Trudne słowo "kompromis". Rola negocjatora podczas protestów
Blokady dróg, udręka kierowców, desperacja protestujących. Społeczne konflikty bywają ciche, ale głęboko dzielące – szczególnie wtedy, gdy obie strony czują się niesłuchane. Czy zdawaliście sobie sprawę, że nawet w takich sytuacjach potrzebni są policyjni negocjatorzy? Odcinek pokazuje dwie różne, lecz równie napięte sprawy. Pierwsza to blokady organizowane przez rolników – starcie emocji, interesów i braku dialogu. Druga – kulisy trudnych "sierpniowych" rozmów pod zakładami Hortexu w Skierniewicach, gdzie, mimo pozornego impasu, Balcerowi udało się doprowadzić do porozumienia między zwaśnionymi stronami.
No na to chyba was stać! Nie ruszymy się stąd! I nie damy nikomu wjechać! Rozejdźcie się, tak nie można! Niech wyjdzie dyrektor! Niech z nami porozmawia! To nic nie da, przecież my się nie zajmujemy przetwórstwem ani skupem jabłek! Ale soki od Chińczyków kupiliście, a nie od nas! Niczego nie rozumiecie. No to nas oświeć! Wytłumacz prostakom, którzy niczego nie rozumieją i powinni z głodu zdychać! Nie blokujcie wyjazdu. Nie widzicie, że tam stoją ciężarówki z Brukselką? Musimy je rozładować. Upał jest jak cholera. Za chwilę to wam się tam wszystko ukisi. To będzie kiszona. Brukselka kiszona, jak znalazł na zimę. Franek, jadłeś? To musi być co od miód malina.
Na koniec powtórzył prawie dosłownie to, o czym rozmawialiśmy po drodze. O ludziach mówił, żeby ich wysłuchać, żeby rozmawiać. To naprawdę byłem pod wrażeniem. Rozejrzałem się po sali. Szukałem wśród tych prawie 40 zgromadzonych osób przedstawicieli protestujących. Były władze, urzędnicy, dyrekcja horteksu, dziennikarze. Dostrzegłem przy końcu stołu małą grupkę. Wyglądali na rolników. Włączyłem się do rozmowy i zapytałem, czy to oni są przedstawicielami sadowników. Nie, nie, my tu przywieźliśmy Brukselkę i nie możemy wjechać na teren, bo sadownicy blokują nam wjazd. Ale jak wy sobie nie umiecie poradzić z tą grupką ludzi, to my zaraz wrócimy do swoich domów, weźmiemy widły i rozniesiemy ich w drobny mak.
Kiedy wydawało mi się, że wszyscy to zrozumieli, odezwał się dyrektor Hortexu. Wie pan co? Ja nie będę z nimi rozmawiał. Ja nie mam oczy. Zatkało mnie. Podstawowym problemem, którego nie chcą zrozumieć protestujący, jest to, że ja, a dokładniej firma, którą zarządzam, nie skupuję jabłek. I zatkało mnie po raz drugi. No tak, dobrze pan słyszy. My nie skupujemy jabłek. Skupujemy Brukselkę, kalafiory, ale jabłek nie. Nas ten protest nie dotyczy. Owszem, inne filie horteksu jabłka skupują i tam także protestują sadownicy, ale my nie mamy nic wspólnego z jabłkami. Ja jestem tylko dyrektorem tego zakładu.
Inne decyzje podejmują prezesi całego holdingu. Dopiero wtedy dotarło do mnie, Że tylko nas, negocjatorów z Łodzi, wysłano na rozmowy, które tak naprawdę miały rozwiązać konflikt w całej Polsce. Nie ukrywam, bardzo mnie to zaskoczyło. Zapytałem go, czy on ponosi jakieś straty z powodu tego protestu. No jasne. I to ogromne. Pomijam już tych rolników od Brukselki, ale ja mam dwa pełne magazyny różnorodnych towarów. Zaraz to panu wytłumaczę. Do mojego zakładu są dwa wjazdy. Oba wjazdy są zablokowane przez protestujących. Na teren przetwórni nie mogą wjechać ciężarówki z koksem, który jest mi potrzebny do codziennej produkcji.
Jeśli uda nam się to zrobić, to wszyscy na tym zyskają. Ale do tych negocjacji nie potrzebowaliśmy rolników od Brukselki. Więcej. Oni by nam tylko na tym etapie przeszkadzali. No jakoś to zrozumieli. Dobrze, dzisiaj wrócimy do naszych domów. Ale jeśli do jutra nie załatwicie z nimi sprawy, to pamiętajcie, że widły pójdą w ruch! Ty, patrz, ktoś przyjechał. No, ciekawe kto to jest. Jakaś wierchuszka z Warszawy? Nie doczekaję ich. No. A co to policjne auto? Ma łódzkie numery?
Pokazano wszystkie 5 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.