Hrabia Monte Christo. 85. Sąd
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
— Aha, tak. Prawda, że to ciekawa sprawa? No tak ciekawa, że opublikowałeś oszczerstwo i narażasz się tym samym na proces, którego raczej nie wygrasz. Nieprawda, bo wraz z artykułem otrzymaliśmy wszystkie dowody i pewni jesteśmy, że pan de Morserve będzie siedział cicho, zresztą wyświadczamy przysługę całemu krajowi, demaskując nikczemników, którzy nie zasługują na oddawane im zaszczyty. Bo Chopin nie miał. Ale kto udzielił się tak dokładnych informacji? spytał. Bo moja gazeta, która jako pierwsza poruszyła tę kwestię, musiała ją z braku dowodów zostawić, choć nam bardziej zależy na zdemaskowaniu pana de Morserve. Jest parem Francji, a my należymy do opozycji. No Boże, to bardzo proste.
Członkowie izby przybyli na sesję dużo wcześniej i żywo rozprawiali na temat owego nieszczęsnego wydarzenia. Które obudziło powszechną uwagę opinii publicznej, kierując ją na jednego z członków tak świetnej instytucji. Odczytywano po cichu artykuł, komentowano go i przypominano różne zdarzenia z przeszłości, mogące rzucić dodatkowe światło na obecną sprawę. Hrabia de Morcer nie był lubiany przez kolegów. Jak wszyscy barweniusze, zmuszony był okazywać wszem i wobec swoją wyższość otoczeniu, aby potwierdzać swój status arystokraty. Wielka arystokracja śmiała się z tego. Ludzie wybitni nie mieli dla niego poważania, a ludzie, którzy zdobyli pozycję uczciwie, gardzili nim instynktownie.
Hrabia znalazły się w nadwyraz przykłym położeniu kozła ofiarnego. Gdy już raz palec Boży wskazał na Niego jako ofiarę, wszyscy gotowali się, by krzyknąć na Niego. Ale hrabia de Morser jeszcze o niczym nie wiedział. Nie otrzymywał dziennika, w którym ukazała się ta hańbiąca wiadomość. Spędził więc ranek na pisaniu listów i ujeżdżaniu konia. Przybył na posiedzenie o zwykłej porze. Z podniesioną głową spoglądając, dumnie wysiadł z powozu. Pewnym krokiem przeszedł przez korytarze i wszedł do sali. Nie spostrzegając, że woźni przepuszczali go z wahaniem, a koledzy ledwo raczyli mu się kłaniać. Gdy Morser przybył, obrady trwały już od pół godziny.
Zapadło złowrogie milczenie. Jeden Morser nie przeczuwał nawet, dlaczego sala wpatruje się w takim skupieniu w mówce, którego nie zawsze słuchano z uwagą. Hrabia wysłuchał wstępu, w którym mówca prosił kolegów o jak największą uwagę, bo zamierzał zabrać głos w kwestii nadzwyczaj ważnej, drażliwej i żywotnej dla Izby. Przy pierwszej wzmiance o Janinie i pułkowniku Fernandzie hrabia zbladł tak straszliwie, że wśród obecnych, którzy cały czas wpatrywali się w niego, zapanowało wielkie poruszenie. Rany natury moralnej mają to do siebie, że mogą się zabliźnić, ale nigdy nie zagoją się zupełnie. Pozostają wciąż żywe. Bolą i ontrzą się i krwawią przy byle dotknięciu.
Mówca przeczytał wzmiankę wśród ogólnego milczenia. Ciszę przerywały tylko szmery, które ustały, gdy znów zaczął rozwijać swoją myśl, przedstawiając swoje skrupuły i tłumiąc trudność położenia. Utrzymywał, że podnosząc na forum publicznym tak drażliwe kwestie osobiste, chciał ocalić honor morserfa i honor całej izby. Na koniec zażądał, aby wszczęte zostało śledztwo, które jak najszybszy położy kres tym uwłaczającym kalumniom, nim zdążą się one upublicznić. W ten sposób pomści się hrabiego de Morserfa i przywróci pozycję, jaką zajmował w oczach opinii publicznej. Ten cios spadł na morserfa równie niespodziewanie i tak go przytłoczył, że hrabia zdołał wybąkać zaledwie kilka słów, rozglądając się błędnym wzrokiem po twarzach kolegów.
Zasłaniała mnie duża kolumna, a na dodatek było ciemno. Spodziewałem się więc, że bez kłopotu obejrzę całą okropną scenę, która miała się przede mną rozegrać. Wszyscy przybyli punktualnie o ósmej. Pan de Morsère wszedł wraz z ostatnim uderzeniem zegara. Wielu z członków podeszło do hrabiego i podało mu na powitanie rękę. Albert miał wrażenie, że gdy będzie słuchał tych wszystkich szczegółów, w końcu pęknie mu serce.
A jednak w jego boleść wślizgnęło się uczucie wdzięczności. Chętnie uściskałby tych ludzi, co dali jego ojców dowód szacunku, choć jego honor stał pod takim znakiem zapytania. W tej chwili wszedł woźny i podał prezydentowi list. – Oddaję panu głos, panie de Morsère – rzekł prezydent, rozpieczętowując podany list. Hrabia rozpoczął swoją obronę i – mogę cię zapewnić, Albercie – mówił Beauchamp – że był tak elokwentny i tak zręcznie to robił, że aż się zdumiałem. Przedstawił dowody potwierdzające, że wezyr Janiny darzył go swoim zaufaniem aż do ostatniej chwili i zlecił mu misję, od której zależało jego życie i śmierć. Pokazał pierścień, oznakę władzy, którym alipasza pieczętował zwykle listy.
Mówiono mi, że umarły ze zgryzoty, a może i nędzy. Nie byłem bogaty, wiodłem życie pełne niebezpieczeństw i mimo największego żalu nie mogłem wyruszyć na poszukiwanie ich. Prezydent zmarszczył lekko brwi. – Panowie – rzekł – wysłuchaliście obrony pana hrabiego de Morser. Panie hrabio, czy mógłby pan na poparcie swoich wyjaśnień przedstawić jakiegoś świadka? Niestety, ale nie mogę. Wszyscy to otaczali wezyra i znali mnie tam, poumierali albo rozproszyli się po świecie. Jako jedyny z moich rodaków, tak mi się przynajmniej zdaje, przeżyłem tę straszliwą rzeź. Mam tylko listy Alego Tebelina, które panom przedstawiłem. I mam pierścień, który otrzymałem w dowód przyjaźni, oto i on.
Oto list, który otrzymałem właśnie w tej sprawie. Czy chcecie, panowie, abym go przeczytał, czy też uważacie, że należy pominąć ten incydent? Pan de Morser zbladł i zacisnął palce na papierach, które trzymał. Kartki zaszerściły. Komisja odpowiedziała się za odczytaniem listu. Hrabia wpadł w zadumę i nie wyraził swojej opinii. Prezydent odczytał list następującej treści. Panie prezydencie, oświadczam, że mogę udzielić komisji dokładnych informacji na temat generała lejtnanta Hrabiego de Morser i jego działalności w Epirze i Macedonii, którą ma rozpatrzyć komisja. Prezydent na chwilę przerwał. Hrabia de Murser zbladł. Prezydent skierował pytające spojrzenie na słuchających. — Dalej niech pan czyta!
– Ach, to ona! – szepnął Albert. – Jaka znowu ona? – Heidi. – Skąd wiesz? – Niestety odgadłem, ale proszę cię, Beauchamp, mów dalej. Widzisz, że jestem spokojny i trzymam się jakoś, a na koniec opowieści chyba już blisko. – Pan de Murserf! – podjął Beauchamp. Przypatrywał się kobiecie zdziwiony i przerażony zarazem. Z tych zachwycających ust miał paść wyrok wskazujący go na śmierć lub przywracające mu życie. Dla wszystkich zresztą było to wydarzenie tak dziwne i zaskakujące, że zbawienie czy zguba pana de Morserve przestały na chwilę obchodzić kogokolwiek. Prezydent wskazał damie krzesło. Ona jednak potrząsnęła głową, dając do zrozumienia, że chce stać. Hrabia osunął się na fotel.
Potem sprzedał nas za 1000 cekinów, czyli za sumę, która w przybliżeniu wynosi jakieś 400 tysięcy franków. Hrabia de Morser zrobił się zielony. Oczy nabiegły mu krwią. Wobec tak straszliwych oskarżeń na sali zapadło złowrogie milczenie. Heidi, wciąż spokojna, ale w spokoju tym dużo groźniejsza, niż ktoś inny mógłby być w gniewie, podała prezydentowi akt sprzedaży, sporządzony w języku arabskim. Jako że spodziewano się, iż niektóre dowody mogą być napisane w języku arabskim, nowogreckim albo tureckim, na posiedzenie już wcześniej zawezwano tłumacza. Jeden z dostojnych parów, który poznał był język arabski w czasie świetnej kampanii egipskiej, przebiegł wzrogiem akt, który tłumacz odczytał na głos.
Ja, El Kobir, handlacz niewolników i dostawca harebu sułtana, zeznaję, iż odebrałem dla jego królewskiej mości od hrabiego de Monte Christo magnata franków szmaragd wartości 2000 cekinów jako zapłatę za chrześcijańską niewolnicę mającą 11 lat imieniem Heidi, córkę zmarłego Ali Tebelina, wezyra Janiny i Wasyliki, jego faworyty. Heidi i jej matkę, która zmarła po przybyciu do Konstantynopola, kupiłem przed siedmioma laty od Fernanda Mondego, pułkownika frankijskiego w służbie wezyra. Zakupu tego dokonałem na zlecenie jego królewskiej mości, który przeznaczył na ten cel sumę tysiąca cekidów.
Moje oczy i uszy były już na stale czujne. Mieszkałam samotnie w domu mojego szlachetnego opiekuna, ale żyłam tak, ponieważ lubię ciszę i cień. Dzięki nim mogę w spokoju rozmyślać. Pan hrabia de Monte Christo otacza mnie ojcowską opieką i dlatego życie światowe nie jest mi obce. Wolę jednak przysłuchiwać się z daleka jego echom wrzawy. Czytam więc gazety, otrzymuję też albumy z rycinami i najnowsze nuty. I tak śledzę życie, nie angażując się w nie. Dziś rano dowiedziałam się o tym, co się wydarzyło w Izbie Parów i że wieczorem ma się zebrać komisja. Napisałam więc list. – Czyli hrabia nic nie wie o pani kroku? – zapytał prezydent. Nie wie o niczym i obawiam się nawet, że może tego nie pochwalić, a jednak jest to piękny dzień w moim życiu.
Dodała dziewczyna, wznosząc ku niebu płomienny wzrok. Dzień, w którym mogę pomścić mojego ojca. Hrabia przez cały ten czas nie wyrzekł ni słowa. Koledzy spoglądali na niego i bez wątpienia litowali się nad tą karierą, rozwianą w pył wonnym tchnieniem kobiety. Rozpacz wypełzała coraz wyraźniej na jego twarz. — Panie de Morser — rzekł prezydent — czy rozpoznaje pan w tej damie córkę Alego Tebelina Pascianiny? — Nie — odpowiedział Morser, wstając trudem. — To jakiś spisek moich nieprzyjaciół. Heidi, która utkwiła właśnie wzrok we drzwiach, jakby czekała, że ktoś wejdzie, odwróciła się nagle i, spostrzegłszy hrabiego, krzyknęła okropnie.
Słowa te wypowiedziała z takim żarem, że oczy wszystkich zwróciły się na Hrabiego, a on sam podniósł rękę do czoła, jakby była na nim ciepła jeszcze krew Alego Tebelina. Oświadcza więc Pani ostatecznie, że w Panu de Morsère rozpoznaje oficera Fernanda Mondego? Czy ja go poznaję? – zawołała Heidi. O moja matko, powiedziałaś mi, byłaś wolna, miałaś kochającego ojca, przeznaczono cię już prawie do korony. Przypatrz się dokładnie temu człowiekowi. On cię uczynił niewolnicą. On nadział na włócznie głowę twojego ojca. On nas sprzedał. On nas wydał w ręce nieprzyjaciół. Przypatrz się dobrze jego prawej ręce.
Ma tam szeroką bliznę. Jeśli zapomnisz jego twarzy, poznasz go po tej ręce, na którą El Kobbir odliczał złote monety. Czy go poznaje? O, niech tylko spróbuje powiedzieć, że mnie nie poznaje. Każde słowo raziło Morserfa niczym ostrze miecza. Stopniowo tracił resztki sił. Mimowoli cofnął gwałtownie prawą rękę, na której miał bliznę. Wsunął ją za frak i opadł na fotel, poddając się ponurej desperacji. Na sali zapanowało ogromne wzburzenie. Jakby to powiał północny wiatr i zakręcił w gwałtownym podbuchu zeschłymi liśćmi. — Panie de Morser — rzekł prezydent —
Niech Pan podejmie walkę. Niech Pan odpowie. Nasza sprawiedliwość jest taka, jak sprawiedliwość boska. Nie zna różnic między ludźmi. Nie pozwoli zatriumfować Pana nieprzyjaciołom, nie dając Panu możliwości obrony. Chce Pan, byśmy zarządzili nowe śledztwo? A może mam wysłać dwóch członków Izby do Janiny? Niech Pan odpowie. Morser milczał. Członkowie spojrzeli po sobie ze zgrozą. Znali energiczny i gwałtowny charakter hrabiego. Trzeba było naprawdę wyjątkowej siły, aby unicestwić wolę walki u tego człowieka. Spodziewali się, że po tym milczeniu, podobnym do chwilowego uśpienia, nastąpi wybuch przypominający uderzenie piorunu.
– Więc jak? – zapytał prezydent. – Co pan postanowił? – Nic – odpowiedział głucho hrabia de Morser, powstając. – Czyżby córka Alitebelina – zapytał prezydent – mówiła prawdę? Czyżby rzeczywiście była jednym z tych straszliwych świadków, których zeznaniom winowajca nie śmie zaprzeczyć? Naprawdę uczynił pan to wszystko? Hrabia rozejrzał się w oku z taką rozpaczą, że wzruszyłby nim dziką bestię, ale nie mógł tym poruszyć sędziów. Wzniósł oczy w górę, ale spuścił je natychmiast jakby z obawy, że się roztąpi sklepienie i zajaśnieje w nim inny niebiański trybunał z sędzią najwyższym, z Bogiem.
Gwałtownie rozpiął frag, w którym się dusił i wypadł z sali jak szaleniec. Na korytarzu zadudniły jego kroki, zaraz potem z kopyta ruszyły konie i rozległ się turkot powozu, aż zadrżał florecki portyk gmachu. Panowie! Rzekł prezydent, gdy zapadła cisza. Czy uważacie, że pan hrabia de Morser jest winny wiarołomstwa, zdrady i wszystkich tych nikczemnych czynów? — Tak — odpowiedzieli jednogłośnie wszyscy członkowie komisji. Heidi pozostała na sali do końca posiedzenia. Wysłuchała wyroku z twarzą obojętną, nie objawiając ani radości, ani żalu. Zasłoniła tylko twarz woalem, ukłoniła się majestatycznie członkom komisji i wyszła krokiem, jaki Vergiliusz podpatrzył u bogiń.
Pokazano wszystkie 19 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!