Hrabia Monte Christo. 110. Pokuta
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
110. Pokuta. Tłum, choć zwarty, rozstępował się szybko przed panem de Vilfort. Wielkie cierpienie budzi tyle szacunku, że nawet w najsmutniejszych czasach pierwszym odruchem tłumu wobec tych, których spotyka nieszczęście, jest zawsze współczucie. Podczas rozruchów ginie wielu ludzi znienawidzonych, ale nawet gdyby rzeczywiście byli zbrodniarzami, Tłum rzadko znieważa tych nieszczęsnych ludzi. Wilfor przebił się przez szeregi widzów, straży i woźnych i oddalił się, bo choć sam przyznał się do winy, chroniło go nieszczęście. Są sytuacje, które człowiek uchwytuje instynktem, nie mogąc ich ogarnąć rozumem. Wówczas największym poetą staje się ten, którego krzyk będzie najnaturalniejszy i najgwałtowniejszy.
Otwierając drzwiczki, obudził Stangreta, rzucił się na poduszki, wskazując ręką kierunek przedmieścia Saint-Honor. Powóz ruszył. Znów przygniótł go ciężar katastrofy jak go spotkała. Ten ciężar przytłaczał mu myśli. Nie był zdolny nawet zastanowić się nad konsekwencjami tej katastrofy. Przeczuwał je tylko, ale nie odwoływał się do kodeksu, który tak dobrze znał i nie obliczał jak wyrachowany zbrodniarz jaka spotka go kara. W sercu miał Boga. Bóg, szeptał sam, nie wiedząc co mówi. Bóg, Bóg. Zdawało mu się, że za tą katastrofą stał jedynie Bóg. Powóz pędził szybko. Vilfort, podskakując na poduszkach, poczuł, że coś go uwiera.
Sięgnął połów przedmiot. Był to wachlarz, którego pani de Vilfort zapomniała w powozie. Wsunął się między poduszki, a oparcie. Wachlarz ten obudził w nim wspomnienie, a wspomnienie to zabłyskło jak płomień w czarną noc. Wilfor pomyślał o żonie. – O! – wykrzyknął, jakby rozpalone żelazo przyszyło mu serce. Od godziny widział tylko jedną stronę swojego nieszczęścia, a teraz ukazała mu się druga, nie mniej straszliwa. Zachował się przed tą kobietą jak nieubłagany sędzia, skazał ją na śmierć, a ona teraz, w przerażeniu, nękana wyrzutami sumienia, przygnieciona wstydem, który o niej wywołał, podkreślając swoją nieskazitelność, ona, biedna, słaba kobieta, bezbronna wobec jego absolutnej, bezwzględnej władzy, szykuje się może teraz na śmierć.
— Nikogo tu nie ma — stwierdził. — Jest pewnie w sypialni. Rzucił się do drzwi. Drzwi były zamknięte na zasówkę. Zadrżał. — Heloizo! — zawołał. Wydało mu się, że poruszył się jakiś sprzęt. — Heloizo! — powtórzył. — Kto tam? — zapytała pani de Villefort. Wydało mu się, że jej głos brzmiał słabiej niż zwykle. — Otwórz, otwórz! — zawołał. — To ja! Ale choć w głosie jego dźwięczał rozkaz, drzwi się nie otworzyły. Wyważył je jednym kopnięciem. U wejścia do buduaru stała Pali de Vilfort. Była blada, miała ściągniętą twarz. Spoglądała na niego nieruchomym wzrokiem. — Heloizo, Heloizo! Co ci jest? Powiedz! Kobieta wyciągnięła ku niemu zesztywniałą, posiniałą rękę.
– Stało się, mężu? – rzekła, a rzężenie zdawało się rozrywać jej krtań. – Czego jeszcze ode mnie chcesz? – i osunęła się na podłogę. Wilfor podbił gudonię i chwycił ją za dłoni. Dłoń ściskała konwulsyjnie flakonik ze złotym koreczkiem. Pani de Wilfor już nie żyła. Wilfor, zmartwiały ze zgrozy, cofnął się aż na próg, wlepiając wzrok w trupa. – Mój syn! – krzyknął nagle. – Gdzie mój syn? – Edwardku! Edwardku! I wybiegł z pokoju, krzycząc – Edwardku! Edwardku! Krzyczał tak przeraźliwie, że nadbiegła służba. – Mój syn! Gdzie mój syn? – pytał Wilfor. – Zabierzcie go z domu, żeby nie zobaczył!
— Przyszedłem tu wtedy pomodlić się za pańską córkę — odpowiedział. — A dziś? — Przychodzę powiedzieć panu, że zapłaciłeś mi już swój dług i że od tej chwili zacznę prosić Boga, aby jak i ja poprzestał na tym. — Boże! — zawołał Wilfor, cofając się nagle z trwogą. — Ten głos! To nie jest głos księdza Busoniego! — A nie! Ksiądz zdarł perukę z tonsurą i potrząsnął głową. Na ramiona opadły mu długie czarne włosy i okoliły męską twarz. — To twarz pana de Monte Christo! — zawołał Wilfor, spoglądając nieprzytomnymi oczyma. Nie, jeszcze nie to, panie prokuratorze.
Proszę sięgnąć pamięcią wstecz. Ten głos! Ten głos! Gdzież ja go słyszałem po raz pierwszy? W Marsylii. Przed dwudziestu trzema laty, w dzień pańskich zaręczyn, z panną de Saumelon. Niech pan poszuka w aktach. Nie jesteś pan księdzem. Nie jesteś pan Hrabią Monte Christo. Boże, jesteś tym ukrytym, nieubłaganym, śmiertelnym wrogiem. Musiałem ci wyrządzić w Marsylii jakąś krzywdę. Biada mi. — Tak, masz pan rację, to jest to — rzekł hrabia. — Szukaj, szukaj. — I cóżem ci zrobił? — zawołowił for, któremu mieszało się w głowie. Był już na tej wąskiej granicy między rozumem i obłąkaniem.
— Co? Powiedz! — Skazałeś mnie na śmierć powolną i straszliwą. Zabiłeś mi ojca. Pozbawiłeś mnie wolności, miłości i szczęścia. — Kim jesteś? Kim? Boże! Jestem widmem nieszczęśnika, któregoś pogrzebał w lochach zamku Iw. Bóg wywiódł go z grobu, włożył mu maskę hrabiego de Monte Christo i obsypał złotem i diamentami, abyś rozpoznał go dopiero dziś. A! Poznaję cię! Poznaję! Jesteś! — Jestem Edmund Dantes. — Edmund Dantes! — krzyknął Wilfory i chwycił hrabiego za rękę.
Kwadrans później drzwi w pokoju Valentino otwarły się i wyszedł z nich Hrabia de Monte Christo. Jego twarz była blada, wyraz oczu posępny, oddech ciężki. Wszystko zdradzało niewymowną boleść. Trzymał w ramionach dziecko, któremu nie był już w stanie przywrócić życia. Przyklęknął i uroczyście położył dziecko obok matki, opierając jego główkę na jej piersi. Następnie podniósł się i wyszedł. Spotkawszy na schodach służącego, zapytał, gdzie jest pan de Vilfort? Uf, wyciągnął rękę i bez słowa wskazał na ogród. Monte Christo zszedł na dół, ruszył we wskazanym kierunku. Wilfoor otoczony służbą wściekle kopał łopatą ziemię. — Nie, to nie tu — mówił sam do siebie.
Pokazano wszystkie 9 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!