PIEKŁO JEST TU #204. Chciał, aby jej nie było
W 1994 roku w Pruszkowie czterdziestoletnia Małgorzata K. mieszkała ze swoim niespełna dwudziestoletnim synem. Mariusza wychowywała samotnie, odkąd chłopak skończył pięć lat. Żyli i mieszkali tylko we dwójkę przez piętnaście lat. Jakie łączyły ich relacje i dokąd zaprowadziły?Źródła:https://docs.google.com/document/d/12pFae5fcUeYoTuRxlICAvbeMCRVAeziGV45z62CdjVs/edit?usp=sharingmój instagram: vstanemój mail: [email protected]
A jednak to nie wystarczyło. Wszystko, co przychodzi mi na myśl odnośnie do tej historii powiem w zakończeniu tego odcinka, aby niepotrzebnie nie robić spoilerów. Zapraszam Was do wysłuchania dzisiejszego odcinka. Małgorzata K., w momencie, gdy rozgrywały się te wydarzenia, zbliżała się do 40 roku życia. Mieszkała w Pruszkowie, mieście położonym niedaleko Warszawy, średniej wielkości, liczącym dziś niespełna 66 tysięcy mieszkańców. Prawdopodobnie także stamtąd pochodziła albo była z okolic, bo regularnie miała możliwość widywania się ze swoją najbliższą rodziną. Źródła wspominają zwłaszcza o matce i siostrze.
Była bardzo młodą kobietą, kiedy urodziła swoje pierwsze i jedyne dziecko. Miała wtedy 20 lat. Jej syn Mariusz przyszedł na świat w połowie lat 70. A jego narodziny stały się przypieczętowaniem związku Małgorzaty z ojcem dziecka, z Andrzejem. Mimo, że para wzięła ślub, małżeństwo to nie przetrwało długo. Ojciec dziecka i mąż Małgorzaty nie spełniały się w roli głowy rodziny. Wręcz przeciwnie, zaniedbywał swoje obowiązki, nie dając poczucia bezpieczeństwa ani swojej żonie, ani tym bardziej potrzebującemu go dziecku. Pracował jako kierowca, jakieś środki finansowe zapewniał, ale dużą część pieniędzy przeznaczał na swoje przyjemności, w tym zwłaszcza alkohol.
Małgorzata nie chciała marnować życia sobie, ale tym bardziej synowi, u boku człowieka, na którym nie mogła polegać. Dlatego 5 lat po narodzinach Mariusza zdecydowała się na rozwód. Jak podają źródła, głównym powodem tego rozstania było zbyt częste spożywanie alkoholu przez Andrzeja, co regularnie doprowadzało do konfliktów pomiędzy małżonkami. Najpewniej rozstanie nie przebiegło w przyjaznej atmosferze, ponieważ Małgorzata nie chciała, by jej były mąż utrzymywał kontakty z ich synem. Nie wiadomo, czy ojciec Mariusza starał się o spotkania z nim i czy podejmował jakiekolwiek próby odbudowania ich relacji, ale faktem jest, że przez wiele lat życia chłopca nie miał on możliwości pogłębiania z nim więzi, mimo że Mariusz bardzo tego chciał i bardzo tego potrzebował.
Była to decyzja Małgorzaty, podjęta być może z przekonania, że w ten sposób chroni dziecko. Mariusz dorastał jednak w otoczeniu najbliższej rodziny ze strony matki. Często bywał u babci, spędzał też dużo czasu z kuzynostwem. Nie był więc tak zupełnie samotny, chociaż brakowało w jego życiu jednej bardzo ważnej postaci – ojca. Małgorzata natomiast uchodziła za osobę niezwykle zaradną i obowiązkową. Macierzyństwo nie powstrzymało jej przed realizowaniem swoich celów. Najpierw zdobyła wykształcenie ekonomiczne, choć ostatecznie nie podjęła pracy w zawodzie. Kiedy została jedynym opiekunem syna, potrafiła samodzielnie utrzymać dwuosobową rodzinę i dobrze radziła sobie finansowo.
Z czasem zdecydowała się założyć własną firmę. Była to działalność świadcząca usługi wnętrzarskie, przede wszystkim montaż żaluzji, ale także sprzątanie wnętrz, w tym między innymi pranie dywanów. Nie wiadomo dokładnie, jak prosperowało to przedsiębiorstwo, jednak fakt, że Małgorzata stosunkowo szybko mogła pozwolić sobie na zakup własnego mieszkania w Pruszkowie, sugeruje, że interes był dochodowy. W późniejszym czasie kobieta dorobiła się także dwóch samochodów. Była zatem kobietą przedsiębiorczą, a źródła mówią o niej bizneswoman. Małgorzata doskonale odnalazła się w realiach tamtych lat. Ceną prowadzenia własnej działalności był jednak chroniczny brak czasu.
Nie tylko na życie towarzyskie, ale niestety również na życie rodzinne. Mariusz był już wtedy dużym chłopcem, a nawet już chłopakiem, bo nastolatkiem, więc z powodzeniem mógł zostawać sam w domu. Małgorzaty często w nim nie było, dlatego trudno mówić o bliskiej więzi między nią a synem. Nie byli ze sobą szczególnie zżyci. Z perspektywy Małgorzaty wyglądało to jednak inaczej. W jej przekonaniu robiła wszystko, co mogła, aby zapewnić Mariuszowi godne życie i poczucie materialnego bezpieczeństwa. Nie pracowała po to, by uciekać od swoich rodzicielskich obowiązków, lecz po to, aby jej dziecko nie odstawało od rówieśników pod względem warunków bytowych, a nawet by miało więcej i lepiej od innych.
Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że pracowała więcej niż było to konieczne. Można więc nazwać ją pracoholiczką. Co istotne, Małgorzata nigdy nie nawiązała już stałej relacji z innym mężczyzną. Po pracy wracała bezpośrednio do domu, do swojego syna. Nie oznaczało to jednak, że czas spędzany razem był czasem bliskości. Kiedy chłopiec przebywał pod jej opieką, Małgorzata nie poświęcała mu uwagi w sposób, jakiego dziecko potrzebuje. Nie było wspólnej zabawy, rozmów ani zainteresowania codziennymi sprawami syna. Nie pytała, jak się czuje, jak minął mu dzień, co przeżywa, czym się martwi. Była kobietą powściągliwą w okazywaniu uczuć, dlatego z jej ust nie padały w stronę Mariusza ciepłe słowa.
W międzyczasie, gdy Małgorzata rozwijała swoją działalność i spełniała się w pracy, Mariusz powoli dorastał i kończył kolejne etapy edukacji. Kiedy był już nastolatkiem, a więc uczęszczał do szkoły podstawowej, odnowił relacje z ojcem. Chętnie u niego przebywał i z czasem coraz częściej wybierał właśnie jego towarzystwo. Jak już powiedziałam, Mariuszowi bardzo brakowało rodzicielskiej miłości. Skoro nie doświadczał jej ze strony matki, zaczął intensywnie zabiegać o to, aby otrzymać ją od ojca. Ojciec najwyraźniej też chciał te relacje odbudować, dlatego nie protestował i regularnie widywał się z synem. Kiedy Małgorzata zauważyła, że więź między Mariuszem a jej byłym mężem coraz bardziej się zacieśnia, zaczęły przemawiać przez nią trudne emocje.
Może tylko złość, ale być może także zazdrość. Bardzo nie podobało jej się to, że syn tak chętnie spędzał czas z ojcem. Tym bardziej, że wbrew jej wcześniejszym wyobrażeniom, Mariusz czuł się u niego dobrze. Wydawał się być spokojny i zadowolony. Tak było tylko na początku, bo z czasem okazało się, że i z ojcem Mariusz nie potrafi się dogadać. Dopóki jednak miał nadzieję na to, że uzyska od niego więcej emocjonalnego oparcia i akceptacji, dopóty widywał się z nim wbrew woli matki. Przez nią czuł się niemal niezauważalny. To właśnie z tego powodu coraz częściej zdarzało się, że chłopak uciekał do ojca, mimo że Małgorzata otwarcie sprzeciwiała się ich relacji.
Gdy kobieta odnajdywała syna w domu swojego byłego męża, sytuacje te niemal zawsze kończyły się awanturami. Były to kłótnie, które Małgorzata nie tylko inicjowała, ale też eskalowała, dlatego trudno powiedzieć, by była osobą opanowaną czy potrafiącą kontrolować emocje. Mariusz nie potrafił zrozumieć, dlaczego matka tak bardzo sprzeciwiała się jego kontaktom z ojcem, skoro na nią, a zwłaszcza na jej fizyczną obecność, tak rzadko mógł liczyć. Nigdy nie uzyskał odpowiedzi na swoje pytania. Nie oznacza to jednak, że los Mariusza był Małgorzacie całkowicie obojętny. Mimo, że w ich rozmowach brakowało bezpośredniości, a nawet otwartości, Małgorzata interesowała się jego przyszłością, choć często w sposób, który bardziej ranił niż wspierał.
Dlatego po ukończeniu szkoły podstawowej wybrał szkołę zawodową. Nie oznacza to jednak, że Mariusz był chłopakiem głupim czy nieinteligentnym. Wręcz przeciwnie, był bardzo ciekawy świata. Jego pasją obok informatyki była także astronomia oraz modelarstwo. Wiedzę zdobywał samodzielnie, ucząc się na własną rękę. Kiedy Małgorzata dostrzegła w nim ten potencjał, zdecydowała się nawet kupić mu komputer. Mariusz bardzo chętnie spędzał przy nim czas, traktując go nie tylko jak rozrywkę, ale też narzędzie do nauki i ucieczki w świat, w którym czuł się pewniej. Kolejnym ważnym aspektem w życiu Mariusza był sport, a ściślej mówiąc koszykówka.
Był przeciętnym nastolatkiem, którego cechą charakterystyczną mogła być jedynie jego sylwetka. Bardzo szczupła i wysoka. Sprawiał też wrażenie młodszego niż był w rzeczywistości. Miał bardzo chłopięcą buzię, mimo że nadal był zaledwie nastoletnim chłopcem. Relacja z Moniką dawała Mariuszowi dużo radości, jednak bliższym kontaktom tej pary zdecydowanie sprzeciwiała się Małgorzata. Nie lubiła, gdy syn przyprowadzał do ich mieszkania swoje przyjaciółki. Zawsze reagowała wtedy krzykiem, twierdząc, że, cytat, robi z domu burdel. Otwarcie zabraniała mu kontaktów z Moniką, ponieważ uważała, że dziewczyna źle się prowadzi. Przeszkadzało jej między innymi to, że Monika paliła papierosy oraz piła alkohol.
Dodatkowo w ocenie Małgorzaty wywodziła się z nieciekawego domu. Jej rodzice nie mieli na nią większego wpływu, a być może nawet w ogóle się nią nie interesowali. Sytuacja finansowa w domu Moniki również pozostawiała wiele do życzenia. Małgorzata była przekonana, że Mariusz zasługuje na kogoś lepszego, a uroda dziewczyny w jej mniemaniu nie miała żadnego znaczenia. Mariusz, wbrew woli matki, nie zerwał kontaktu z Moniką, choć trudno jednoznacznie powiedzieć, czy nadal byli parą. Najczęściej spotykali się we troje – on, Monika i Kasia. Nie włóczyli się po mieście i nie dołączali do innych grupek znajomych. Zamiast tego izolowali się od świata, spędzając czas w wynajmowanych pokojach hotelowych.
To za jej namową postanowił otworzyć własną firmę. Wszystko wskazuje na to, że była to działalność albo taka sama, albo bardzo podobna do tej, którą prowadziła Małgorzata. Z czasem to właśnie ona przejęła faktyczne prowadzenie jego biznesu, choć formalnie właścicielem wciąż pozostawał Mariusz. Jego zdaniem firma służyła im tylko po to, aby minimalizować koszty. Matka doskonale wiedziała, w jakim celu prowadzili dwie działalności. W firmie czy firmach pracowali razem, jednak to Małgorzata pełniła rolę szefa. To ona decydowała o zakresie obowiązków syna i to ona organizowała mu pracę. Mariusz nie otrzymywał stałej miesięcznej pensji.
Matka wypłacała mu pieniądze co tydzień w kwocie od 300 do 500 tysięcy starych złotych, ponieważ były to jeszcze czasy sprzed denominacji. Mariusz uważał te kwoty za zdecydowanie zbyt niskie. Dla porównania warto dodać, że minimalne wynagrodzenie w tamtym okresie wynosiło od 2 do niemal 2,5 miliona starych złotych miesięcznie, w zależności od kwartału. Z drugiej strony trzeba też zaznaczyć, że Mariusz miał zapewniony dach nad głową i wyżywienie. Małgorzata opłacała mu również inne rzeczy, które w jej przekonaniu były potrzebne Mariuszowi do jego rozwoju. Między innymi sfinansowała kurs prawa jazdy, egzaminy, a także wszelkie dodatkowe zajęcia.
Mariusz między innymi pobierał prywatne lekcje języka angielskiego i zapisał się do szkoły wieczorowej. Nie wiem jednak, czy finalnie ją ukończył i jakie miał w związku z tym plany na przyszłość. Kiedy między synem a matką dochodziło do konfliktów na tle finansowym i Mariusz skarżył się, że w ich wspólnej firmie właściwie nie zarabia żadnych pieniędzy, Małgorzata natychmiast zaczynała szczegółowo wyliczać, ile kosztuje ją miesięczne utrzymanie syna. W takich licytacjach zawsze wychodziła zwycięsko. Z przedstawianych przez nią wyliczeń wynikało bowiem, że Mariusz otrzymuje od niej znacznie więcej niż byłby w stanie samodzielnie zarobić. W efekcie próby zawalczenia o własną niezależność przynosiły skutek odwrotny do zamierzonego.
Zamiast poprawy swojej sytuacji finansowej Mariusz słyszał, że znajduje się na minusie. Decyzją Małgorzaty musiał więc odpracować nadwyżkę środków, które zainwestowała w jego rozwój i utrzymanie. To jeszcze bardziej pogłębiało jego poczucie zależności i utwierdzało go w przekonaniu, że z tej relacji nie ma wyjścia. Ale za to Mariusz zaczął coraz wyraźniej dostrzegać, że jego relacja z matką przeobraziła się w coś na kształt układu między szefem a podwładnym. Czuł, że w Małgorzacie nie ma już matki, że ona traktuje go wyłącznie jak swojego pracownika. Tak oczywiście wyglądało to z jego perspektywy. W rzeczywistości Małgorzaty, kobieta chciała nauczyć syna odpowiedzialności i samodzielności, a także pragnęła, aby osiągnął życiową stabilizację.
Gdy zaczęli razem pracować, Małgorzata uważnie obserwowała, jak Mariusz podchodzi do swoich obowiązków. Jak już wiemy, ona sama była osobą niezwykle obowiązkową, można wręcz powiedzieć, że była służbistką. Przez znaczną część swojego życia pracę stawiała ponad wszystko. Mariusz natomiast próbował odnaleźć równowagę. Chciał mieć czas nie tylko na pracę, ale także na życie prywatne. To podejście zupełnie nie odpowiadało jego matce, która stale chciała mieć syna w swoim zasięgu. Również z tego powodu, ponieważ Mariusz wymykał się na spotkania z koleżankami, Małgorzata sprzeciwiała się jego relacji z Moniką.
Uważała, że dziewczyna odciąga go od pracy i rozprasza. W interpretacji Mariusza wyglądało to jednak inaczej. Kiedy on spędzał czas z przyjaciółkami, jego matka miała poczucie, że traci nad nim kontrolę. Zawsze chciała trzymać rękę na pulsie, dlatego wpadała w złość, gdy syn znikał z jej pola widzenia, a ona nie wiedziała, gdzie jest i co w danym momencie robi. Małgorzata była przekonana, że Mariusz nie jest wystarczająco odpowiedzialny, co tylko wzmacniało jej potrzebę kontroli. Oboje mieli do dyspozycji służbowy samochód. Często zdarzało się, że Mariusz korzystał z niego do celów prywatnych. Niestety jeździł dość nieostrożnie i kilkukrotnie brał udział w stłuczkach.
To sprawiło, że Małgorzata stała się wyjątkowo przewrażliwiona. Za każdym razem, gdy samochód znikał spod siedziby firmy razem z jej synem, ogarniał ją niepokój. Jedna z kobiet zatrudnionych w firmie Małgorzaty, prawdopodobnie sekretarka, wspominała sytuację, w której Mariusz przez dłuższy czas nie dawał znaków życia. Jego matka niemal odchodziła od zmysłów, nie mogąc się z nim skontaktować. W końcu nawet poszła na policję, aby zgłosić jego zaginięcie. Mariusz na szczęście się odnalazł, ale w moim odczuciu ta sytuacja dosadnie pokazuje, że między nimi nie było żadnego porozumienia. Mariusz nawet nie czuł potrzeby, aby mówić matce dokąd idzie i kiedy wróci i w efekcie ona musiała się o niego martwić.
Z jednej strony Małgorzata być może rzeczywiście nie ufała swojemu synowi. Z drugiej jednak strony jego wcześniejsze zderzenia drogowe mogły sprawić, że kobieta żyła w ciągłym lęku, że obawiała się, czy podczas kolejnej jazdy samochodem Mariuszowi nie stało się coś złego. Tak czy inaczej strach ten przeradzał się w kontrolę, a kontrola w coraz większy konflikt pomiędzy matką a synem. Dodam jednak, że według osób trzecich, które nie były blisko tej rodziny, ale miały okazję z boku obserwować relacje matki i syna, były one normalne i poprawne. Może nie na zbyt ciepłe i bliskie, ale jeśli rzeczywiście dochodziło pomiędzy nimi do konfliktów, to na osobności.
Nikt z zewnątrz nie zdawał sobie sprawy z tego, że relacje między Małgorzatą i Mariuszem były aż tak oschłe i chłodne. Nie było tak, że Mariusz nie chciał albo nie próbował uniezależnić się od matki. Przez około trzy miesiące, mimo że wciąż z nią mieszkał, to żył z dala od niej, próbując ułożyć sobie przyszłość według własnego planu. Zatrudnił się na myjni samochodowej, a z pensji, którą tam zarobił, dokładał się matce do mieszkania. Nie oczekiwał wtedy również, że będzie przygotowywała mu posiłki. Sam je sobie organizował. Taka sytuacja trwała jednak krótko, bo zaledwie trzy miesiące. Po tym czasie Mariusz wrócił do współprowadzenia rodzinnego biznesu.
Ponownie znalazł się więc pod bezpośrednim wpływem Małgorzaty. Pojawił się także temat wyprowadzki. Mariusz chciał zamieszkać sam i rozpocząć w pełni dorosłe życie. Jego matka podsunęła mu jednak inny pomysł. Zaproponowała, aby wyremontował strych w domu babci i tam urządził sobie mieszkanie. Obiecała nawet dać mu na ten cel pieniądze. Mariusz co prawda nie zanegował tej propozycji, ale też nigdy nie wprowadził jej w życie. Mimo rozmów i luźnych planów do faktycznej wyprowadzki nigdy nie doszło. Sam Mariusz zresztą nie odnosił wrażenia, by Małgorzata rzeczywiście naciskała na to, aby zamieszkali osobno.
Właściwie to czterdzieste urodziny miała obchodzić w połowie kwietnia, czyli dwa tygodnie później. Tej nocy młody mężczyzna nie spędził w domu. Nocował u kolegi. Prosto od niego pojechał do pracy. Nie było go jednak na miejscu w firmie, bo pracował w terenie. Jeszcze przed upływem ranka zadzwonił do firmy, aby dowiedzieć się, czy jego matka Małgorzata dotarła już do pracy. W słuchawce usłyszał, że kobieta jeszcze się nie pojawiła. Tego dnia Małgorzata w ogóle nie dotarła do pracy. Kilka godzin później Mariusz znajdował się już na komisariacie policji. Roztrzęsiony, opowiedział funkcjonariuszom, że ktoś zabił mu matkę.
Wersji tej jednak nie podtrzymał zbyt długo. Jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem albo w nocy, przyznał się policjantom do tego, że to on stoi za śmiercią Małgorzaty. Istotnie ciało kobiety ujawniono w bloku przy ulicy Dębowej w jej własnej sypialni. Zginęła od kilku ciosów zadanych jej siekierą w głowę i w klatkę piersiową. Mariusz składając wyjaśnienia przed prokuratorem przyznał, że śmierć matki przyniosła mu ulgę. Następnie szczegółowo opowiedział o tym, jak doszło do tego zabójstwa, co nim kierowało i co bardzo istotne, kto go w tym wspierał. Myśl o tym, aby pozbyć się Małgorzaty kiełkowała w Mariuszu już od mniej więcej roku.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
W 1994 roku w Pruszkowie czterdziestoletnia Małgorzata K. mieszkała ze swoim niespełna dwudziestoletnim synem. Mariusza wychowywała samotnie, odkąd chłopak skończył pięć lat. Żyli i mieszkali tylko we dwójkę przez piętnaście lat. Jakie łączyły ich relacje i dokąd zaprowadziły?
Źródła:
https://docs.google.com/document/d/12pFae5fcUeYoTuRxlICAvbeMCRVAeziGV45z62CdjVs/edit?usp=sharing
mój instagram: vstane
mój mail: [email protected]