Skradziona cześć Wisienki (1890)
Największa polska aktorka XIX wieku znaleziona martwa w ramionach rosyjskiego oficera. On mówi o wielkiej miłości i wspólnym samobójstwie, ale ślady na ciele sugerują brutalną egzekucję. Czy Wisienka była kochanką, czy niebezpiecznym szpiegiem?
Zaczynamy w Warszawie 1 lipca 1890 roku. Jest naprawdę upalna poranek. W koszarach pułku huzarów do śpiącego rotmistrza wpada nagle jego kolega Kornet Aleksander Barteniew. I to jest, wiesz, scena jak z dramatu. Totalnie. Rzuca na ziemię swój wojskowy płaszcz i krzyczy takim zduszonym głosem. Oto moje szlify. Zabiłem manię. A ta mania to nikt inny jak Maria Wisnowska. Jedna z największych, naprawdę największych gwiazd warszawskich teatrów. I to dramatyczne wyznanie rozpoczyna jedną z najbardziej zagadkowych i skandalicznych spraw kryminalnych końca XIX wieku. Sprawę, w której chyba nic nie jest takie, jakim się wydaje na pierwszy rzut oka.
Absolutnie nic. Dzisiaj właśnie zagłębimy się w kulisy tej zbrodni. Naszym przewodnikiem będzie reportaż historyczno-kryminalny Stanisława Milewskiego, Skradziona cześć Wisienki. Świetna książka. Autor w niesamowity sposób analizuje te wszystkie manipulacje, fałszarstwa, no i kłamstwa, które otaczały proces Bartyniewa. A wszystko to dzieje się w bardzo specyficznym miejscu i czasie, prawda? W Warszawie, poddanej brutalnej rusyfikacji. I to tło jest, wydaje mi się, kluczowe. Rusyfikacja, czyli proces narzucania rosyjskiej kultury i języka, oznaczała, że carskie władze miały pełną kontrolę nad aparatem sprawiedliwości. A to jest ważne, bo nasza dzisiejsza misja to jest, powiedzmy, próba zrozumienia, co naprawdę wydarzyło się w tej garsonierze przy ulicy Nowogrodzkiej.
No właśnie, czy to była prosta zbrodnia z namiętności, jak orzekł sąd? Czy może, no właśnie, misternie wyreżyserowany spektakl, w którym ofiara sama napisała scenariusz własnej śmierci? Okej, to rozpakujmy to. Wróćmy do poranka 1 lipca. Koledzy Barteniewa, no, początkowo nie wiedzą co myśleć. No tak, był znany z tego, że lubił wypić. Dokładnie, więc może to jakieś pijackie majaki, ale jest w nim coś, co ich niepokoi, więc postanawiają to sprawdzić. I tutaj, no, tutaj już zaczyna się robić dziwnie. Zaczyna się teatr, można by powiedzieć. Jeden z oficerów, hrabia Bazylij Kapnist, po krótkim zamieszaniu z adresem, w końcu trafia z drugim oficerem, Julianem Jelcem, na Nowogrodzką 14. I wchodzą tam ze stróżem i policjantem, tak?
Barteniew mówił prawdę. Zabił ją. No dobrze. Mamy więc ofiarę w tej niezwykłej scenerii. Kim w ogóle była ta kobieta? Maria Wisnowska. Bo z tego, co czytałam w materiałach, to nie była po prostu kolejna aktorka. Budziła, no, skrajne emocje. To jest słowo klucz. Skrajne. Krytycy pisali, że nie była klasyczną pięknością, opisywaną ją jako, cytuję, raczej drobną blondynkę, dość okrągłą, o wspaniałych niebieskich oczach. Ale jej siłą było coś innego. Coś, co dzisiaj nazwalibyśmy magnetyzmem, takim niesamowitym seksapilem. Milewski pisze, że jej urok jednocześnie fascynował i odpychał. Idealnie oddaje to łaciąska formuła odi et amo, nienawidzę i kocham.
Autor stawia wręcz tezę, że Barteniew nigdy by do niej nie strzelił, gdyby go do tego z zimną premedytacją nie sprowokowała. Mamy więc portret Wisnowskiej jako niezwykle złożonej, magnetycznej postaci. Ale żeby zrozumieć tą dynamikę, musimy spojrzeć na drugą stronę medalu. Kto był po drugiej stronie? No właśnie. Kim był człowiek, który pociągnął za spust? Bo z tego co czytam, Aleksander Barteniew był jej kompletnym przeciwieństwem. Totalnym. Obserwatorzy procesu byli wręcz rozczarowani. Spodziewali się romantycznego, mrocznego Otella, a zobaczyli jak pisał Wiktor Gumulicki żółtawego blondyna, mocno zbudowanego, o twardych rysach i, co ważne, o spałym spojrzeniu.
Czyli nie był zbyt bystry, wszyscy, którzy go opisywali byli zgodni, nie był tytanem intelektu. Mówiąc wprost, był postrzegany jako prosty, może nawet, no, tępy żołnierz. I tu jest zagadka. To połączenie wydaje się kompletnie niedorzeczne. Mamy fascynującą, skomplikowaną kobietę, femme fatale, a z drugiej strony prostego oficera. Co taka kobieta w nim widziała? Co ich w ogóle połączyło? I to jest to kluczowe pytanie, które zadawali sobie wszyscy. Autor sugeruje, że odpowiedź nie leży w intelekcie, a w psychice. Bartniew miał coś, czego ona potrzebowała do swojego scenariusza. A co to było? Obsesja na punkcie samobójstwa. On często opowiadał o swoim bracie Mikołaju, który zabił się z powodu nieszczęśliwej miłości.
To jest chyba najbardziej mroczna część tej historii. O tak. Ona robiła próby generalne do własnej śmierci. Tak, to jest niewiarygodne. Przedstawiła Barteniewowi pomysł, który brzmi jak scena z opery. Miał ją zastrzelić na scenie w trakcie ukłonów, gdy będzie jej wręczał bukiet kwiatów. A on? On sam miał w tym czasie rozgryźć fiolkę z trucizną. Barteniew, na szczęście dla publiczności, odmówił. Ale ona nie odpuściła. Była próba z chloroformem, nasączyła chusteczkę, przyłożyła do twarzy i zemdlała. Ale Barteniew, zamiast wykonać swoją część planu, wpadł w panikę i zaczął ją cucić. To brzmi nie jak relacja miłosna, ale jak patologiczny, toksyczny teatr, w którym on był tylko rekwizytem.
Idealne określenie. Ona skomentowała to potem z przekąsem, miała być tragedia, a wyszła komedia. Była też próba strzału z pistoletu, który przechowywała u siebie, ale broń nie wypaliła. I co wtedy? Po tych nieudanych próbach, Barteniew zaczął się jej panicznie bać. Pisał do przyjaciela, od tamtego czasu zacząłem się jej bać, wstydzić i przestałem kochać. I wtedy ona zmienia taktykę. Skoro nie może go przekonać do wspólnej śmierci, to zaczyna go w to wmanewrowywać. Tak, zaczyna publicznie grać rolę ofiary. To była jej popisowa rola. Zdecydowanie. Opowiadała koleżankom w teatrze, że Barteniew oszalał na jej punkcie, że grozi jej śmiercią, że musi przed nim uciekać za granicę.
Jednocześnie za kulisami to ona reżyserowała ostatni akt. To znaczy? Na jej polecenie. Barteniew w ekspresowym tempie wynajął tę garsonierę na Nowogrodzkiej. To ona wymyśliła, jak ma być urządzona ten miłosny grobowiec z zabitym okniem i otomaną. A Wisienką na torce tej całej manipulacji było to, co zrobiła w noc poprzedzającą zbrodnię. No właśnie. Pojechała do koszar udając przerażenia, że Barteniew mógł sobie coś zrobić. Jej służąca zeznała potem w sądzie, jak Wisnowska odtchnęła z ulgą mówiąc... Jak to dobrze, że Barteniew jeszcze żyje. I to zeznanie stało się w procesie koronnym dowodem na to, że została podstępnie zwabiona w pułapkę przez oszalałego z zazdrości kochanka.
Przeciwko komu? No właśnie, to jest pytanie. Czy mogła być agentką carskiej ochrany, czyli tajnej policji politycznej inwigiliującej Polaków? A może wręcz przeciwnie, pracowała dla polskiego wywiadu i miała rozpracować jakiegoś ważnego rosyjskiego oficera? Co jeśli Barteniewów, oficer carskiej armii, który tak bardzo chciał wejść w warszawskie elity artystyczne, był jej celem, a nie kochankią? To kompletnie zmienia perspektywę, prawda? I mogłoby tłumaczyć, dlaczego władzom carskim tak bardzo zależało na szybkim i, powiedzmy, kontrolowanym zamknięciu sprawy. Bo to, co stało się na procesie, jest równie dziwne, jak sama zbrodnia. O tak. Proces Barteniewa w rzeczywistości stał się procesem nad Wisnowską.
Zrobiono z niej potwora, nimfomankę, kobietę zdeprawowaną, która zniszczyła życie młodego, naiwnego oficera. On odgrywał rolę biernej, zmanipulowanej ofiary. A finał jest jeszcze bardziej szokujący. Car ostatecznie go ułaskawił. Barteniew wyszedł na wolność, zniknął bez śladu, kontynuujący karierę wojskową z prawem do awansu. To rodzi oczywiste podejrzenia, że kogoś bardzo ważnego chroniono. Autor reportażu sugeruje, że cała sprawa przypomina kostkę Rubika albo zaszyfrowany sejf. Coś w tym jest. Wersja o zbrodni z namiętności była po prostu najwygodniejsza dla carskich władz. Prawda mogła skompromitować kogoś wysoko postawionego albo ujawnić jakąś operację wywiadowczą.
Dlatego śledztwo i proces sprowadzono tak, żeby niczego nie wyjaśnić. Dokładnie. Kluczowe pytania pozostały bez odpowiedzi. Choćby to kto tak naprawdę przyniósł pistolet na Nowogrodzką? Wszystkie poszlaki wskazują na nią. Miała go wcześniej, próbowała z niego strzelać. Ale w procesie, wbrew logice, obciążono tym Bartyniewa, żeby pasowało do tezy o morderstwie z premedytacją. Czyli prawda sądowa stała się bardzo elastyczna. Kiedy śledztwo prowadzi carska żandarmeria, a potem policja, to tak bywa. A więc podsumujmy. Mamy zbrodnię, do której sprawca przyznał się od razu w pierwszych minutach, ale im głębiej wchodzimy w szczegóły, tym więcej pojawia się wątpliwości. Cała masa. Scena zbrodni wygląda jak teatralna dekoracja.
A co by było, gdyby to Bartyniew, a nie Wisnowska, został znaleziony martwy na tej otomanie? To jest myśl, która naprawdę daje do myślenia. Wiemy, jak doskonale potrafiła grać i manipulować. Być może jej plan był jeszcze mroczniejszy. A ona sama miała być nie ofiarą, lecz jedyną osobą, która wyjdzie z tego pokoju żywa. Chciała go zabić, a potem odegrać rolę niewinnej, napadniętej kobiety. Być może i być może tamtej nocy po prostu straciła kontrolę nad aktorem, którego sama obsadziła w głównej roli, a on zamiast poddać się scenariuszowi odegrał swoją własną tragiczną improwizację.
Pokazano wszystkie 13 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Największa polska aktorka XIX wieku znaleziona martwa w ramionach rosyjskiego oficera. On mówi o wielkiej miłości i wspólnym samobójstwie, ale ślady na ciele sugerują brutalną egzekucję. Czy Wisienka była kochanką, czy niebezpiecznym szpiegiem?