudelkiem, przychodził do mojego ogrodu do ojca.
To jest gołąb dziki, grzywacz, a to jest bażant. A kapelusz jest ze lwowi. Z Rogoży, ze Lwowi z Rogoży, wtedy kiedy jeszcze pracowałem w radio, pojechaliśmy sobie właśnie w zarządy, które już dogorywały wówczas, bo to był już koniec kadencji czteroletniej poszczególnych zarządów radia publicznego, rozgłośni regionalnych, zrobiliśmy sobie taką wycieczkę do Lwowa, I ja poszedłem na targ między innymi i zobaczyłem ten kapelusz i powiedziałam ten albo żaden. Jako szef zostawiłeś najlepsze wspomnienia.
że najwyższą formą sztuki radiowej jest teatr i reportaż literacki, reportaż radiowy. Jeśli Radio Lublin jest znane w Polsce, w Europie, to przecież nie dzięki redakcji muzycznej, nie dzięki redakcji społecznej, rolnej i innej takiej. Tylko dzięki redakcji reportażu dziennikarze tej redakcji zdobywali wszystkie możliwe nagrody w konkursach ogólnopolskich. Jeśli ktoś tego nie docenia, to już przekracza moje możliwości percepcji. Bo coś takiego, jeśli się urodziło dosłownie na kamieniu, no to trzeba jak przepiękny kwiat hodować, chuchać, dmuchać, podlewać, zachęcać, głaskać po głowie.
Więc mam na to jakiś wpływ. No bo jakby mnie zdenerwowała, to powinienem wziąć siekierę i ją wyciąć, bo on jej psuje. Nie, nie ma na siebie roślin, tylko tak w miarę, żeby i dawała szansę satysfakcji mnie i tamtym roślinom, które tuż za nią rosną. pochodną sukcesu, ujmę to tak obrazowo i niezbyt elegancko, jest ilość szarych komórek. Ludzie inteligentni w każdych warunkach, szczególnie trudnych warunkach, dają sobie lepiej radę. W 1989 roku, w jesieni, albo w 1990 na początku, kiedy zostałem przywrócony do pracy w radio, organizacje zagraniczne organizowały szkolenia dla dziennikarzy polskich.
Nie, nie, trzeba brać ich pod uwagę, bo to są ludzie... o tak niespokojnej twórczej naturze. I ja nie tylko z powodu tych nauk wtedy czerpanych z tych kursów organizowanych przez zachodnich dziennikarzy, ale z potrzeby chyba serca, jak zostałem przywrócony do pracy i powierzono mi redaktora naczelnego Polskiego Radia w Lublinie, no kierowałem się przede wszystkim przydatnością ludzi do pracy. albo potrafią coś robić, albo nie. A mnie nie interesowało to, czy on należał do partii takiej, czy innej. A ci, którzy nam nie donosili, bo ptacy byli, to oni przecież wiedzieli, że nam nie donosili i oni starali się jakoś sami usunąć.
narastająca groza i nadchodzą, jeszcze były czynne telefony, wiadomości, że chyba Staszek Węglarz jest zatrzymany, że jeszcze ktoś tam jest zatrzymany. Potem się urywają telefony, no więc już wiadomo, że dzieje się coś bardzo złego. Jeszcze nie wiemy, że to jest stan wojenny. I Dana rusza w Polskę, w Lublin i przede wszystkim Stara się zawiadomić wszystkich drukarzy podziemnej prasy, w tym wypadku biuletynu. No i kogo się tylko dało, żeby ludzie się chowali. Nie pamiętam, czy ja się kładłem tej nocy, czy nie. W każdym razie następnego dnia rano Dana odprowadza dzieci do Wronikowskich, naszych przyjaciół.
Dwie, trzy godziny czasu, zanim jakoś skondensowaliśmy to do takiej okrojonej objętości. No i ten biuletyn jest drukowany. Ja idę spać, bo taki senny jestem trochę z gorączką. Wstajemy rano. Biuletyn jest wydrukowany. Jednocześnie jest odezwa do Ludowego Wojska Polskiego. Bierzemy biuletyn, bierzemy tą odezwę, znów Janek Wójcicki wynajmuje taksówkę w Świdniku. I mamy zawieźć te materiały do kościoła św. Agnieszki na Kalinie, na Kalinoszczyźnie.
Bo pamiętam, jak byłem zdziwiony, kiedy on przyszedł do nas, a w stanie wojennym był naszym częstym gościem, bo dostawaliśmy różne zapomogi z zachodu, między innymi kawę. I on zawsze wpadał na kawę rano. I zbliżały się święta. któregoś tam kolejnego roku stanu wojennego. Wacek mówił, słuchaj, ja już mam drzewko świąteczne. No, no masz piękną choinkę. Nie, jodełkę sobie kupiłem. Jak to, przecież zawsze się świerk kupuje, prawda, bo świerk pachnie. Jodła jest poza tym rzadsza, ma inny pokrój. I jak ją posadziłem 20 lat temu tutaj, to jakoś tak mi się ta jodełka, ten epizod ze stanu wojennego przypomniał. I ona jest zawsze wadzkiem dla mnie.
Ja zapamiętałam, że w dużym studiu muzycznym było takie zebranie i prowadził je pan Adam Tomanek. I podczas tego zebrania uchwalono rezolucję, że potępiamy warchołów z Radomia. Po czym tę rezolucję, to propozycja była przygotowana oczywiście przez pana Tomanka, poddano pod głosowanie, czy potępiamy, czy nie potępiamy. I był tylko jeden człowiek, który się wstrzymał. I to był pan Szych. Świętej pamięci. To była piękna postać. Po tym zebraniu następnego dnia pan Szych już nie pracował w radiu. Natychmiast został wyrzucony. A ja pamiętam, że zostałam wezwana do Komendy Wojewódzkiej i mnie panowie tam zawstydzali, że ja nie przyszłam do nich i nie zameldowałam, że był taki człowiek w rozgłośni, który wstrzymał się od głosu.
I oczywiście ludzie zostali spacyfikowani, rożka spałowano przywódcę tego ruchu. I my z Wackiem od razu po strajkach, ale chyba już po porozumieniu sierpniowym, od razu pojechali na wieś odszukać tych ludzi. I chyba we wrześniu albo w października już na ten temat leciała audycja w radiu. To pamiętam. No i pamiętam taki wiec w domu kolejarza. To był też albo wrzesień, albo październik. Byliśmy obaj z Wackiem. Nie wiem, czy ktokolwiek z dziennikarzy był. I oczywiście były głosy, że prasa, telewizja, radio kłamie. I najlepszym tego dowodem jest to, że my tutaj wiecujemy i nie ma nikogo z dziennikarzy.
Pokazano wszystkie 10 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Reportaż Małgorzaty Sawickiej to reporterski zapis letniego dnia Janusza Winiarskiego, wieloletniego dziennikarza i prezesa Radia Lublin oraz twórcy Redakcji Reportażu w rozgłośni. Sztuka artystycznego kształtowania ogrodów była jedną z jego pasji. W życiu zawodowym dążył do wypracowania jak najdoskonalszego programu radiowego i perfekcyjnego funkcjonowania radia jako instytucji. Zawsze cenił dojrzałość i aktywność obywatelską. Należał do organizatorów NSZZ "Solidarność" Rolników Indywidualnych, w związku z czym został pozbawiony pracy i aresztowany w stanie wojennym; potem pracował w zespole negocjatorów "okrągłego stołu", organizował w Lublinie Komitet Obywatelski i częściowo wolne wybory 1989 roku, a w latach 90 - tych przekształcił regionalną rozgłośnię w samodzielną spółkę Radio Lublin S.A. W październiku przypada rocznica jego śmierci.
Fot. z archiwum Janusza Winiarskiego