Patryk Mogilnicki - "Conan sp. z o.o..."
W dzisiejszym odcinku Max Cegielski rozmawia z Patrykiem Mogilnickim, autorem książki "Conan sp. z o.o. Polscy ilustratorzy i projektanci okładek książek fantastycznych w Polsce okresu transformacji (1985-1995)”.
Także serdecznie pozdrawiamy i machamy. wszystkim osobom, które stoją za szybą nad Krzysztofem i przyszły tutaj właśnie do Trójki zobaczyć, jak to wszystko wygląda od środka. Mam nadzieję, że nie będziecie zawiedzeni, bo tak naprawdę od środka to nie wiem, czy to jest takie fascynujące. Zobaczymy, z jakimi wyjdziecie przeżyciami. Natomiast nasz gość, Patryk, jest nie tylko autorem tej książki, Okonanie, fantastyczna okładka i będę zaraz pokazywał więcej ze środka, ale także innych książek, na przykład tej o współczesnym polskim projektowaniu okładek książkowych. Znowu ci, którzy nas słuchają na antenie albo odsłuchują podcast, nie mogą tego zobaczyć, dlatego zapraszamy na YouTube'a.
Była też książka Nie ma się co obrażać, czyli nowa polska ilustracja. I znowu pokazuję ją. I także książka pod tytułem Nówka sztuka, czyli młoda polska ilustracja. Nasz gość jest więc nie tylko praktykiem, absolwentem Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, prawda? Ale też, można powiedzieć, historykiem. No właśnie, jak to w ogóle określisz? Historyk okładek, historyk ilustracji, historyk polskiego designu? Kurczę, brzmi to wszystko poważnie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Po prostu robię to, co mam chęć zrobić i coś, czego wydaje mi się wcześniej nie było. Tutaj pokazywałeś tą książkę Nie ma się co obrażać.
Nowa polska ilustracja. To jest książka, która wyszła w 2017 roku. I wtedy, kiedy ja to wydawałem, o polskiej ilustracji współczesnej nikt nie mówił i nikt tego nie pokazywał, nikt nie zebrał tego w jakiś fajny volume i nie przedstawił światu, podczas gdy jak bywałem w innych krajach, załóżmy w Berlinie, to tam takie podsumowania były prowadzone w publikacjach na bieżąco, a my ciągle byliśmy na etapie poznawania polskiej szkoły projektowania graficznego i ilustracji z polską szkołą plakatu na czele, więc jakby nie było nic współczesnego. Kiedy ja wydałem tą książkę, miesiąc czy dwa później wydał Sebastian Frąckiewicz, ten łokieć źle się zgina, podobną publikację, inni ilustratorzy, inne podejście do rozmów i tak dalej w wydawnictwie Czarne.
I nawet ostatnio udało mi się na różnych targowiskach staroci... parę książek, które straciłem podczas licznych przeprowadzek odkupić, tylko i wyłącznie z powodu okładek. Tylko z powodu okładek, tak? Nie czytałeś? Nie, w sensie nie czytałeś. Przeczytałem je wtedy, teraz nie zdążyłem ich przeczytać, ale one czekają, wiesz, na moment emerytury chyba. No nie, nie, nie, żeby to był zarzut, bo ja większość tych książek, jak byłem dzieckiem czy tam młodym człowiekiem, kupowałem ze względu na okładki, większości nawet nie czytając, więc one były po prostu dla mnie jakieś takie, wiesz, bardzo tajemnicze i intrygujące i zatrzymałem się właśnie na tym takim powierzchownym podejściu do nich. Nie ze wszystkimi tak jest, bo tak jak wspomniałeś, przeczytałeś kawałek wstępu, ja się nauczyłem czytać.
Przeczytałem sobie braci Haldemanów taką książkę czekaj, coś o ciemności. Jak dużo mówię, to mi potem uciekają troszeczkę tytuły z głowy. Tych książek jest tutaj tyle, że nic dziwnego, że nie pamiętasz wszystkich tytułów. A daj na sekundkę, to ja sobie szybko od razu spojrzę, bo to jest książka, która miała na okładce niby Konana, a tak naprawdę rozgrywała się w kosmosie i opowiadała o kosmicznej szkole Nie ma ciemności, to się chyba tak nazywa. Opowiadała o kosmicznej szkole takich kadetów, którzy podróżują po różnych planetach i wiesz, na okładce walnęli Konana, bo po prostu się lepiej sprzedawało, nie? No właśnie, ale słuchaj, to od razu wskoczmy jeszcze głębiej w te przeżycia, bo pięknie... Tak, nie ma ciemności, to jest tutaj ta okładka.
negatywne o w ten sposób, pejoratywne znaczenie słowa kiczowatość. Chodzi mi tak naprawdę o to, że moment, który opisujesz, zaczynając narrację od PRL-owskich serii, takich jak seria Fantastyka Przygoda, Iskier, seria SF wydawnictwa poznańskiego, to widzimy rzeczywiście od razu, w jaki sposób ta estetyka się zmienia. I pojawiają się też, co jest istotne, w tej książce, proszę państwa, są wywiady z tymi twórcami. I mam wrażenie, że to, co się okazuje, to jest to, że kończy się PRL, czyli kończy się koncesjonowanie wykonywania zawodu artystycznego.
Dokładnie. Jak wiemy w PRL-u, żeby być twórcą mozaik, ilustracji i tak dalej, i tak dalej, czyli krótko mówiąc, mieć pracę i zlecenia należało być... Mieć wykształcenie. Mieć wykształcenie, być zazwyczaj też po prostu w związku plastyków. Natomiast ci bohaterowie, którzy pojawiają się, autorzy, autorki pod koniec lat osiemdziesiątych, to często są właśnie amatorzy, tak? Mhm. Czyli, że następuje też ukryta w tej zmianie estetyki zmiana kompletna w ogóle jakby sposobów finansowania, organizowania i tak dalej. Dokładnie. I to pokutuje do dzisiaj. W tym sensie, że my we współczesnych wydawnictwach też nie mamy dyrektorów artystycznych, co się odbija po prostu na ich wyglądzie zwyczajnie.
Są wydawnictwa, które po prostu, wiesz, nie mają grafików u siebie nawet po prostu i korzystają tylko z usług grafików zewnętrznych, A wybierają okładki po prostu redaktorzy, wszyscy wydawnictwie poza grafikami, którzy jakby mają oko ku temu, żeby móc coś zaproponować, tego, nie wiem, wiesz, jakby... Więc bardzo mnie boli, że nie ma dyrektorów artystycznych w tych wielkich wszystkich, wiesz, wydawnictwach, nie? Tylko jest to jakiś taki przypadkowy, w ogóle przypadkowy dobór osób, które decydują o tym, nie? Jakby... Kiedyś był dyrektor artystyczny, teraz w okładki wybiera dział sprzedaży i marketingu. Kiedyś na jednej z moich stron kupiłbym tę książkę, gdyby nie okładka, którą założyłem 10 lat temu, bo okładki są mi, jak tutaj piszę, bliskie od dziecka książek, więc ktoś napisał, że jedyną kompetencją tych osób jest bycie osobą decyzyjną.
To jest bardzo znamienne tutaj. Tak naprawdę zajmując się historią okresem 85-95, tak naprawdę pokazujesz korzenie z sytuacji, w której ty w tej chwili funkcjonujesz jako ilustrator. Tak, tak, ale pokazuję to na gatunkach takich właśnie jak science fiction, fantasy i horror, do których ja nie mam problemów z tym, że robili je fani i jakby... pokazuje tu okładki, które mi się podobają, tak? Ale w literaturze... Ja sądzę, że to bardzo się odbiło na literaturze pięknej po prostu, najbardziej, bo fantazyk, w sensie literatura gatunkowa rządzi się swoimi prawami po prostu. Mamy jakieś klisze, które są wykorzystywane i troszeczkę tego nie przeskoczymy, tak? Co mamy dać na okładce, wiesz, książki pod tytułem Powrót Krabów, tak?
Tak, no i wiesz, mamy tutaj raz ilustrację polskiego autora, który jest naprawdę na fajnym światowym poziomie. Jest palpowa, w stylu zagranicznych okładek do książek horroru. Mamy typografię Marii Delis, która tutaj naprawdę przy tej cyklu się akurat wysiliła i fajnie to wszystko wykreśliła, bo to są ręcznie robione tytuły, a nie z użyciem, tak jak teraz, komputerów. I wiesz, i tutaj jakby wszystko grało. Dla mnie najważniejsze jako projektanta okładek w ogóle jest to, żeby okładka była kompatybilna z treścią i zsynchronizowała się z nią, a nie oszukiwała odbiorcę, tudzież była po prostu totalnie pomylona z tym, co reprezentuje. Taki przykład powiem Ci z dzisiaj. sobie przeglądałem internet i wszedłem tam na Państwowy Instytut Wydawniczy, oni wydają Ingmara Bergmana książkę, jakieś teksty nieopublikowane, z okładką, nie wiem jak ją pokazać, nie będę wyciągał telefonu, ale w każdym razie z okładką, która zupełnie nie pasuje do jego twórczości.
Ciekawa anegdota, był też moim profesorem na ASP, na rzeźbie i szczerze go nienawidziłem. Dlatego rozmawiając z nim nie przypominałem mu, że jestem jego uczniem i w ogóle nie wyszliśmy na to. Ale po tych okładkach, o, to jest dobry przykład, widać, że one są tworzone w analogowej technice. Tak, tak. Wiesz co, tutaj jest rozmowa z nim i ja go pytam, jak on tworzył te rzeczy. I on opowiada, że w akademiku były ich czterech, załóżmy, w pokoju, więc on do dyspozycji miał tylko swoje łóżko, na którym po prostu przyklejał sobie różne elementy, totalnie niezwiązane z fantastyką, jakby budując fantastyczne światy. Na przykładzie tego możesz pokazać, jest, nie wiem, z tyłu jest koperek, jakiś kwiat, jakaś roślina, wycięte nogi jakiegoś smoka i akurat przez niego narysowana twarz, jaką sobie
wymyślił i Asimowa, czyli autora fundacji, do której to jest fragment okładki tego cyklu. I dalej mamy, wiesz co, z Kosmonautą jest seria, do której robił Władysław Brykczyński, wspaniały polski projektant, którego bardzo lubię i szanuję jego projekty. A potem Jan Bokiewicz zrobił pięć okładek, czyli najwięcej po Brykczyńskim do tej serii. Jeszcze troszeczkę dalej jest on. O, tutaj się zaczyna tak, od wyjścia z cienia. Tak, Jan Bokiewicz, który najbardziej jest znany, jego najbardziej emblematycznym projektem jest takim rozpoznawalnym, jest działka mojej hobby. To jest jego projekt, taki co ludzie mają na koszulkach. Słynny, oczywiście. Tak. Słuchaj, no dobrze, ale wiesz co, bo ja mam wrażenie, że istotna jest też ekonomia w tym wszystkim, dlatego że PRL z jednej strony szybko zaczyna wydawać fantastykę, ona jest jakby naturalnym zupełnie medium opowieści, mamy oczywiście Lema i nie tylko,
Tylko, że chodziło o to, że w głębokim PRL-u te książki nie musiały mieć wcale nawet atrakcyjnych okładek, ponieważ one i tak się sprzedawały, zresztą w ogromnych nakładach. Ale w okresie transformacji również, bo po prostu te tytuły nie były wydawane. Wiesz, Comas z Conacymery się pojawił chyba w 1985 roku tam w wydawnictwach Alfa, do których okładki robił Robert Bury, ale później w takim zachodnim stylu, w wydawane przez wydawnictwo Amber Horory ze złoceniami, z takimi czarnymi stronami drugą i trzecią okładki. To były takie ekskluzywne wydania, których PRL nie widział. Wiesz, na normalnym papierze te rzeczy były drukowane często w drukarniach zachodnich w ogóle, bo tak jak tutaj mi opowiadają graficzy i graficzki z Phantom Pressu, to oni drukowali na przykład, wiesz, w Anglii po prostu i dlatego one miały też tak dobrą, tak były dobrze jakościowo przygotowane, tak?
Amber był tak potężną firmą, że oni zakładali już, po prostu wydawali kasety VHS, wchodzili w deweloperkę i nawet zastanawiali się, czy nie założyć własnych, prywatnych linii lotniczych, nie? Więc my mówimy o takich pieniądzach. Mhm. A Phantom Press wydawał miesięcznie około 50 tytułów, więc jest tam półtorej książki dziennie. I wszystkie schodziły na pniu w wielkich liczbach typu kilkanaście tysięcy egzemplarzy. Ciężko nam sobie to gdzieś wyobrazić, ale tak to wyglądało wtedy. Wróćmy jeszcze do tego wątku profesjonaliści, amatorzy, chociaż może właśnie jak to w ten sposób określimy, to to brzmi od razu jakoś oceniająco, ale jeden właśnie z tych bohaterów, którego... Ja jestem ciekawy, wiesz co, czy ludzie, którzy by nie mieli wglądu w treść tych książek, byliby jednoznacznie w stanie określić, które z nich zrobił amator, a które zrobił profesjonalista.
One były sprzedawane na bazarach, były drukowane w liczbach takich, jak ludzie sobie je zamówili. Iluś ilustratorów, na przykład tutaj jest Dariusz Chojnacki, już niestety świetny, nieżyjący artysta, współzałożyciel wydawnictwa Amber, który w fandomie... Robił ilustracje też na okładki książek wydawanych właśnie przez kluby tylko. I on potem założył ze Zbigniewem Foniokiem wydawnictwo Amber, czyli pierwsze jakby prywatne wydawnictwo w wolnej Polsce. I to oni mieli taki wielki, jakby ogromny sukces w sprzedaży. Czyli, że jednak punkt wyjścia był też taki, że nawet te wielkie komercyjne przedsięwzięcia z tego okresu przełomu były zakładane przez ludzi, którzy nie byli biznesmenami, którzy siedzą w Excelu, którego zresztą jeszcze nie było.
Tak, tak. Ale to zakładało zazwyczaj kilka osób i na pewno byli jacyś biznesmeni tam. Już nie pamiętam, chyba trzy osoby zakładały Phantom Press, z czego jeden gość, który siedział na staję w Anglii i oni na pewno byli biznesmenami, no kurczę, wiesz, musieli być, tak? No, jeżeli chodzi o Amber, no to był Zbigniew Foniok i Dariusz Chojnacki. Dariusz Chojnacki był, dzisiaj byśmy to nazwali takim dyrektorem artystycznym wydawnictwa, więc w takim razie tutaj ta cała organizacja i tak dalej, to myślę, należała do Zbigniewa Fonioka. Mhm. Jak się zmieniały techniki robienia tych okładek? Bo wspomniałeś o tym, że jeden z autorów malował je. Mówiliśmy o tych kolażach z epoki PRL-u.
Czy to jest też tak, że już pod koniec lat 80. pojawiają się na przykład komputery? Nie, troszeczkę... Później. No, chyba troszeczkę później. Nie, no, ja mogę powiedzieć na przykładzie okładek na przykład Amberu, które widzę, gdzie, znaczy oni kupowali ilustracje na slajdach z zagranicy, więc tutaj w znikomej mierze polscy ilustratorzy pracowali. nad ilustracjami, ale robili liternictwo na te okładki i można prześledzić mniej więcej, jeżeli chodzi o lata, wiesz, kiedy one były wykreślane albo klejone ręcznie, a kiedy pojawiły się pierwsze programy graficzne, komputerowe i widać Jak one były potem maszynowo już produkowane, dane serie Roberta Shakespeare'a czy Filipa K. Dicka, więc wydaje mi się, że to był rok 90 albo 91, kiedy oni już tak zaczynali korzystać z programów graficznych.
Tak, Def Leppard widza Antrax, okej. Ale jednak nazywając cię, pomimo twojego pewnego sprzeciwu, historykiem też... Znaczy nie sprzeciwu, wiesz co, dla mnie, kurczę, wszystkie wyrażenia są takie troszeczkę górnolotne, tak jak artysta, ja mam zawsze problem z tym. Ja nie studiowałem historii sztuki, po prostu miałem ochotę się czymś zająć i to zrobiłem. Ale w jaki sposób byś określił... Wcześniej ja użyłem tego słowa w stosunku do niektórych okładek z Conanem, kiczowate i one są oceniające bardzo rzeczywiście. Zmieniła się też estetyka, w której my żyjemy i tak jak wskazujesz też w tekście książki Conan, Spółka z OO. Mamy w tej chwili bardzo wielu też malarzy, malarki, twórców w internecie.
Mamy nawet memy, czy różne treści po prostu instagramowe, które właśnie mają trochę taką estetykę, która jest... Właśnie, po prostu szukam jakichś słów. Traszowa trochę... Nie, nie, myślałem, że nawiązujesz do tego, że jest podobna do tamtej, czyli chciałem powiedzieć, że jest pokrewna. Zastanawiam się po prostu, jak można by opisać tą przemianę wizualną, wiesz, od PRL-u do... Aha, od PRL-u do zaraz, bo tak weszłeś na tych współczesnych artystów i ja właśnie chciałem powiedzieć o tym, że i to też piszesz we wstępie, że zauważam, mówię, że w współczesnych galeriach warszawskich przy okazji na przykład takich wydarzeń jak Warsaw Gallery Weekend że wiele, że ta jakaś taka moda, czy taka tendencja robienia właśnie rzeczy podobnych do tych z lat dziewięćdziesiątych z gatunku właśnie horroru, czy fantazy jest obecna.
Nawet mamy Robocopa, proszę. Jeszcze wcześniej jakbyś to jest ładny obrazek też na... O, tutaj jest... Macie zbliżenia tutaj kamer, czy nie? Ekipa wideo stara się, żeby Myśliwiecka była jak Woronicza przynajmniej, czyli... Polskie radio, które właśnie obchodzi 100 lat, już w zasadzie staje się nowoczesną telewizją po prostu. No właśnie, ale czy to jest tylko, to co pokazuje teraz, to jest Karl Nesser, czyli Kornel Nóżyński. Czy to jest fascynacja pewną estetyką, czy to jest właśnie trochę też kamp, czy to jest...
To już każdego twórcę trzeba by spytać indywidualnie. Myślę, że u niego akurat jest fascynacja tym, co powiedziałeś, czyli kampem i stylistyką SF lat 80., bo nawet to nawiązanie, ten robokop nie jest przypadkowy, więc widzę w jego pracach, że pojawiają się i miecze, i... wojownicy podobnie dokona na etc., więc u niego takie bardziej świadome, a jest tam ileś osób i artystek i artystów, którzy jakby mogą to robić zupełnie, wiesz, jakby... jakby nie mieli nigdy nic wspólnego z tamtą estetyką. A jak ty byś opisał swój styl na tle epoki i koleżanek i kolegów?
Ja wiem, to jest trudne. Ja mam kilka stylów, wiesz, wydaje mi się, że jakiś czas temu żałowałem, że nie ma jednego stylu takiego mega rozpoznawalnego, typu Wiesz, jak Maciek Księczyk zrobi rysunek, to ja widzę z daleka, że to jest jego rysunek. Mi się wydaje, że ja mam kilka stylów i chyba tak z trzy co najmniej, ale ktoś mi kiedyś powiedział miłą rzecz, że rozpoznaje mojej pracę po aurze. I po podejściu do tematu, tudzież jakimś kadrze, albo jakimś niepokoju, właśnie kolorystyce takiej bardziej zgaszonej, sepiowej, niż po, wiesz, po prostu po kresce. Bo ja też staram się czasami dopasować kreskę do tematu, który dostaję. Czy to jest, wiesz, plakat filmowy dla jakiego filmu, tak? To jest okładka do książki, ale dla jakiej książki, tak?
Bardzo dbam o to, żeby to było ze sobą kompatybilne, a nie było tak, że ja mam jeden styl i będę go po prostu wciskał wszędzie, nawet tam, gdzie on nie pasuje i potem mamy takie, wiesz, kwiatki jak w WAB w latach, nie wiem, 2017 wyszła seria książek Michela Uelbecka przez Martę Frejs zrobiona, no kurczę, i wybrali ją tylko, bo oni też nie mają dyrektora artystycznego, więc wybrali ją kluczem po prostu popularności na Instagramie. I był to po prostu jakiś taki strzał w kolano, bo to jest najgorsza rzecz, jaką prawdopodobnie widziałem w życiu. To był jeden z moich ulubionych pisarzy, więc mogę powiedzieć, że te książki czytałem nawet dwu, trzykrotnie. I te okładki jakby tak to spłycają i są tak potwornie niepasujące do tego. Zrobiły z tego mem generalnie, tak? To jest właśnie jakby transformacja w pełni, w sensie
Właśnie jednak to słowo znowu się pojawi o historii polskiego, polskich projektów, okładek, książek. Przed chwilą, gdzie otworzyliście? W Treście, z Instytutem Adama Mickiewicza otworzyłem wystawę polskiej okładki książkowej, ale taka cezura jest tam czasowa 1950-1980, czyli... Transformacja się nie załapała, ale chcieliśmy pokazać zagranicznemu odbiorcy jakby najwspanialsze dokonania polskich tutaj projektantów. Tych głównie znanych jakby z polskiej szkoły plakatu. Mało osób wie, że że oni też robili tak samo wspaniałe, jak nie nawet piękniejsze realizacje książkowe. Mówimy tutaj o takich artystach jak Jan Młodożeniec, Janusz Stanny, Ewa Fryszczak, Danuta Staszewska.
Jeżeli ich nie kupię, to po prostu polecą od razu na zmielenie, więc pokazujemy tutaj akurat włoskim odbiorcom w treście, ale ja ten pomysł, podobne i ileś podobnych w tematach okładkowo-książkowych, proponowałem polskim instytucjom kulturalnym, państwowym, typu Dom Spotkań z historią i oni nie byli zainteresowani, więc jak czytam teraz, jak ludzie wspaniale komentują, jak bardzo im się podobają te moje posty z Triestu, te zdjęcia, w ogóle jak to pięknie zrobiliśmy, pokazaliśmy Zbiór moich książek, te wybrane tytuły w gablotkach, pięknie zaprojektowane przez Magdalenę Heliarz tablice, do których ja przygotowałem skany. Jest tam około 140 okładek i w gablotkach i na tablicach i ludzie piszą, kiedy w Polsce.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Patryk Mogilnicki przedstawia swoją książkę o polskich ilustratorach okładek książek fantastycznych w latach 1985-1995.
Patryk opowiada o swojej fascynacji okładkami z lat 80. ubiegłego wieku i powstaniu książki Conan Spółka z OO.
Patryk opowiada o okładkach z lat 80. i 90., w tym o okładkach do książek Conana, i omawia zmiany w estetyce ilustracji.
Patryk omawia zmiany w ilustracji i finansowaniu ilustracji w PRL, a także opisuje okładki z lat 1985-1995.
Patryk opowiada o różnicy między polską szkołą plakatu a zagraniczną, podkreślając, że polscy twórcy często nie oglądali filmów, do których tworzyli okładki.
Patryk wspomina o okładkach książek gatunkowych, takich jak romansy, sensacje i thriller, które miały bardzo artystyczne okładki.
Patryk opowiada o nowej serii książek z okładkami Polskiego Instytutu Wydawniczego, w tym okładce dla powieści Wertepy Leopolda Buczkowskiego.
Patryk porusza kwestię okładek i edycji książek, podkreślając, że niektóre okładki nie pasują do treści, a także opowiada o swoich badaniach na temat polskiej ilustracji.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.