Przysięgli na Boga, że nie wydadzą morderców #106
To jedna z najbardziej szokujących zbrodni w powojennej historii Polski. 30 świadków patrzyło na bestialski mord. A potem… przysięgli na Boga, że będą milczeć.Spisali cyrograf krwią. Przyjęli pieniądze. I przez lata nikt nie odważył się przerwać tej zmowy. Posłuchaj historii o miejscu, gdzie narodziła się przerażająca zmowa milczenia.WspółpracaPartnerem odcinka jest Wydawnictwo SQN, wydawca książek „Miasteczko Nonstead” oraz „Hellware” Marcina Mortki. Wejdź do mrocznego świata Nonstead, pełnego niewyjaśnionych tajemnic i niepokojących sekretów.Książki znajdziesz na stronie Wydawnictwa SQN oraz w dobrych księgarniach.
Nosi pod sercem nowe życie, które nigdy nie weźmie pierwszego oddechu. Obok niej idzie jej mąż, Stanisław. Młody, silny chłopak. Jest jeszcze Mieczysław, brat Krystyny. Ma zaledwie 12 lat. To dziecko. Chłopiec, który powinien rozpakowywać prezenty albo spać, śniąc o feriach zimowych. Zamiast tego idą poboczem w ciemności, nieświadomi, że znaleźli się w samym środku koszmaru, który został dla nich precyzyjnie zaplanowany. I wtedy to się zaczyna. To nie był wypadek. Wypadki są chaotyczne, głośne, nagłe. To, co się dzieje na drodze pod Zrębinem, ma w sobie przerażającą metodyczność. Słychać piski opon, głuche uderzenia metalu o ciało, a potem krzyki, błagania.
Wyobraź sobie ten moment. Jest Wigilia. Zbliża się północ. W kościele świętego Marcina w Połańcu trwa pasterka. Pachnie gadzidłem, woskiem topiących się świec i wilgotnymi od śniegu wełnianymi płaszczami. W ławkach siedzą Krystyna i mąż Stanisław i mały Miecio. Modlą się. Być może Krystyna głaszcze się lekko po zaokrąglonym brzuchu, wyobrażając sobie przyszłe święta już w powiększonym gronie. Nagle ktoś podchodzi do nich. To zaufana sąsiadka. Szepcze Krystynie do ucha kłamstwo, które uruchomi lawinę. Mówi, że w ich rodzinnym domu dzieje się coś złego. Ojciec się upił, wszczyna awanturę i rozrabia. Muszą natychmiast wracać. Zaniepokojona trójka wychodzi z ciepłego kościoła w mroźną, wietrzną noc.
Chcą jak najszybciej dotrzeć do Zrębina, wsi oddalonej o 4 km. Pod kościołem stoi autokar, stary niebieski san, który przywiózł ich na mszę. Krystyna prosi, aby pozwolono im wejść do środka, aby mogli wrócić szybciej. Ale w drzwiach stoi Jan Sojda, król Zrębina. Zbywa ich chłodno. Odmawia. Mówi, że autobus. Nie jest dla nich. Zmusza ich, aby poszli pieszo. Wzdłuż ciemnej, pustej szosy. Kłamstwo było pierwszym narzędziem tej zbrodni. Wywabienie ofiar w izolowane miejsce. Kiedy tylko trójka znika w ciemnościach, Sojda przystępuje do drugiego etapu. Do polowania. To nie była pijacka bójka, to bardziej przypominało operację wojskową. Sojda zbiera swoją gwardię przyboczną, szwagra Józefa Adasia oraz dwóch zięciów, Jerzego Sochę i Stanisława Kulpinskiego.
Chłopiec leci w powietrze i upada na asfalt. Żyje, ale jego ciało jest połamane. Krystyna i Stanisław z krzykiem rzucają się w jego stronę. Próbują go ratować. I wtedy zatrzymują się autokary. Otwierają się drzwi. Wychodzą z nich Jan Sojda i Józef Adaś. W ich dłoniach nie ma noszy czy pistoletów. Trzymają ciężkie, żeliwne klucze do wymiany kół. Kawał zimnego, twardego metalu. Rozpoczyna się rzeź. Najpierw dopadają 25-letniego Stanisława. Uderzając furią, z góry w głowę, w ramiona, miażdżą kości. Krystyna, przerażona osiemnastolatka w piątym miesiącu ciąży, zaczyna uciekać. Gdzieś w kierunku pól, w stronę ciemności. Ale jej ruchy są ociężały. Śnieg jest głęboki. Ktoś z autobusu, któryś z sąsiadów rzuca na nią snop światła z latarki.
Ojcowie, matki, bracia, sąsiedzi mają w rękach butelki z wódką i patrzą. Patrzą jak na ich oczach katowana jest ciężarna dziewczyna. Widzą jak samochód miażdży głowę dziecka. Patrzą na każdy rozbrysk krwi na śniegu. Słyszą każdy trzask pękających kości, a także każdy krzyk. Nikt nie wstaje, nie otwiera okna, nikt nie krzyczy. W drzwiach autobusu staje drugi sień sojdy, Stanisław Kulpinski, i rzuca w stronę tłumu jedno. Lodowate zdanie. Kto wyjdzie, tego spotka ten sam los. Ale czy to tylko strach? Czy 30 dorosłych ludzi paraliżuje wyłącznie groźba jednego człowieka w drzwiach? A może to jest właśnie potęga dyktatury w małej społeczności, która przez dekady była tresowana do posłuszeństwa?
Architektem nowej rzeczywistości, w którą wszyscy mieli uwierzyć. To, co wydarzyło się na drodze chwilę po morderstwie, to teatr absurdu w najczystszej postaci. Śnieg jest zadeptany, czerwony od krwi. Ciała leżą nienaturalnie. Każdy, kto ma oczy, widzi, że to była rzeź. Ale Sojda nie potrzebuje oczu. On potrzebuje jedynie posłusznych rąk. Zaczyna się inscenizacja. Ciała Krystyny, Stanisława i Miecia zostają przeniesione, ułożone w rowie w pozycjach, które mają sugerować potrącenie. Ale to za mało. Obrażenia od kluczy do kół są specyficzne, zbyt punktowe. Sojda wie, że musi je zamaskować. Wydaje rozkaz. Kierowca autobusu, tego samego błękitnego Sana, w którym przed chwilą podpisano cyrograf, wrzuca bieg i rusza.
Chodzi po wsi z podniesioną głową. Wręcza łapówki, ale nie robi tego dyskretnie. Robi to jak feudalny pan rozdający jałmużnę. Załatwia talony na samochody. Pomaga w zdobyciu materiałów budowlanych. Obiecuje mieszkania. Buduje mur z pieniędzy i strachu, który oddziela go od sprawiedliwości. Po drugiej stronie tego muru jest Zdzisława Kalita, matka Krystyny i Miecia, teściowa Stanisława. Została sama. Straciła wszystkich. I nagle z ofiary staje się trędowata. Wieś się od niej odwraca. Ludzie przechodzą na drugą stronę ulicy. Nikt nie patrzy jej w oczy. Jest żywym wyrzutem sumienia. A sumienie to coś, co zrębin próbuje zabić. Matka wie. Czuje, że to nie był wypadek. Widziała ciała.
Śmierć Brzdękiewicza miała zamknąć usta innym, ale stało się coś odwrotnego. Sprawa nabrała takiego rozgłosu, że lokalne układy w Tarnobrzegu przestały wystarczać. Presja z Warszawy po liście do Gierka była zbyt duża. Śledztwo przejęli ludzie, których Sojda nie mógł kupić. I wtedy podjęto decyzję ostateczną. Decyzję, która w polskiej kulturze, wciąż głęboko zakoszenionej w szacunku dla zmarłych, jest aktem ostatecznym i drastycznym. Chodzi o ekshumację. Cmentarz w Połańcu został otoczony przez milicję. O świcie. We mgle. Grabarze chwycili za łopaty. Musieli zakłócić spokój Krystyny, Stanisława i Miecia. Wyciągnęli ich z ziemi, aby ci mogli wreszcie przemówić. A martwi nie kłamią.
Nie biorą łapówek. Martwi nie boją się sojdy. Ich ciała są mapą zbrodni, zapisaną w języku, który potrafią odczytać tylko patolodzy. To, co odkryli biegli z Krakowa i Warszawy, ostatecznie pogrzebało teorię o wypadku drogowym. To była konfrontacja nauki z wiejskim kłamstwem. Czaszki ofiarnie były pęknięte od uderzenia o asfalt. Były zmiażdżone wielokrotnie. Tępym, twardym narzędziem. Kluczem do kół. Obrażenia Krystyny i Stanisława znajdowały się w miejscach, w których samochód nie mógłby ich uderzyć. To były ciosy zadawane z góry, z furią, z zamachem. To były ciosy katłów. Biegli stwierdzili coś jeszcze. Obrażenia dwunastoletniego Miecia, charakterystyczne ślady na głowie, pasowały idealnie do bieżnika opony Fiata 125P.
Ale nie od uderzenia. Od przejechania. Powoli. Z premedytacją. Raport z sekcji zwłok był jak wyrok. To nie był wypadek, ale rzeźnia. Jan Sojda, Józef Adaś, Jerzy Socha i Stanisław Kulpinski zostali aresztowani. Król Zrębina trafił do celi. Wydawało się, że koszmar się skończył, a sprawiedliwość stanie się faktem. Ale mylisz się, jeśli sądzisz, że kajdanki na rękach Sojdy złamały jego potęgę. Nawet zakradł w pasiakach. Jan Sojda wciąż trzymał swoich sąsiadów za gardła. Jego cień wciąż padał na zrębin, a proces, który miał się rozpocząć, nie miał być triumfem sprawiedliwości. Miał stać się spektaklem grozy, w którym strach przed jednym człowiekiem okazał się silniejszy niż strach przed więzieniem.
W sali Sądu Wojewódzkiego w Tarnobrzegu zapadła cisza tak głęboka, że słychać było bicia serc. Sędzia odczytał wyrok. Dla Jana Sojdy, Józefa Adasia, Jerzego Sochy i Stanisława Kulpinskiego orzeczono karę śmierci. W jednej sekundzie mit o nietykalności króla z Rębina runął. Człowiek, który wierzył, że jest ponad prawem, który myślał, że kupił sobie Boga i milicję, nagle stał się nikim. Zwykłym śmiertelnikiem, którego życie zależało teraz od podpisu urzędnika. Ostatecznie Rada Państwa skorzystała z prawa łaski wobec zięciów Sojdy, zamieniając im stryczek na odpowiednio 25 i 15 lat więzienia. Ale dla Jana Sojdy i Józefa Adasia litości nie było. Wyrok wykonano 23 listopada 1982 roku w więzieniu przy ulicy Montelupich w Krakowie.
Pokazano wszystkie 11 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
To jedna z najbardziej szokujących zbrodni w powojennej historii Polski. 30 świadków patrzyło na bestialski mord. A potem… przysięgli na Boga, że będą milczeć.
Spisali cyrograf krwią. Przyjęli pieniądze. I przez lata nikt nie odważył się przerwać tej zmowy. Posłuchaj historii o miejscu, gdzie narodziła się przerażająca zmowa milczenia.
Współpraca
Partnerem odcinka jest Wydawnictwo SQN, wydawca książek „Miasteczko Nonstead” oraz „Hellware” Marcina Mortki. Wejdź do mrocznego świata Nonstead, pełnego niewyjaśnionych tajemnic i niepokojących sekretów.
Książki znajdziesz na stronie Wydawnictwa SQN oraz w dobrych księgarniach.