Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 40. Prezentacja

27.07.2025 ·31 min 3 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

Stare kufry, japońską porcelanę, wschodnie materie, wyroby szklane z Wenecji, broń wszystkich krajów świata. Wszystko to znał doskonale i przy pierwszym rzucie oka odgadywał ich wiek i pochodzenie. Albert sądził, że będzie tu przewodnikiem, a stało się przeciwnie. To on odbywał dzięki hrabiemu kurs archeologii, mineralogii i historii naturalnej. Zeszli na pierwsze piętro. Albert wprowadził gościa do salonu. Salon ten był niemal wytapetowany dziełami współczesnych malarzy. Były tu krajobrazy duprego, wysokie trzciny, wysmukłe drzewa, ryczące krowy, cudowne niebo. Byli arabscy jeźdźcy pana de la Croix, w długich białych burnusach, w błyszczących pasach, z damascyńską bronią.

Konie gryzły się tu z wściekłością, ludzie mordowali się żelazem. Były akwarele Boulangera, a na nich Notre Dame, przedstawiona z plastycznością, dzięki której malarz idzie o lepsze z poetą. I jeszcze płótna Diaza, na których kwiaty namalowane są piękniejsze od kwiatów prawdziwych. A słońce błyszczy świetniej niż słońce. Rysunki de Campsa, równie barwne jak Salvatora Rossy, tylko bardziej poetyckie. Szkice wyrwane z albumu Dauzazza powstały podczas podróży na wschód, a rysował je w kilka chwil z wysokości grzbietu wielbłąda lub pod kopułą meczetu. Krótko mówiąc, było tu wszystko, czym sztuka współczesna może nam zastąpić i wynagrodzić sztukę dawnych wieków, minioną lub utraconą.

A jednak proszę się zgodzić, bym w charakterze inicjacji w życie paryskie zaczął od wzajemnych uprzejmości, wizyt i prezentacji. Monte Christo schłonił się, nie rzekł szyni słowa. Przyjął propozycję bez zapału, ale nie okazywał niechęci, jak człowiek wychowany, który uważa za swoją powinność towarzyskie convenanze. Albert zawołał lokaja i kazał mu uprzedzić hrabiostwo de Morserve, że wkrótce pojawi się u nich hrabia Monte Christo. Natychmiast też razem z hrabią udali się za lokajem. W przedpokoju nad wejściem do salonu widniał kartusz z herbem. Bogato zdobiony, harmonizujący z ornamentami na ścianach, wskazywał, ile wagi właściciel pałacu przypisywał swemu klejnotowi.

— rzekł Albert. — W gabinecie mojego ojca jest gdzieś drzewo genealogiczne, które to nam może objaśnić. Napisałem do niego kiedyś uwagi, które mocno by zbudowały panów Hozier'a i Jacquorta. Teraz już się nad tym nie zastanawiam, ale wyznam panu, bo to należy do zakresu moich obowiązków jako przewodnika, że za obecnego ludowego rządu zaczynają znowu interesować się bardzo tymi rzeczami. Cóż, zdaje mi się, że wasz rząd mógłby wybrać ze swojej przeszłości coś lepszego niż te dwie tabliczki, które widział na waszych pomnikach, a które nie mają żadnego sensu z punktu widzenia heraldyki. Ale pan Albercie zwrócił się hrabia do morserfa. Masz więcej szczęścia niż twój rząd, bo herb twój jest naprawdę piękny i przemawia do wyobraźni.

Dowodziło to, że ów człowiek był na wojnie w Grecji i Hiszpanii lub wypełniał w tych krajach jakąś misję dyplomatyczną, za co także mógł owe odznaczenia otrzymać. Monte Christo przypatrywał się temu portretowi równie uważnie jak poprzedniemu, analizując szczegół po szczególe, gdy wtem otwarły się boczne drzwi i znalazł się twarzą w twarz z hrabią de Morserfem. Był to człowiek w wieku przeszło 40, a najwyżej 45 lat, ale wyglądał na co najmniej 50. Jego czarne brwi i wąsy dziwnie kontrastowały z białymi niemal całkiem włosami ostrzyżonymi po wojskowemu na jeża. Ubrany po cywilnemu, nosił w butonierce wstążki o różnych kolorach, przypominające o orderach, jakimi był dekorowany.

Wszedł dość spiesznie, ale krokiem wcale dystygowanym. Monte Christo nie postąpił ku niemu ani kroku. Rzekłbyś, że nogi wrosły mu w ziemię. Nie odrywał oczu od twarzy hrabiego. — Ojcze — rzekł młodzieniec — mam żaszczyt przedstawienia pana hrabiego de Monte Christo, tego szlachetnego przyjaciela, która miałem szczęście poznać w tak trudnych, jak wiesz, okolicznościach. — Miło nam bardzo widzieć pana u nas — ukłonił się z uśmiechem hrabia de Morserve. — Wyświadczyłeś pan naszemu domowi ogromną przysługę, zachowując mu jedynego dziedzica, za co zachowamy wobec pana dozgonną wdzięczność. Domówiąc hrabia de Morcerf, wskazał fotel hrabiemu Monte Christo i sam usiadł naprzeciwko okna.

Monte Christo, biorąc fotel wskazany przez Morcerfa, ustawił go tak, by pozostawać w cieniu wielkich aksamitnych zasłon, a jednocześnie móc swobodnie czytać w zmęczonych i smutnych rysach twarzy hrabiego, Historie tajemnych cierpień zapisanych w przedwczesnych zmarszczkach. – Hrabina – rzekł Morserf – właśnie ubiera się, gdy syn kazał ją uprzedzić, iż wkrótce będzie miała radość przyjąć pańską wizytę, za dziesięć minut będzie w salonie. – To dla mnie wielki honor – rzekł Monte Christo. Że w dniu mojego przybycia do Paryża mogę zawrzeć znajomość z człowiekiem, którego zasługi są równe sławie? Choć raz fortuna nie omyliła się co do człowieka, którego obdarzyła łaskami, ale czy nie ma ona jeszcze schowanej dla pana laski marszałkowskiej gdzieś na równinach Metydży lub w górach Atlasu?

O, dawno opuściłem służbę wojskową, odpowiedział Morserw rumieniąc się nieco. Zostałem mianowany parem za restauracji. Brałem udział w pierwszej kampanii pod rozkazami marszałka de Bourmonta. Mógłem ubiegać się o wyższy stopień i kto wie, co by się stało, gdyby starsza linia utrzymała się na tronie. Tylko, że rewolucja lipcowa potoczyła się na tyle pomyślnie, że mogła sobie pozwolić na niewdzięczność i okazała ją każdemu, kto nie służył za cesarstwa. Poprosiły więc o dymisję, bo kto zdobył szlify na polu bitwy, nie potrafi manewrować na śliskim terenie salonów. Porzuciłem broń, oddałem się polityce i zajmuję się przemysłem, badam sztuki techniczne.

Nie przypuszczał, że hrabia może unosić się entuzjazmem wobec podobnych poglądów. Niestety, mówił dalej cudzoziemiec, aby zapewne uspokoić morserfa, który nieco zachmurzył się na te słowa, my we Włoszech żyjemy inaczej. Rozwijamy się według zasad naszego rodu i naszego gatunku. Zachowujemy przez całe życie to samo listowie, tę samą wysokość, a często i tę samą bezużyteczność. Ale przecież dla pana hrabiego, człowieka tak wybitnego, Włochy nie mogą być ojczyzną. Wyciąga do pana ręce Francja. Francja nie wszystkim okazuje niewdzięczność. Źle obchodzi się ze swoimi dziećmi, ale gościnnie przyjmuje cudzoziemców. O, mój ojcze, rzekł Albert z uśmiechem. Widać dobrze, że nie znasz Hrabiego Monte Christo.

Niezmiernie byłbym panu wdzięczny, gdyby mi pan zechciał ponowić te propozycje innym razem. Dziś pozwolono mi wierzyć, że będę miał zaszczyt być przedstawionym pani hrabinie. – O, mama właśnie przyszła – zawołał Albert. Monte Christo, odwróciwszy się żywo, ujrzał panią de Morserve. Stała przy wejściu naprzeciwko drzwi, przez które wszedł jej mąż. Gdy Monte Christo zwrócił się do niej, nieruchoma i blada opuściła bezwładnie rękę, która nie wiadomo dlaczego oparła się była o złoconą framugę. Była tam już od kilku chwil, słuchając ostatnich słów gościa. Hrabia powstał i ukłonił się głęboko hrabinie. Ta zaś w milczeniu oddała mu ceremonialny ukłon.

— Pani — rzekł — wynagradzacie mnie państwo zbyt hojnie za czyn tak skromny. Ocalić syna, zaoszczędzić cierpień ojcu i matce to nie jest dobry czyn. To po prostu czyn ludzki. Na te słowa wymówione z wyszukaną łagodnością i uprzejmością pani de Morserve odpowiedziała z prawdziwym wzruszeniem. To zaiste szczęście dla mojego syna, że znalazł w Panu przyjaciela. Składam dzięki Bogu za taki zbieg okoliczności. I Mercedes podniosła piękne oczy ku niebu, z wyrazem tak nieskończonej wdzięczności, że wydało się hrabiemu, jakby zabłysły w nich łzy. Pan de Morserve zbliżył się do niej. — Żono — rzekł — przepraszałem już hrabiego, że muszę go opuścić.

Proszę mi darować dzień zwłoki i przyjąć zaproszenie na jutro. Będę wtedy pewien, że nie uchybię prawom gościnności. Jeśli prosi mnie pan o jeden dzień, panie hrabio, to jestem pewien, że pokaże mi pan raczej pałac niż dom. Stanowczo, musisz mieć pan na swoje rozkazy jakiegoś geniusza. O, proszę rozpowszechniać tę opinię, rzekł Monte Christo, wchodząc po aksamitnych stopniach wspaniałego powozu. To mi się przyda wobec dam. Wskoczył do powozu, zatrzasnął drzwiczki i konie puściły się galopem. Ale nie na tyle prędko, by nie był w stanie dostrzec, jak w oknie salonu, gdzie rozstał się z panią de Morserve, poruszyła się nieznacznie firanka.

Jego maniery są zachwycające, rzekła hrabina, sądząc przynajmniej z tego, co mogłam spostrzec przez tych kilka chwil, które u nas zabawił. O tak, mamo, wśród ludzi, których znam, a pochodzących z najwytworniejszej szlachty w Europie, to znaczy francuskiej, hiszpańskiej i niemieckiej, jego dystynkcja nie ma sobie równej. Hrabina zastanawiała się przez chwilę i po krótkim wahaniu podjęła. Widziałeś, kochany Albercie? Chcę cię o to zapytać jako matka, rozumiesz? Widziałeś hrabiego de Monte Christo w jego własnym domu? Jest inteligentny, obyty. Masz więcej intuicji niż twoi rówieśnicy. Sądzisz, że hrabia jest rzeczywiście tym, na kogo wygląda? A na kogoż on wygląda?

Co mówisz? Po prostu Monte Christo to wysepka na Morzu Śródziemnym, bezludna, bez załogi wojskowej. Jest bezpieczną kryjówką dla przemytników i piratów wszystkich narodowości i ze wszystkich możliwych krajów. Kto wie, czy zacni przedsiębiorcy nie płacą swemu władcy haraczu za prawo azylu? — O, to możliwe — rzekła hrabina w roztargnieniu. — No, mniejsza oto. Kimkolwiek jest przebytnikiem czy nie, przyznasz wszak, kochana mamo, boś go już widziała, że hrabia de Monte Christo jest człowiekiem niezwykłym i zrobi karierę w salonach paryskich. O właśnie, już dziś rano u mnie, stawiając pierwsze kroki w świecie, wprawił w zdumienie wszystkich nawet takiego Chateau Renauda.

Pokazano wszystkie 14 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.