43. Maria
Sprawa zabójstwa Zenaidy Borejko - Chodkiewiczowej. Kraków Źródła: 1. Wanda Falkowska „Kariera i morfina” w „W imieniu prawa” Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1961 2. Maria Osiadacz „Wielka mistyfikacja” w „W kręgu zbrodni”, Wydawnictwo Prawnicze, Warszawa 1990
22 stycznia 1957 roku przypadał we wtorek. W Krakowie pewien mężczyzna wszedł do budynku Komisariatu Milicji Obywatelskiej. Poinformował, że jest sublokatorem dozroczeni domu przy ulicy Barskiej 30, położonego niemal w prostej linii naprzeciwko Zamku Wawelskiego, lecz po drugiej stronie Wisły i chciałby zgłosić fakt popełnienia zabójstwa. Otóż poprzedniego dnia, w poniedziałek 21 stycznia, kiedy dozorczyni wychodziła z pracy, zwróciła uwagę na fakt, że drzwi położonego na parterze mieszkania nr 1 są uchylone. Mieszkanie to zajmowała Zenaida Borejko-Chodkiewiczowa, osoba starsza, pedantyczna i systematyczna, dziwnym było więc, jak mogła zostawić otwarte drzwi wejściowe.
Z pierwszego do drugiego, położonego o poziom wyżej, wiodły schodki obramowane kolumienkami. To właśnie w drugim pokoju, przed biurkiem, zobaczyli panią Chodkiewiczową leżącą na podłodze twarzą do ziemi, w dużej kałuży krwi i nie dającą już żadnych oznak życia. Pani Zenaida ubrana była w domowy strój, a włosy miała częściowo nakręcone na papiloty. Wokół jej ciała leżały rozsypane przybory krawieckie, Centymetr, nożyczki, papierowe wykroje, płat białego materiału ze śladami krwi i młotek, którego trzonek ktoś owinął papierem i kolorową taśmą. Na ul. Barską 30 niezwłocznie wysłano zespół oględzinowy.
Jego funkcjonariusze zabezpieczyli leżący obok zwłok pani Chodkiewiczowej młotek, którym najwyraźniej zadano jej ciosy w głowę, Oraz w kałuży krwi otaczającej jej ciało kilka kosmyków jasnych włosów. Na parapecie okna znaleziono męski szal w granatową kratę, na futrynie drzwi do toalety zakrwawiony ręcznik, A w popielniczce zabezpieczono, według różnych źródeł, jeden lub kilka niedopałków papierosów marki Giewont. Na filiżance z niedopitą kawą ujawniono dwa odciski palców, które nie pochodziły od pani Chodkiewiczowej. Z pomocą sąsiadów i bliskich ofiary stwierdzono, że z mieszkania zniknęła jedynie torba, w której zwykła ona nosić uszyte przez siebie bluzki, którymi na własną rękę handlowała,
I duża bransoleta z dmuchanego złota. Ta ozdoba, stylizowana na antyk, miała w rzeczywistości bardzo niewielką wartość, ale pani Chodkiewiczowa zawsze miała ją na ręku, ponieważ prawdopodobnie była to jej pamiątka rodzinna, do której miała ogromny sentyment. Tymczasem prawdziwy majątek krawcowej, czyli drobna biżuteria oraz 50 złotych monet różnej wartości, Zarówno dolarów, jak i carskich rubli pozostał nietknięty w skrytce sekretarzyka. Zenaida Borejko-Chodkiewiczowa miała 66 lat i choć cierpiała na kilka związanych z wiekiem dolegliwości, była zupełnie samodzielna i nie korzystała z żadnej stałej pomocy.
W kamienicy przy Barskiej szeptano, że pożycza pieniądze na procent i nocuje u siebie odpłatnie różne osoby. Jeśli tak faktycznie było, To pożyczała raczej okazjonalnie, a noclegu nie użyczała często. Ani dozorczyni, ani jej sublokator i, jak to się niezbyt ładnie nazywa, konkubent, nie zauważyli żadnych wizyt u lokatorki mieszkania nr 1, które mogłyby się kojarzyć z lichwą czy nielegalną działalnością noclegową, a oboje żywo interesowali się sprawami swoich lokatorów. Wiadomo było, że w okresie okupacji pani Chodkiewiczowa przechowywała u siebie zarówno ukrywające się osoby narodowości żydowskiej, jak i partyzantów.
Dzieci już dawno pogodziły się ze śmiercią ojca, ale ona nie dawała się przekonać. Skoro nic nie wskazywało na rabunkowy motyw morderstwa, postanowiono sprawdzić trop związany z osobą pana Chodkiewicza. Na próżno. Faktycznie ostatnia informacja o nim pochodziła z obozu koncentracyjnego. Po wojnie nikt już nic o małżonku pani Zenaidy nie słyszał. Przesłuchano wszystkich mieszkańców kamienicy przy Barskiej 30, jednak nie mieli oni zbyt wiele do powiedzenia o ostatnich dniach pani Chodkiewiczowej. Sublokator i konkubent dozorczyni Wiktor C. zeznał, że 18 stycznia w piątek weszła do jego mieszkania nieznana mu kobieta i poprosiła, aby doręczył pani Zenaidzie kartkę, którą mu wręczyła.
W towarzystwie dwóch innych osób, kobiety i mężczyzny, na których Wiktor C. nie zwrócił uwagi, otworzyła sobie posiadanym kluczem drzwi do mieszkania nr 1 i cała trójka weszła do środka. Zarówno dozorczyni, jak i jej przyjacielowi znany był rytm dnia pani Chodkiewiczowej. Zwykle szyła do późnej nocy, co później odsypiała mniej więcej do południa, a następnie wyjeżdżała lub wychodziła do miasta, gdzie załatwiała różne sprawy i po powrocie znów siadała do pracy. Około 16.30 na ogół więc nie było jej w domu, co blondynce w jasnym płaszczu nie wydawało się przeszkadzać. Tego samego 19 stycznia, około 19, pani Zenaida odwiedziła Zofię P., która haftowała dla niej kołnierzyki do bluzek.
Zdenerwowała się, że ta nie przygotowała zamówionego wcześniej kołnierzyka i wyjaśniła, że potrzebuje go do bluzki, którą szyje dla pewnej młodej kobiety. Pani ta miała przyjechać do niej w poniedziałek, 21 stycznia, i zatrzymać się na kilka dni, oczywiście bez zameldowania, w celu odbycia jakiegoś, jak to określiła, kursu lekarskiego. Chodkiewiczowa dość szybko przestała się złościć i ustaliła nowy termin odbioru kołnierzyka, informując przy tym Zofię P., Z wyraźnym zadowoleniem, że z wizytą tą wiąże nadzieję na zakończenie swoich kłopotów aprowizacyjnych, bo młoda kobieta ma dziecko z księdzem i, jak powiedziała, gospodyni księdza będzie przysyłać kurczaki. 19 lub 20 stycznia jedna z sąsiadek, Zofia N., widziała panią Zenaidę w sklepie spożywczym przy ulicy Madalińskiego, kiedy ta kupowała kurze utku.
Nie udało mi się znaleźć informacji, jak w 1957 roku wyglądała kwestia niedziel handlowych, ale 20 stycznia w niedzielę odbywały się wybory, więc być może z tej okazji niektóre sklepy funkcjonowały. We wspomnianych wyborach do Sejmu pani Chodkiewiczowa wzięła udział, co bez problemu potwierdzono we właściwej komisji wyborczej. 21 stycznia, w poniedziałek, niejaka Stefania S., właścicielka kolejnego pobliskiego sklepiku, widziała Chodkiewiczową około południa, gdy ta szła w stronę Rynku Dębnickiego, niosąc w ręku torbę na zakupy. Obie panie powiedziały sobie dzień dobry i był to ostatni raz, kiedy Zenaida Borejko-Chodkiewiczowa była widziana żywa.
Inna z sąsiadek Zbrackiej, Zofia Staśko, zeznała, że w nocy z 21 na 22 stycznia, tuż po północy, zwróciła uwagę na fakt, że okna w mieszkaniu Chodkiewiczowej są jaskrawo oświetlone, ale w pokoju nie ma nikogo. Mimo dość wyraźnych poszlak wskazujących na związek z zabójstwem jasnowłosej kobiety spoza Krakowa, która może mieć coś wspólnego z medycyną, 4 czerwca 1957 roku prokuratura umorzyła śledztwo z powodu niewykrycia sprawcy przestępstwa. Sprawa jednak dość szybko została na nowo podjęta, ponieważ do prokuratury zgłosiła się Franciszka W., nosząca zakonne imię siostry Judyty i zamieszkała w klasztorze przy ulicy Konfederackiej.
Obecnie klasztoru żeńskiego przy tej ulicy już nie ma, pozostał jedynie męski klasztor Salezjanów. Nie wiem więc niestety, jakiej reguły była siostra Judyta. Stawiła się ona z nakazu sumienia, I zeznała, że opiekowała się panią Zenaidą, kiedy ta chorowała lub po prostu gorzej się czuła. Opieka jej polegała przede wszystkim na wykonywaniu zleconych przez lekarzy zastrzyków. Właśnie w celu podania zastrzyków była w mieszkaniu pani Chodkiewiczowej w sobotę 19 stycznia. Pani Zenaida miała jej wtedy powiedzieć, że z Warszawy do Krakowa przyjechała na kurs lekarski i zatrzymała się u niej pewna znajoma lekarka. Fakt przebywania w mieszkaniu nr 1 sublokatorki potwierdziła inna z sąsiadek, Zofia Prędecka, której Chodkiewiczowa powiedziała, że lekarka ta pozostanie u niej przez kilka tygodni, ponieważ będzie uczęszczała w Krakowie na jakiś kurs medyczny.
Prowadzący tamto śledztwo milicjanci z Komendy Wojewódzkiej w Katowicach zapamiętali ją jako średniego wzrostu blondynkę, nałogową palaczkę. Opis ten zgadzał się z ogólnym rysopisem kobiety przekazującej dla Zenaidy kartkę Wiktorowi C, a potem otwierającej jej drzwi własnym kluczem, natomiast nałóg nikotynowy z zabezpieczonymi w mieszkaniu nr 1 niedopołkami papierosów marki Giewund. Ściągnięto z Katowic akta sprawy marzymskiej i sprawdzono, czy znajdują się w nich odciski palców oskarżonej. Były. Jak możecie się domyślać, były identyczne z jednym z odcisków zabezpieczonych na filiżance w mieszkaniu pani Chodkiewiczowej. Za lekarką używającą nazwiska Marzymska wydano więc list gończy i nakaz aresztowania.
W rzeczywistości miał na imię Henryk i opiece Teofilii Marii powierzyła go jego własna matka. Chłopiec był upośledzony. Niestety nie udało mi się ustalić w jaki sposób. I wcześniej przebywał w domu dla dzieci nieuleczalnie chorych, skąd matka odebrała go i oddała Teofilii Marii. Bezpośrednio po zatrzymaniu Teofilę Marię przesłuchano na okoliczności jej znajomości z Zenaidą Borejko-Chodkiewiczową. Wyjaśniła, że poznały się w 1956 roku w restauracji przy ulicy Karmelickiej w Krakowie poprzez wspólną znajomą, z którą byłana w czasach w rabce. Teofila Maria przedstawiła się starszej pani wciąż używanymi personaliami Krystyny Andrzejewskiej. Młoda lekarka wzbudziła sympatię pani Chodkiewiczowej, gdyż ta już podczas pierwszej rozmowy zaprosiła ją, aby jeśli ponownie przyjedzie do Krakowa zatrzymała się u niej.
Dla Teofilii Marii taki nocleg był dużą wygodą, gdyż zatrzymując się u prywatnej osoby unikała hotelowych formalności meldunkowych. Z zaproszenia skorzystała chętnie i odwiedziła panią Chodkiewiczową dwu lub trzykrotnie, za każdym razem pozostając na dwa, trzy dni. Podczas tych wizyt spała w tym samym pokoju, co pani Zenaida, na prowizorycznym łóżku opartym na cegłach. Ich wzajemne relacje oceniła jako dobre, ale oparte nie na przyjaźni, a na wymianie uprzejmości. Starsza pani chciała mieć znajomego lekarza, a Teofila Maria nocleg w Krakowie. Korzyści czerpały więc obie. W styczniu 1957 roku Teofila Maria faktycznie wysłała do pani Zenaidy telegram i zgodnie z zawartą w nim zapowiedzią przyjechała do niej 15.
O śmierci pani Zenaidy Teofila Maria, jak wyjaśniła, dowiedziała się dopiero od przesłuchujących ją milicjantów. 19 stycznia, a więc w dniu, w którym zaplanowała wyjazd z Krakowa, piła w mieszkaniu pani Chodkiewiczowej ostatnią kawę przed wyjściem na dworzec. Wtedy do krawcowej przyszli goście. Mężczyzna i kobieta, zachowujący się wobec siebie swobodnie i mówiący sobie na ty. Teofila Maria myślała już o podróży, a jednocześnie nie chciała nikogo krępować swoją osobą, dopiła więc pospiesznie kawę i pożegnała się. Na gości pani Chodkiewiczowej nie zwróciła specjalnej uwagi i potrafiła podać jedynie bardzo ogólnikowy ich rysopis. Stanowczo jednak twierdziła, że opuszczając Kraków pozostawiła panią Zenaidę w dobrym zdrowiu.
Kiedy rozpoczęło się postępowanie, było jasne, że cała sprawa rozstrzygnie się na podstawie zeznań świadków. Teofila Maria wciąż powtarzała, że nie zabiła nigdy nawet zwierzęca, a co dopiero człowieka i to lubianego. Praktykowała jako lekarz. Chciała pomagać, nie szkodzić. Zenaida Borejko-Chodkiewiczową lubiła. Gdyby tak nie było, po prostu opuściłaby jej mieszkanie i zerwała i tak luźne kontakty. Zapytana, czy rozstała się ze swoją gospodynią w zgodzie i czy faktycznie miało to miejsce 19 stycznia, Teofila Maria przed sądem zawahała się i nie była już pewna, czy chodziło o 19 czy o 20 stycznia. Pamiętała jednak, że z Wrocławia udała się do Poznania, gdzie przyjechała 21 stycznia.
W Krakowie realizację jej recept odnotowano w Dzienniku Stacji Pogotowia Ratunkowego, w Lesznie natomiast W aptecznej księdze przychodu i rozchodu substancji odurzających. W obu miastach lekarze, od których Teofila Maria wyłudziła recepty, fakt wystawienia tych recept potwierdzili. Biorąc pod uwagę, że w południe 21 stycznia Zenaida Borejko-Chodkiewiczowa była jeszcze widziana żywa, dla jej ewentualnego zabójstwa i ucieczki z Krakowa do Leszna pozostawało bardzo mało czasu. Drugi z obrońców Teofilii Marii, mecenas Waląg, szczególnie szczegółowo przesłuchiwał biegłych medyków sądowych. To on poprowadził przesłuchanie doktora Sochy na temat znalezionego w mieszkaniu pani Chodkiewiczowej kosmyka blond włosów, w taki sposób, że biegły przyznał, że włosy dwóch różnych osób mogą mieć wiele cech wspólnych i w obecnym stanie wiedzy nie da się z całą pewnością stwierdzić, czy kosmyk ten pochodził, czy też nie pochodził od Teofilii Marii.
Biegli uznali, że wobec tego działała w stanie ograniczonej poczytelności. Jeśli chodzi o wspomnianą przez biegłego Piątkowskiego psychoneuropatię, to nigdy dotąd nie zetknęłam się z takim terminem, ale po przejrzeniu kilku źródeł internetowych przypuszczam, że mogło chodzić o zaburzenia psychiczne spowodowane uszkodzeniem ośrodkowego układu nerwowego. W tym bez wątpienia poszlakowym procesie wiele z poszlak przemawiało na niekorzyść oskarżonych. Należał do nich fakt, że nikt nie widział Teofilii Marii w drodze z mieszkania pani Chodkiewiczowej na dworzec i potem w nocnym pociągu do Wrocławia oraz znalezienie w mieszkaniu ofiary filiżanki z jej odciskami palców, która, znając zwyczaje gospodyni, Powinna być od razu sprzątnięta. Z kolei jednak szal znaleziony na oparciu okna, nie należący ani do pani Zenaidy, ani do Teofilii Marii, co wszystkie osoby znające garderobę tej ostatniej potwierdziły, przemawiał na korzyść oskarżonej.
Znalezienie tego szala mogło potwierdzić, że w mieszkaniu przy ulicy Barskiej znalazł się jeszcze ktoś. Sąd Wojewódzki w Krakowie pod przewodnictwem sędziego Franciszka Bańbuły uznał Teofilę Granię za winną zabójstwa Zenaidy Borejko-Chodkiewiczowej, lecz z uwagi na stwierdzoną przez biegłych ograniczoną w momencie czynu poczytalność, skazał ją jedynie na 6 lat pozbawienia wolności. Teofila Maria przyjęła wyrok głośnym wmuchem płaczu i okrzykami, jestem niewinna. W zakładzie karnym zaczęła niemal od razu zwracać ostre objawy depresji. Rewizję od tego wyroku wniosła prokuratura, zarzucając rażącą niewspółmierność wymiaru kary w stosunku do brutalności czynu i nasilenia złej woli oskarżonej.
która zeznała, że od znanej jej wcześniej siostry sąsiadki, będącej lekarzem, dostała w dniu wyborów pastylki penicyliny, a następnego dnia butelkę żelaza do picia. Potwierdzało to, że Teofila Maria 21 stycznia była we Wrocławiu, podczas kiedy sąsiadki widziały żywą Zenaidę Borejko-Chodkiewiczową w Krakowie. Wobec tych zeznań sąd uznał, że łańcuch poszlak obciążających oskarżoną nie jest wystarczający, a motywu zabójstwa nie sposób się dopatrzeć. Nie wiem niestety, czy skład orzekający w jakikolwiek sposób odniósł się do kwestii, które zwróciły moją uwagę. Dlaczego pani Zenaida 19 stycznia powiedziała swojej chawciarce, że dopiero spodziewa się wizyty pani, która ma dziecko z księdzem i przyjedzie na kurs medyczny, skoro Teofila Maria była u niej od 15?
Kim była kobieta w płaszczu z jasnej gabardyny, którą w mieszkaniu pani Zenaidy widział Wiktor C., skoro Teofila Maria takiego płaszcza nie miała? Dlaczego rozścielone łóżko Teofilii Marii i filiżanka po jej kawie nadal były w mieszkaniu pedantycznej pani Chodkiewiczowej 22 stycznia, skoro rzekomo opuściła je trzy dni wcześniej? I czy wobec tego możliwe jest, żeby w mieszkaniu nr 1 przy ulicy Barskiej 30 w tym samym czasie znalazły się dwie jasnowłose, nałogowo palące kobiety związane z medycyną? W wyniku ponownego procesu latem 1960 roku Teofila Maria została uniewinniona i po dwóch latach w areszcie wyszła na wolność.
Wyjechała do Wrocławia do siostry i szwagra. W trakcie pobytu w areszcie samodzielnie przerobiła program dwóch ostatnich lat szkoły średniej, poświęcając na naukę większość swojego czasu. Czy przystąpiła do egzaminu maturalnego? Nie wiadomo. Nie wiadomo także, jak dalej potoczyły się jej losy, ale już nigdy nie weszła w konflikt z prawem. Nie powiązano jej też z żadną sytuacją dotyczącą używania środków odurzających. Prokuratura nie złożyła apelacji od wyroku uniewinniającego. Sprawa zabójstwa pani Zenaidy Borejko-Chodkiewiczowej pozostała niewyjaśniona.
Pokazano wszystkie 22 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Sprawa zabójstwa Zenaidy Borejko - Chodkiewiczowej. Kraków
Źródła:
1. Wanda Falkowska „Kariera i morfina” w „W imieniu prawa” Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1961
2. Maria Osiadacz „Wielka mistyfikacja” w „W kręgu zbrodni”, Wydawnictwo Prawnicze, Warszawa 1990