Mariusz B. dokonał wyboru [OSKARŻAM - odcinek 27]
Mariusz B. zachowywał się typowo dla sprawcy seryjnych zabójstw: przyznał się tylko raz i szybko odwołał. Sąd nie miał wątpliwości: to on zabił męża i córkę swojej kochanki, tancerza oraz księdza. Dostał dożywocie. Czterech ciał ofiar nigdy nie znaleziono. Posłuchajcie tekstu Heleny Kowalik, uznanej reporterki sądowej i autorki kilkunastu książek kryminalnych! Czyta Mariusz Bonaszewski. Wszystkie odcinki "Oskarżam. Cyklu kryminalnego Gazeta.pl>>>
Gazeta.pl przedstawia cykl kryminalny OSKARŻAM. Mariusz Bonaszewski. Helena Kowalik. Mariusz B. dokonał wyboru. Zachowywał się typowo dla sprawcy seryjnych zabójstw. Przyznał się tylko raz i szybko odwołał. Dostał do żywocie. Czterech ciał nigdy nie znaleziono. Zostałem wczoraj porwany przez Mariusza, któremu pomagał Krzysiek Rzet. Wyznał swoim znajomym telefonicznie Zbigniew D. Odpowiedzieli, że muszą to wspólnie przegadać. Większość znała się z młodzieńczych spotkań w parafii jednej z dzielnic Warszawy.
Śpiewali tam w kościelnym chórze, latem wyjeżdżali na oazowe rekolekcje. Biznesmen D. był wyraźnie starszy od reszty tego grona, miał 40 lat. Oficjalnie żonaty w rzeczywistości od kilku lat w separacji z Małgorzatą, ojciec 18-letniej Oli. Relacje Mariusza B. ze Zbigniewem D. były skomplikowane, bo w trakcie ich wspólnego pomieszkiwania doszło do romansu Małgorzaty z Mariuszem, ich podopiecznym, i para się wyprowadziła. Podczas spotkania 6 kwietnia 2006 roku na roztrzęsionego D. spadł grat pytań. Jak to się stało? I dlaczego Mariusz, który powinien być mu wdzięczny do końca życia, wszak przed laty przygarnął go bezdomnego szesnastolatka, teraz porywa się na swego dobrodzieja?
Kiedy znajomi wreszcie ucichli, D. mógł po kolei opowiedzieć, co mu się przydarzyło. Otóż dostał od Mariusza telefoniczną wiadomość, żeby podjechał w okolice mieszkania podopiecznego, bo ma bardzo pilną sprawę. D zabrał ze sobą Olę. Przed blokiem na Dzielnej czekał na nich Mariusz B. z kuzynem Krzysztofem Ż. Sprawiał wrażenie wystraszonego. Powtarzał w kółko, Gośka jest przesłuchiwana na komisariacie w Starej Miłośnie. Nie wiadomo o co chodzi. Musimy tam szybko jechać. Wsiedli do samochodu. Wyobraźcie sobie, opowiadał Zbigniew D., że Mariusz kłamał. Od razu wziął kurs do mojego mieszkania, tego pustego, czekającego na remont po wyprowadzce Gośki. Tam nas rozdzielili z Olą, ja zostałem wprowadzony do pokoju z oknem zasłoniętym prześcieradłem i mój wychowanek przystawił mi pistolet do skroni, a Krzysiek colował nożem w brzuch.
Na szczęście skończyło się na kilku kopniakach. Ale skąd takie zachowanie? Pytali słuchający. Mariusz chciał, żebym zgodził się na rozwód z Małgorzatą i spłacił mojej żonie połowę wartości mieszkania, konkretnie 200 tysięcy złotych. Ściągnął też agenta od ubezpieczeń, domagał się podpisania polisy na życie. Dwa miliony złotych z przeznaczeniem dla Gośki, gdyby coś mi się stało. Wiedziałem, że to szantaż, ale z obawy o swoje życie zgodziłem się na wszystko i jeszcze obiecałem, że zrobię badanie lekarskie potrzebne dla uprawomocnienia polisy. Zbliżała się północ, gdy emocje zebranych opadły. Towarzystwo pojechało tam, gdzie zwykle, do klubów gejowskich. Ola z nimi. Super znaczy bardzo źle.
Trzy dni później Mariusz B. zaprosił Zbigniewa D. i Olę na kolację wynajmowanym przez biznesmena dla kochanków mieszkaniu przy ulicy Dzielnej. Twierdził, że chciałby poprawić wzajemne stosunki. W telefonie Oli zachował się SMS wysłany do Krzysztofa, jej znajomego z gejowskiego towarzystwa. Boję się. Ustalmy jakieś hasło. Wiadomość brzmiała tak dziwnie, że Krzysztof I. zadzwonił do Zbigniewa D. z pytaniem, czy wszystko w porządku. Nic złego się nie dzieje, usłyszał w odpowiedzi. Ale kiedy ponownie skontaktował się z numerem telefonu ojca Oli, prosząc go, aby podał komórkę córce, mężczyzna się rozpłakał i połączenie zostało przerwane. Ola zatelefonowała do niego po czterech godzinach.
Nie mogę ci wszystkiego mówić, ale miej oczy otwarte. Spotkamy się u Krzyśka. Następnego dnia napisała, nawet nie wiesz jednej trzeciej, jak wielka jest presja. Ale 10 kwietnia, kiedy Mariusz B. zaprosił ją z ojcem na dzielną, Piotr dostał od swojej dziewczyny taką wiadomość, najdroższy, wszystko jest okej. Nad ranem, zeznał przesłuchiwany Piotr, obudził mnie hałas. Ktoś rzucał patykami w szybę. W komórce wyświetliło się 18 nieodebranych połączeń, wszystkie od Oli. Ostatni. Będę za 10 minut. Błagam, obudź się. Wyjrzałem przez okno. Ona stała pod drzwiami. Położyli się spać.
Ola była przerażona. Z płaczem skarżyła się, że Mariusz kazał jej na zajutrz przyjechać na dzielną. Nie miała odwagi odmówić. Umówiła się z Piotrem, że jeśli napisze mu SMS o treści dobrze, to będzie znaczyło, że jest problem, a super, że jest bardzo źle. Ostatni raz widział ją, gdy dzwoniła na domofon mieszkania matki i Mariusza B. O godzinie 16.59 otrzymał SMS-a. Kochanie moje, wszystko w porządku. Przedłużyło się trochę. Jak załatwimy, to przyjadę. To nie był jej styl. Zdziwił się, że nie użyła ich szyfru. O 22.41 przyszła kolejna wiadomość. Spotkajmy się u Krzysia, godzina 23.
Mimo późnej pory wybrał się do ich kolegi. Ale w połowie drogi dostał smsa, mój piękny, będę u ciebie o 24. Zawrócił więc. Czekał pod swoim blokiem do pierwszej w nocy. Nie pojawiła się. Jej telefon był wyłączony. Po kilku dniach pojechał na policję. Nie było atmosfery. Policja wszczęła śledztwo w sprawie zaginięcia Zbigniewa D. i jego córki. Małgorzata D. twierdzi w komisariacie, że jej mąż celowo się ukrył, aby podejrzenie padło na Mariusza, którego w gruncie rzeczy nienawidzi. Przesłuchiwany B. przedstawił się jako koordynator w firmie Xerox, zarobki około 2000 zł miesięcznie.
Z tych pieniędzy utrzymuje też Małgorzatę i ich dziecko. Nie wie, gdzie jest Zbigniew D. Przychodzi mu do głowy, że zaginiony wpadł w tarapaty biznesowe i sfingował porwanie. Czy gościł pan tego mężczyznę w mieszkaniu na Dzielnej? Pyta policjant. Nie, pada odpowiedź. Przypadkowo spotkali się na tej ulicy. Mariusz B. był z kuzynem, Krzysztofem Ż. Padło kilka nieważnych słów, taka gadka szmatka. D. miał prośbę. Chciał się rozmówić z majstrem, który remontował mu mieszkanie w Starej Miłośnie i nie miał czym tam dojechać. Jego samochód był w warsztacie. Więc zawieźli go. Na miejscu obalili butelkę, ale nie było atmosfery do rozmowy, bo D. ciągle gdzieś dzwonił.
No i pojawił się niespodziewany gość. Agent ubezpieczeniowy. Zapytałem Zbyszka, Mariusz B. informuje śledczego, po co mu ubezpieczenie aż na 2 miliony złotych. Powiedział, że załatwia duży interes na Mazurach i kredytujący go wspólnicy potrzebują zabezpieczenia w postaci polisy na życie. Potem wrócili do Warszawy. Zbigniew D. wysiadł w Alejach Jerozolimskich koło Smyka. Na odchodnym obiecali sobie, że zorganizują rodzinny obiad. On i obaj, Gosia, Ola i mała Wiktoria. Ale konkretna data nie padła, twierdził przesłuchiwany. Poproszony o bliższą charakterystykę zaginionego przedstawia D jako dobrze prosperującego właściciela stoisk ze sztuczną biżuterią oraz firmy zajmującej się pośrednictwem w udzielaniu kredytu.
Zbigniew prowadzi ją z pewnym Arturem, podobnie jak on gejem. Obaj są bardzo rozrywkowi. Nie można wierzyć w to, co mówi D., uprzedza policjantów przesłuchiwany. Zbyszek ma dużą wprawę w okłamywaniu osób ze swego otoczenia. Robi to perfekcyjnie. Jego córka Ola gotowa jest ślepo wykonywać polecenia ojca, gdyż liczy na kasę. Stąd pobłażliwość dla wszystkich głupstw tatusia. Jakie głupstwa ma pan na myśli? Uściśla śledczy. Mariusz B. zwierza się ze szczególnych relacji, które łączą go z małżeństwem D. Kiedy jako szesnastoletni chłopak przyjechał bez grosza przy duszy do Warszawy, Zbigniew D., polujący na atrakcyjnych chłopców, wziął go z ulicy do swego domu.
Wkrótce z inicjatywy gospodarza utworzyli trójkąt małżeński. Trwali w nim, aż Małgorzata urodziła Mariuszowi córkę, Wiktorię. Nadal była żoną Zbigniewa, ale wyprowadziła się z kochankiem do mieszkania w Warszawie przy ulicy Dzielnej. Nie pracowała. Mariusz B. tylko dorywczo. Utrzymywał ich zdradzony mąż Małgorzaty. Jako matka Oli nie interesowała się pierworodną córką. Dziewczyna cierpiała z tego powodu w proteście, okaleczyła się w szkole cyrklem. 9 marca 2007 roku, córka Henryka S., od kilku dni poszukująca swego ojca, który wyszedł z domu na dwie godziny, odbiera smsa. Iwonko, muszę załatwić parę spraw, nie będzie mnie ze dwa tygodnie.
Jeden z obserwowanych bankomatów znajduje się przy ulicy Wolskiej, tuż obok bloku, w którym mieszka Mariusz B. Ale nazwisko tego mężczyzny nic śledczym nie mówi. Tymczasem tropów łączących obie sprawy przybywa. Kamera monitorująca urządzenia bankowe zarejestrowała podjeżdżający samochód Renault koloru srebrnego. Taki, jakim poruszał się B, gdy pracował w firmie Xerox. Ustalono też, że telefon do wysyłania wiadomości w imieniu Henryka S. został kupiony 9 marca 2007 roku w komisie przez Krzysztofa Ż. Pornografia na plebanii. Mija kolejny rok. 8 grudnia 2008 roku proboszcz parafii na warszawskiej Woli zawiadamia policję, że zaginął wikary Piotr Esz.
Śledczym udaje się odnaleźć właściciela aparatu, z którego telefonowano do duchownego. Urządzenie marki Samsung było logowane z numerem, który należał do pewnej kobiety. Jej syn zgubił telefon w lesie, gdy jechał z kanistrem po benzynę. Stacja paliw jest w pobliżu osiedla w Starej Miłośnie, gdzie po zaginięciu męża przeprowadziła się do ich dawnego domu Małgorzata D. Razem z nią Mariusz B. i Krzysztof Ż. Przesłuchiwany kuzyn przypomina sobie, że Marcin znalazł komórkę w pobliżu stacji benzynowej, ale Mariusz B. zaprzeczył, gdy zapytano go, czy znał księdza Piotra Esz. Prawie pół roku po zniknięciu wikarego, jest kwiecień 2009 roku, w Warszawie Przypowsińskiej znaleziono porzucony samochód, własność Piotra Esz.
Badanie osmologiczne wykazało, że siedział w nim Mariusz B. Zapach człowieka utrzymuje się nie dłużej niż 30 dni. Zatem B poruszał się tym samochodem już po zaginięciu Piotra Esz. W warszawskiej prokuraturze zapada decyzja o połączeniu wszystkich trzech śledztw dotyczących zaginięcia Zbigniewa D., jego córki, nauczyciela tańca i wikarego. Ponownie przesłuchany B. przyznaje się nie tylko do znajomości z księdzem, ale też wyjawia, że gdy był nastolatkiem i gorliwym członkiem parafialnej oazy, Piotr Esz wykorzystywał go seksualnie. Jako były student psychologii B. przerwał naukę na trzecim roku. Zdawał sobie sprawę, jakiej doznał krzywdy.
Mimo to, gdy stał się pełnoletni, nie zamierzał mścić się na nim, tylko zerwał kontakt. Nie uwierzono w czyste ręce podejrzanego. Mariusz B. i jego kuzyn zostali aresztowani. Funkcjonariusze przeszukali domek letniskowy ojca Krzysztofa Ż. w okolicach Pułtuska. Znaleziono tam między innymi taśmę klejącą, kołdrę, śpiwór, ale żadnych śladów zbrodni. Wkrótce potem domek spłonął w niewyjaśnionych okolicznościach. Podczas rewizji mieszkania Mariusza B. policjantom rzucił się w oczy pojemnik z bardzo specyficzną substancją. Biegli z fizykochemii ustalili, że jest to silny związek chemiczny wykorzystywany przez sprawców zabójstw do pozbycia się tkanek miękkich i kostnych.
Rozstanie po przyjacielsku. Na zajutrz po zamknięciu w areszcie i całonocnym przesłuchaniu Mariusz B. zeznaje do protokołu. Dusząc swoje ofiary, pozbawiały mnie życia. To ja telefonowałem do wikarego na plebanie z propozycją intymnego spotkania. Chętnie wskażę, gdzie jest ciało księdza, którego przed popełnieniem zabójstwa skrępowałem taśmą, ale we wskazanym miejscu nie znaleziono zwłok. Mariusz B. przyznaje się też do zamordowania nauczyciela tańca. Opowiada jak było. Zaczaił się koło bloku, w którym mieszkał Henryk Esz i gdy ten późnym wieczorem wyszedł z samochodu poprosił go, mężczyźni znali się z widzenia, o pomoc przy rzekomej awarii samochodu Małgorzaty.
Mariusz B. w ciemnym załuku rzucił się na swą ofiarę. Za obietnicę uratowania życia tancerz ujawnił pin do swoich kont bankowych. Nie uchroniło go to od śmierci przez uduszenie. Wrzuciłem ciało do samochodu i wywiozłem do lasu w okolicach Mławy. Teraz bym tam już nie trafił, wyjaśnia Mariusz B. Miałem łopatę, więc jeszcze tej samej nocy wykopałem dół na zwłoki. Rano wypłaciłem sobie z bankomatu 10 tysięcy złotych. Potem podejmowałem kolejne próby, ale konto było puste. Mariusz B. przyznaje się również do zamordowania Zbigniewa D. i jego córki. Zwabił ich do Starej Miłosny, a potem do domku ojca Krzysztofa Ż. pod Pułtuskiem, bo liczył na pieniądze z polisy ubezpieczeniowej, które dostałaby Małgorzata w razie śmierci męża.
Zbyszka zamordowałem dla korzyści majątkowej. Olę, bo była przypadkowym świadkiem. Ciała zakopał w lesie koło Pułtuska, ale po trzech latach nie pamięta, w którym miejscu. Jeszcze tego samego dnia Mariusz B. odwołuje zeznania. Twierdzi, że w czasie przesłuchania był poddawany torturom. Zarzucono mi na głowę folię, ściskano jądra. Aby policjanci przestali go męczyć, plutuł do protokołu, co tylko chcieli usłyszeć. Na pytania prokuratora odpowiada kpiąco. Jak wytłumaczy pokaźne wpłaty na swoje konto w latach 2001-2007, choć jego uposażenie było skromne? Wcale nie będzie tłumaczyć. Czy na początku kwietnia 2006 roku jeździł pod Półtusk?
W kwietniu, grudniu i kiedy indziej? Ma tam rodzinę. Nie pamięta, kiedy był ostatnio. Owszem, zabierał tam czasem Krzysztofa Ż. Możliwe, że był w domku letniskowym ojca Krzysztofa, ale co z tego? Krzysztof Ż., kuzyn Mariusza B., wielokrotnie zmienia treść swoich wyjaśnień. Wersja pierwsza. Kiedy byli już w domu Zbigniewa D., Mariusz posłał go po kanapki na stację benzynową. Wrócił z zakupami i zajrzał do pokoju. Obaj mężczyźni spokojnie rozmawiali. Mariusz zwierzał się, że jest szczęśliwy z Gośką, żoną Zbyszka. Ten robiąc sobie drinki słuchał z uśmiechem. Popijali do godziny 22. Potem Zbyszek poprosił o podwiezienie go do Warszawy w pobliżu domu towarowego Smyk.
Rozstali się po przyjacielsku. Wersja druga. Musiał słuchać kuzyna, wykonywać wszystko co mu każe, gdyż zaraz po wejściu do mieszkania zagroził, że w przeciwnym razie ciężko pożałuje. Obaj obezwładnili Zbigniewa D. Potem Mariusz kazał mu wyjść do drugiego pokoju i włączyć telewizor. Po kilku minutach zajrzał do niego mówiąc, że D. jest już grzeczny. Zrozumiałem, że zabił Zbigniewa D., wyjaśnił Ż. I Ole, dodaje ponamyśle. Aresztant zapytany przez funkcjonariusza, czy jeszcze gdzie indziej byli we trójkę, na przykład na działkach w Pułtusku, gwałtownie zaprzecza.
Do letniskowego domku jeździł tylko ze swoją dziewczyną. Podczas następnego przesłuchania rzec zeznaje, że w starej miłośnie Mariusz B. tylko postraszył Zbigniewa D. Jak bardzo on nie wie, bo gdy założyli biznesmenowi opaskę na oczy, wyszedł z pokoju. Chodziło o to, aby mężczyzna zrzekł się praw rodzicielskich do Wiktorii, oficjalnie mającej za rodziców małżeństwo D. Następnego dnia rzet odwołuje swoje wyjaśnienia. Twierdzi, że do obciążenia niewinnego Mariusza, który by nawet muchy nie skrzywdził, został zmuszony na komendzie biciem. Wiele nowych informacji wnosi do postępowania przygotowawczego Małgorzata D. Zaginięcie męża specjalnie jej nie zmartwiło.
To humbug, stwierdziła. On teraz leży gdzieś z kochankiem nad ciepłym morzem i się śmieją, że wycięli mi numer. Kobieta ocenia swoje małżeństwo jako nieudane. Wyszła za mąż z miłości, ale zaraz po urodzeniu córki ujawniły się homoseksualne skłonności Zbigniewa. Spotykał się w tym czasie z pewnym księdzem, wówczas klerykiem, do którego jeździliśmy do Poznania do hotelu lub on do nas na cały miesiąc. Przy oglądaniu filmów porno Zbigniew proponował mi współżycie z innymi mężczyznami w jego obecności. Godziłam się, nie miałam wyjścia. Mąż finansował wszystkich naszych partnerów seksualnych. Zeznania Małgorzaty D. bulwersują. Opowiada, że 8 lat temu mąż przyprowadził do domu Mariusza B., wtedy 16-latka.
Chłopak był lektorem podczas mszy. Wszyscy w rodzinie chwalili Zbigniewa D. za okazane bezdomnemu serce. Nikt nie znał całej prawdy, a ona milczała. Był wykorzystywany w grupowym seksie. Owszem, brała w tym udział. Z czasem D stracił ochotę na kontakty seksualne z nastolatkiem. W poszukiwaniu partnerów w intymnych kontaktach wyjechał do Włoch. Wrócił stamtąd zarażony chorobą weneryczną. Nadal traktował żonę jak swoją własność. Wiktoria, córka Małgorzaty i Mariusza, miała trzy lata, kiedy jej matka podczas nieobecności męża wyprowadziła się z domu. Po dwóch miesiącach poprosiła męża o pomoc, bo na finansowe wsparcie bezrobotnego Mariusza nie mogła liczyć.
Zbigniew D. wynajął jej mieszkanie przy ulicy Dzielnej. Starsza córka Ola zamieszkała u babci. Kiedy ostatni raz widziała pani męża? Pyta oficer śledczy. 27 lutego. To były urodziny Wiktorii. A Olę? Nie pamiętam. Ona od dłuższego czasu nie dawała znaku życia, buntowała się, ale 10 i 11 kwietnia 2006 roku Mariusz B. nie wychodził z naszego mieszkania. Działanie z zimną krwią. Przesłuchano agenta firmy ubezpieczeniowej, który 5 kwietnia był w mieszkaniu klienta ze Starej Miłosny.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Podpisane SMS-y, porwanie Zbigniewa D. i Olki, próby rozmów z jej ojcem i jej ojcem.
Policjanci przesłuchują Mariusza B., który przyznaje się do zabójstw.
Analiza motywów zabójstw: seksualne zazdrość, finansowe motywacje i zakończenie trójkąta małżeńskiego.
Odsłon procesu sądowego, wyroki i postępowanie apelacyjne.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Mariusz B. zachowywał się typowo dla sprawcy seryjnych zabójstw: przyznał się tylko raz i szybko odwołał. Sąd nie miał wątpliwości: to on zabił męża i córkę swojej kochanki, tancerza oraz księdza. Dostał dożywocie. Czterech ciał ofiar nigdy nie znaleziono.
Posłuchajcie tekstu Heleny Kowalik, uznanej reporterki sądowej i autorki kilkunastu książek kryminalnych!
Czyta Mariusz Bonaszewski. Wszystkie odcinki "Oskarżam. Cyklu kryminalnego Gazeta.pl>>>