Mateusz Tranda, Agnieszka Tranda – Razem (2025)
Podcast nagrany dla Studenckiego Radia „Żak” Politechniki Łódzkiej (24.03.2026)
No, ale myślę, że fajnie, że zaistnieje w naszej audycji, bo przynajmniej na mnie zrobiła bardzo duże, pozytywne wrażenie. Ale zanim zaczniemy, przejdziemy do jej omawiania i do jej słuchania przede wszystkim, chcielibyśmy państwu przypomnieć, chociaż to jest tylko formalność, kto realizuje naszą audycję. Naszą audycję realizuje niezastąpiona, jak zwykle, Grażyna Bąk. Mateuszu, co to za płyta? Tyle o niej mówimy, ale uchyl rąbka tajemnicy. Uchylam. To jest płyta Mateusza Trandy zatytułowana Razem z zeszłego roku. Płyta... Nie mylić z pewną partią polityczną. Tak, nie mylić z Partią Policzną, zdecydowanie. Myślę, że Mateusz Tranda nie ma nic wspólnego z tą partią. No i to jest płyta, tutaj może zdradzimy rąbka tajemnicy, po prostu Mateusz Tranda napisał do mnie taką bardzo sympatyczną wiadomość, że taką płytę wydał i może czy byśmy o niej nie porozmawiali.
To jest dla nas w ogóle bardzo miłe i dziękujemy. No i właśnie Mateuszowi Trandzie też właściwie należałoby podziękować, że chciał, aby jego płyta została omówiona Właśnie w ramach Kind of Jazz. No i jest to płyta nagrana na bardzo starym fortepianie marki Sommerfeld. To jest bydgoska fabryka fortepianów, która już w trakcie wojny została zamknięta. Fortepian jest z 1925 roku. No i właśnie na takim starym, bardzo ciekawie brzmiącym fortepianie Mateusz zagrał wszystkie kompozycje. Towarzyszy mu też żona. W ogóle jeszcze wracając do tego fortepianu.
Początek wszystkiego. Taki myślę bardzo adekwatny tytuł w kontekście płyty. Właściwie każdy utwór można powiedzieć, na każdej płycie powinieneś nazwać początek wszystkiego. Tak można powiedzieć o życiu wręcz. O miłości, o wszystkim można powiedzieć, że coś jest początkiem wszystkiego. Tak, jednocześnie bardzo filozoficzny tytuł, to prawda. No właśnie i tutaj myślę, że nasi słuchacze i my też dobrze wsłuchując się w ten utwór zauważamy, że tutaj inspiracje no nie są takie czysto jazzowe, są może bardziej klasyczne. Ja tutaj słyszę na przykład wpływ Erika Satie. Claude Debussy, może nawet bardziej Erika Satie. Trochę mi się ta muzyka Mateusza kojarzy też z twórczością Zbigniewa Preissnera.
No i jak tak przesłuchiwałem tego albumu, to okazało się, że mam rację, bo Mateusz Tranda tak naprawdę jest gitarzystą i to jest jego pierwszy instrument. No i dokładnie, te grane przez niego pasaże równie dobrze mogłyby zostać przeniesione na gitarę. Nie wiem, czy też miałeś takie odczucie, ale próżno szukać tutaj wybitnej pianistyki. To są typowe frazy gitarowe, czyli tak jakby tutaj Mateusz grał jakiś akord, następnie dogrywał kilka nut, dopóki ten akord nie wybrzmi. No tak, do pewnego stopnia się z Tobą zgadzam. Oczywiście, że on jest przede wszystkim gitarzystą i trochę ta maniera bycia gitarzystą jest widoczna w jego grze na fortepianie.
No wręcz niesamowicie jest to widoczne. Dawno nie słyszałem tak bardzo gitarowego pianisty, jakim jest tutaj Mateusz Tranda. To się zgadza, tak, tak. Jestem pewien, że, znaczy jestem pewien, no podejrzewam, że Mateusz te wszystkie utwory też ma opracowane mniej więcej na gitarze. Pewnie istnieją też wersje gitarowe tychże utworów. Tak i może nie wiem właśnie jak to oceniasz, na przykład ty, czy uważasz, że to jest zaleta, czy to jest wada tej płyty? No to jest bardzo dobre pytanie. Tutaj dobrze wiesz i państwo też pewnie dobrze wiecie, że ja jestem jednak fanem takiej bardziej klasycznej pianistyki jazzowej. Takie podejście jest dla mnie świeże.
Nie wiem jeszcze czy mi się to podoba czy nie, ale na pewno bardzo przyjemnie słuchało mi się tego albumu. Bardzo przyjemnie mi się analizowało grę pana Mateusza. No właśnie, tutaj bym się z tobą zgodził, że to jest przyjemna bardzo płyta, prawda? I ona pomimo tego, że rzeczywiście nie jest taka rozbuchana technicznie, bo ona jest dosyć ostrożna, taka kameralna, intymna wręcz dosyć. Tutaj nie ma jakichś popisów. To myślę, że ten świat muzyczny Mateusza Trandy jest ciekawy i się tak dosyć przyjemnie w niego wchodzi. Nie ma jakiegoś wrażenia oszustwa, mówiąc brzydko, że ktoś tutaj nas na coś nabiera muzycznie. To wydaje się bardzo uczciwa propozycja, więc tak, zgodziłbym się z tobą.
Ja uważam, że największą zaletą tego albumu jest spokój, bo to uczucie mi towarzyszyło. Nie ukrywam, że też ostatnie dni miałem dosyć bardzo wybojowe w swoim życiu i taki album Razem pana Mateusza ukoił moje stłamszone nerwy. Nawet jest taki, jeżeli się wejdzie w internet, na stronie miejskiej MSK w Łodzi. To się nazywa Miejski Ośrodek Kultury. Już dokładnie nie pamiętam. Generalnie jedna z filii Łódzkiego Domu Kultury i tam właśnie jest taki biogram krótki Mateusza. I on właśnie pisze tam, że on jest zainteresowany graniem takiej muzyki, która pozwala człowiekowi, który na przykład wraca po ciężkim dniu pracy, zrelaksować się, odpocząć, wejść w jakąś bardziej sympatyczną przestrzeń.
I myślę oczywiście, że on ma taki rodzaj myślenia o muzyce, że on by chciał komuś Spracowanemu, zmęczonemu pomóc swoją muzyką w relaksie pewnym. Zresztą też podejmuje z żoną taką inicjatywę, to się nazywa Agamat i to jest taki rodzaj też działalności opartej na relaksacji dźwiękiem, więc ma tutaj pewne nawet takie terapeutyczno-muzyczne doświadczenie i myślę, że rzeczywiście ta jego twórczość trochę z takiego terapeutycznego podejścia wyrasta. Ale nie robi też tego w taki prymitywny sposób. No bo właśnie Mateusz, muzyka na skołatane nerwy. Jaki gatunek wskażesz, co ci przychodzi do głowy? Smów jazz. Dokładnie.
A Mateusz daleko, Mateuszowi daleko jest od smów jazzu i nie robi tego w zupełnie smów jazzowy sposób. Robi to w sposób bardzo ambitny. No tak, to prawda. Jest mu daleko do smów jazzu. Więc może... Posłuchajmy improwizacji. No właśnie, żeby się przekonać, żeby się nasi słuchacze przekonali, czy też ich ta muzyka relaksuje. Improwizacja numer jeden.
No tak, i wybrzmiła nam improwizacja numer jeden, Mateusza Trandy. No i tutaj myślę słychać te wpływy klasyczne, ale też właśnie ten utwór mi się chyba najbardziej na całej płycie kojarzy ze Zbigniewem Preissnerem. I tutaj jakbym słyszał fragment z soundtracku, na przykład z krótkiego filmu o miłości Krzysztofa Kieślowskiego. Ale nie wiem, ale może czasami ten mój, że tak powiem, system skojarzeń czasami w złe strony mnie wiedzie. Nie wiem co Szymon o tym sądzisz. Ja w ogóle uważam, że akurat melodiami to ten album nie stoi. Te melodie zupełnie nie utrwiły mi w pamięci. Bardziej nastrój, być może właśnie brzmienie tego fortepianu, ale melodie, może poza jednym utworem, który nazywa się bodajże Przyjdzie w trachcie, to w żaden sposób, aczoś mnie nie poruszyły.
Jakby na to nie patrzeć, jest to rodzaj koncepcji. No też miłość, przynajmniej dla mnie, to nie tylko taki spokój, ale też przede wszystkim jakieś burzliwe kłótnie. No może tutaj artysta tego jeszcze nie przeżył. Oby było dobrze między tutaj. Tym małżeństwem muzycznym, ale no jednak takie zbyt spokojne podejście, ja oczekiwałbym czegoś więcej. No tak, rozumiem cię, ale myślę rzeczywiście, że to jest taki album koncepcyjny w tym sensie, że opowiada o relacji pomiędzy Agnieszką i Mateuszem, którzy są małżeństwem od wielu lat, ale też, czy od wielu, nie wiem czy od wielu są małżeństwem, ale na pewno są w relacji od wielu lat. I właśnie myślę, że ten album pokazuje dosyć dobrą relację, taką intymną, w której jest dużo ciepłych emocji.
Jak był konturs Chopinowski, to ja potrafiłem bez patrzenia rozpoznać, kto na jakim gra instrumencie. Bardzo fajnie. Myślałem, że umiesz odrównić też jak brzmi Steinway and Sons i jeszcze Steinway bez synów. Nie no, aż tak dobry to nie jestem. No ale to w każdym razie, mając do czynienia z tak wyjątkowym instrumentem, no to chciałbym, żeby tutaj trochę Mateusz spróbował czegoś więcej niż tego jednego klimatu, niż tego też, no mniej więcej tych samych fraz, etc. Chciałbym więcej szaleństwa, więcej pazuru. No tak, to pewnie, że masz rację, że wiadomo, że to jest w pewnym sensie w stosunku do każdej płyty dobry zarzut, że można by trochę urozmaicić, więcej emocji różnych, więcej takiej palety jakby barw emocjonalnych.
Bill Evans, Nardis, wykonanie z roku 1970. Niesamowity to był pianista, prawda Mateuszu? No tak, Bill Evans to oczywiście postać taka bez dwóch zdań bardzo interesująca, oryginalny, bardzo pianista. Zresztą o ogromnym wpływie na cały szereg pianistów po nim. No ale właśnie tak wracając do Mateusza Trandy. I teraz do Billa Evansa. Czy w ogóle można ich porównywać? Ja myślę, że tak, bo oni obaj mieli takie klasyczne wręcz wykształcenie i klasyczne podejście do muzyki. Tak, w tym sensie jak najbardziej. Ale jeśli chodzi o takich polskich pianistów, to nie wiem czy się zgodzisz, ale Mateusza można chyba porównać do Piotra Paduszyńskiego trochę.
Trochę tak, trochę tak. Piotrek Paduszyński zresztą grany w Kind of Jazz parę razy. Taki trochę nasz znajomy właściwie, Kind of Jazzowy. No tak, to jest też taki pianista intymny, kameralny, minimalistyczny i myślę, że to go trochę łączy z Mateuszem Trandą. Ale ja bym też powiedział, tak jak ty też wspomniałeś niedawno, że właśnie Mateusz Tranda bardziej się przedstawia jako gitarzysta i myślę, że to jest trochę taki jego eksperyment, ta płyta z fortepianem. Nie wydaje mi się, żeby on tak chciał też głęboko wchodzić w ten świat fortepianu w przyszłości. Ale nie wiem, to wszystko jest tajemnicze.
Też mi się tak wydaje, no bo tak jak tutaj mówię, pod względem pianistycznym, no to... To nie są najwyższe loty z całym szacunkiem do Mateusza. W sensie to jest ciekawa, intrygująca muzyka, ale jest zdecydowanie lepszym gitarzystą niż pianistą. Ale poprosiłeś tutaj słowa fortepian i chciałem ci tutaj wejść w słowo, ponieważ zarówno jak i Piotrek Paduszyński, tutaj Mateusz napisał tę płytę na pianinie. I to jest naprawdę intrygujące, ponieważ większość muzyków, kiedy już narywa płytę, to jednak korzysta z fortepianu przez lepszy dźwięk, większe spektrum dźwięków, które można wydobyć z takiego instrumentu, ale oni jednak postawili na pianino.
Piotrek Patuszyński też trochę ze względu na dźwięki otoczenia. I to wiesz, te wszystkie powiewy powietrza, ten stukot mechanizmu, to było istotne w jego płycie. Natomiast u Mateusza, no to też się nie dziwię, bo miał do czynienia z takim wręcz historycznym instrumentem. No więc pod tym względem to trochę jest taki fenomen na polskim rynku fonograficznym. Jest, rzeczywiście. To jest ważna sprawa, że to jest pianino, nie fortepian. I tutaj rzeczywiście słusznie zwróciłeś uwagę, że pianino ma trochę inną kolorystykę. Pianino się kojarzy z takim instrumentem bardziej Wyczulonym na te wszystkie takie jakby drobiny dźwiękowe.
No jakieś ma, no ale tak naprawdę myślę, że trochę zbaczany od tematu i od tak naprawdę konceptu tej płyty, no bo w tej płycie nie chodziło o to, żeby była doskonała, prawda? W tej płycie chodziło raczej o uchwycenie jakiejś tam chwili, jakiejś tam tej emocji. Tej relacji, którą Mateusz miał z żoną Agnieszką. Nastroju przede wszystkim. Czyli takiej emocji, która nie jest jakaś bardzo silna, ale unosi się nad całym projektem i próbuje jakoś nas tak ująć pozytywnie. Więc pod takim kątem nastrojowym ta płyta jest naprawdę ciekawa, jest naprawdę udana. Ale jednak, jeżeli miałbym ją oceniać jako taki album jazzowy, jako album instrumentalny, no to jednak, no trochę mi jeszcze brakuje.
Zgadzam się z tobą. Tak, jak najbardziej. To jest płyta pełna takich drobnych niedociągnięć. Bardzo sympatyczna. Niewątpliwie jest to taki projekt, który zwraca uwagę. Po prostu widać taką szczerość, autorską energię, jakąś autentyczną relację, która stoi za tą płytą. Ale to jest jednak skromne, prawda? To jest takie minimalistyczne. Jak ktoś w tym wypadku ja lubi może takie bardziej rozbuchane projekty, to jest to trochę dla mnie taka zbyt skromna potrawa, tak bym to określił. Ja się z Tobą w stu procentach zgadzam, dlatego też w ramach dzisiejszej audycji, jak nam starczy trochę czasu, posłuchamy sobie jeszcze przynajmniej moich ulubionych pianistów, muzyków jazzowych, ale myślę, że teraz jeszcze powinniśmy tutaj, jesteśmy to winni Mateuszowi, aby przesłuchać tytułowy utwór z tej płyty.
Produkcja Politechnika Łódzka I tak wybrzmiał tytułowy utwór z płyty Mateusza Trandy Razem, nagrany z Agnieszką Trandą. No i właśnie tutaj Szymon, w trakcie kiedy utwór sobie tak miło płynął przez Studio R1, przeczytałeś, że Mateusz nas udostępnił.
Tak jest, Mateusz udostępnił nasz post, więc zakładam, że nas słucha. Także serdecznie cię pozdrawiamy Mateuszu i dzięki za te biłe chwile, No, nam sprzedałeś, pokazując swoją płytę, swoją muzykę, nami słuchaczom. Pozdrawiamy serdecznie, nawet jeszcze ci Szymon więcej powiem, że Mateusz przed naszą audycją też udostępnił informację na swoim Facebooku, że będzie grana jego płyta, więc bardzo poczułem się miło. No i tak, to jest w ogóle sympatyczna postać, myślę sympatyczny człowiek i to też Jest jakaś taka wartość sama w sobie, prawda? W sztuce nie wiem jak to w ogóle takie kwestie oceniać, prawda? Artyści pewnie jako ludzie, tak jak każda grupa społeczna są różni, są lepsi, są bardziej sympatyczni, mniej sympatyczni, ale myślę, że akurat Mateusz łączy pewien rodzaj artyzmu właśnie z takim byciem szlachetnym człowiekiem i to myślę, że jest połączenie rzadkie i cenne.
No właśnie, Mateusz, jak myślisz, kto jest moim ulubionym pianistą jazzowym? No, Achmat Dżamal oczywiście. No właśnie, no właśnie, Achmat Dżamal oczywiście, więc oczywiście sobie zagramy utwór Point Shiana, tym razem wykonanie na żywo z Poznania z roku 1998. Posłuchajmy. Wielkie dzięki i do zobaczenia!
Ach te fenomenalne zagrywki, ach te fenomenalne frazy. Ahmad Dżamal w swoim jedynym, wyjątkowym występie w Poznaniu w roku 1998. No Mateuszu, coś jeszcze o albumie Razem? No chyba już wiele więcej nie mam do powiedzenia, ale tak pomyślałem sobie, jak właśnie leciała Poinciana, że tutaj jest takie zupełnie inne podejście do grania na, no poza tym jest też fortepiań, pianino, to też na to zwracaliśmy uwagę, ale w ogóle na instrumencie. Który jest oparty o grę klawiszy, ale jedno myślę, że łączy płytę Mateusza Trandy z tym wykonaniem Poncziany Achmada Dżamala.
Tutaj mamy taki bardzo ciekawy instrument, który nazywa się steel drum i on trochę przypomina marimbę. W brzmieniu i myślę, że to łączy to wykonanie właśnie z płytą Mateusza, gdzie jest stuletnie pianino, które jest też bardzo ciekawym, oryginalnym instrumentem. Dla kontekstu, jeżeli nie wiecie Państwo czym jest steel drum, to jest takie, to jest taka jakby czasem jak widzicie w takich ulicznych muzykantów, to jest ten taki wielka misa, taki wielki jakby talerz. Dotyka się tak jakby trochę gra jak na perczusy i to wydaje różne dźwięki, w zależności od dotyku i uderzenia. Tak, ma taką specyficzną barwę, tak, tak. No dobrze, to co, zagramy na koniec? No na koniec, żeby być uczciwym wobec Mateusza, już nie grajmy może więcej tych utworów kontekstowych, tylko zagrajmy źródło, czyli Poranny wiatr byłby może z tej płyty, czyli utwór numer dwa.
Zatem Poranny wiatr z płyty Razem. Była to audycja Kind of Jazz, którą przygotowali dla Państwa Mateusz Golami, Szymon Stępnik i zastałem realizatorskim oczywiście dziękujemy jak zwykle niezastąpiona Grażyna Bąk. Do usłyszenia za tydzień.
Pokazano wszystkie 24 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.