Mentionsy Mentionsy
Gęsia Skórka
Gęsia Skórka

NIE WCHODŹ TAM - Prawda o Summerwind! | ODCINEK 74

07.07.2025 ·55 min 45 s

Wszystko zaczęło się w roku 1916, kiedy to nad brzegiem jeziora West Bay Lake w stanie Wisconsin powstała elegancka rezydencja, która z czasem miała zyskać miano jednego z najbardziej nawiedzonych domów w Ameryce. Dziś opowiem Wam historię Summerwind Mansion – od jej początków, przez dramaty właścicieli, aż po mroczne legendy i doniesienia o paranormalnych zjawiskach.🕯️ Jeśli lubisz mroczne opowieści, tajemnice z przeszłości i historie o duchach – ten odcinek jest właśnie dla Ciebie.-------------------------------------------------------------------TIMELINE!Wstęp Koniec -------------------------------------------------------------------🔥WSPIERAJĄCY:TOP 1➛ Skaza➛ Misio MISIO➛ x177➛ Maja Babulka➛ MrEssexWerdin➛ Sebastian Łęczkowski➛ Łukasz Reczko➛ Heir_Of_ChoroszczTOP 2➛ Piotr Wołoszczakiewicz➛ Agnieszka Tomaszewska➛ KyrianhTOP 3 ➛ Weronika Matuszak➛ Adrian Robert➛ Młody.07➛ DaLek➛ Smouka➛ Sliski➛ Żona Faraona➛ Wodnik018 Z.➛ Mateusz Matek➛ Tomcio➛ Przemek Cymborski➛ Wojtek Frączkowski➛ Olgierd Nowak➛ Mike 007➛ Monika Z➛ Ewa------------------------------------------------------------------- 🎧 Spotify ➛ https://open.spotify.com/show/3VKkX1r...🔥 TikTok ➛ https://www.tiktok.com/@gesiaskorkapodcast📷 Instagram ➛ https://www.instagram.com/gesia_skorka_/ 💌 Biznesy/Współprace ➛ [email protected]💥 Streamy na Twitch ➛ https://www.twitch.tv/nojracht-------------------------------------------------------------------

Witajcie drodzy słuchacze w dzisiejszym materiale. Dziś zabiorę was w miejsce, które choć już dawno zostało pochłonięte przez lasy północnego Wisconsin, wciąż budzi niepokój, szepcze przez ruiny i zsyła dreszcz na kark każdemu, kto odważy się zbliżyć. Liliowe Wzgórza, letnia rezydencja o wdzięcznym imieniu, pełna słońca, kominków... szerokich werand i śmiechu dzieci. Tak zaczynała się jej historia w 1916 roku, kiedy sekretarz handlu Stanów Zjednoczonych, Robert Peterson Lemond, postanowił uczynić to miejsce rodzinnym azylem.

Zapnijcie pasy, zgaście światło, weźcie coś do picia i przekąszenia. I nie zapomnijcie, że w tej historii prawda bywa bardziej przerażająca niż fikcja. Rok 1916. Głęboko w sercu północnego Wisconsin, nad cichym czarnym lustrem jeziora West Bay Lake, Robert Peterson Lemont, przewysłowiec, inżynier i przyszły sekretarz handlu USA, nabył ziemię otoczoną dzikimi sosnami. Całość miała stać się jego azylem, ucieczką od zgiełku Chicago.

Lemont jako człowiek biznesu nie potrafił już znieść nieustannego hałasu i zwiełków wielkich metropolii, które przyprawiały go ból głowy. Dlatego właśnie zdecydował się na zakup ziemi z dala od miejskiego gwaru. Kiedy w 1916 roku Lemont po raz pierwszy odkrył Lando Lakes, był nim absolutnie zachwycony. Widok zapierał dech w piersiach. To niewielkie miasteczko w Wisconsin otoczone malowniczymi jeziorami miało wówczas bardzo małą populację. Było to bowiem idealne miejsce dla tych, którzy, podobnie jak Lemont, szukali ucieczki od przybodźcowanego życia w mieście.

W miejscu starej chaty myśliwskiej Robert Peterson Lemont wzniósł imponującą, dwudziestopokojową rezydencję z dwoma masywnymi kominkami, oszkloną werandą i osobnym skrzydłem dla służby. Otoczony gęstym lasem i niemal całkowicie odcięty od cywilizacji, dom nazwał Liliowym Wzgórzem, licząc na to, że stanie się on rodzinną ostoją spokoju. Budowa trwała dwa lata, a jej koszt wyniósł na tamte czasy aż 125 tysięcy dolarów. Rezydencja powstała w stylu wiktoriańskim, z przewagą ciemnego drewna cedrowego i świerkowego.

Osadzona w kamiennej podmurówce, posiadała stromą linię dachu, dekoracyjne gzymsy i zdobione werandy. Lemont był tak zachwycony końcowym efektem, że zaczął zapraszać ważne osobistości, w tym nawet prezydenta Warrena G. Herdinga. Za cały projekt odpowiadała wtedy renomowana chicagowska firma architektoniczna Talmadge & Watson. Znana z projektów w stylu Prairie School, prowadzili oni modernistyczne akcenty do rustykalnej konstrukcji, co czyniło rezydencję jednocześnie elegancką i niepokojąco niedopasowaną do dzikiego krajobrazu otaczającego West Bay Lake.

Wśród ciszy drzew drewno skrzypiało nieustannie pod wpływem wilgoci i chłodu, jakby sam Don od samego początku protestował przeciwko swojemu istnieniu, a każda belka i każdy cień rzucany przez gotyckie lukarny zdawały się z czasem pogłębiać jego surowość i izolację. Rodzina Lemontów spędzała tam głównie letnie miesiące. Przyjeżdżając z Chicago z pełnym zapleczem służby i zapasów, organizując wystawne kolacje na werandzie, polowania w gęstych lasach i rejsy łodzią po spokojnych wodach jeziora, gdzie poranne mgły zasłaniały brzegi, a noce były tak ciche, że nawet śmiech dzieci podbijał się echem jakby w pustce.

Nagle Robert Lemont wstał od stołu i stanął jak słup soli. Patrzył jak drzwi od piwnicy zaczynają drżeć, jakby ktoś lub też coś próbowało się z niej wydostać. Po chwili drżenie ustało, jednak zaledwie parę sekund później ponownie rozległ się metaliczny huk. Wtedy Lemont bez słowa sięgnął po rewolwer, który zwykł trzymać w szufladzie bufetu. Broń była naładowana, gotowa do strzału. Nie prosił nikogo o pomoc. Ruszył korytarzem, a kroki jego ciężkich butów odbijały się od drewnianej podłogi, jak echo werbla.

Zbliżył się do drzwi piwnicy. Solidnych, dębowych, pokrytych ciemnym lakierem. Z wnętrza nie dobiegał żaden ruch, żadna odpowiedź. Tylko powietrze wokół było dziwnie zimne, jakby ktoś uchylił okno w środku zimy. Klamka od drzwi poruszała się góra-dół, cały czas. W tym momencie do męża podbiegła żona, Helen, i schowała się za nim, zapewne by dodać mu trochę odwagi. Wtedy Lemont krzyknął, kto tam jest? Kto się wygłupia? Jednak odpowiedzi nie było, tylko głucha cisza i kolejne drżenie drzwi.

Wtem drzwi nagle się otworzyły. Lemont nie potrafił uwierzyć w to, co właśnie widział. W późniejszej rozmowie ze znajomymi przy drinku opowiedział, że zobaczył coś na kształt gula. W progu piwnicy stała wysoka, nieludzko wychudzona postać, której kontury zlewały się z mrokiem. Jej całe ciało odziane w poszarpane czarne szaty niemal blokowało przejście, a z cienia biła nienaturalna, dławiąca aura. Helen zaczęła krzyczeć, a Robert bez ostrzeżenia oddał wtedy dwa strzały.

Jeden po drugim. Hook rozdarł dom. Jeden z pocisków przebił deskę tuż obok zamka. Drugi natomiast utknął wyżej, pozostawiając wyraźne głębokie wgłębienie. Po chwili, jak zapisała później służba, pan domu wraz z panią cofnęli się. Wcale bladzi, lecz już spokojni. I bez słowa, gdy zamknęli drzwi, wrócili do jadalni. Robert nie wezwał policji. Nie sprawdził piwnicy. Drzwi pozostały zamknięte do końca jego pobytu. Obie dziury po kulach przez lata widniały w deskach jak znaki ostrzegawcze.

Ciemne, nieregularne, zakrwawione jedynie kurzem i czasem. Gdy później pytano dlaczego strzelał, Lemont odpowiadał krótko niemal zawsze mechanicznie. Bo coś tam było. Nigdy jednak bardziej szczegółowo nie dzielił się tą myślą. Strzały Lemonta, choć szybkie i zdecydowane, świadczyły o skrajnym napięciu. Nie były to działania człowieka czującego się bezpiecznie we własnym domu, lecz raczej instynktowna reakcja kogoś postawionego w sytuacji, której nie rozumiał i nie mógł kontrolować. Trzeba pamiętać, że posiadłość znajdowała się na odludnym terenie, w sercu północnego Wisconsin potoczona ponad 80 akrami gęstego dzikiego lasu.

Potwierdzają to późniejsze relacje lokalnych mieszkańców i osób związanych z historią nieruchomości. Mimo, że oficjalne dokumenty nie zawierają jasnej daty ani przyczyny wyprowadzki, a prywatna korespondencja Roberta Lemonta, dostępna dziś w archiwach, nie wspomina w ogóle o Summerwind w żaden sposób, który sugerowałby dramatyczne wydarzenia... Krążyły opowieści. Sugerowano, że to co miało miejsce w domu było na tyle oburzające lub też niepokojące, że rodzina podjęła decyzję o nagłym porzuceniu rezydencji. Bez sprzedaży, bez dziedziczenia i bez dalszego komentarza.

Tak samo jak w przypadku pierwszego właściciela, pana Lemonta, pani Hinsho zakochała się w okolicznych terenach. Zawsze marzyła o miejscu, gdzie mogłaby uciec od zgiełku miasta i wreszcie odpocząć. Niestety. Rodzina była jeszcze nieświadoma, że zło, które tam panowało, nie zamierzało ustąpić, lecz dopiero szykowało się do nowego rozdziału swojej mrocznej historii. W 1969 roku Arnold i Ginger Hinshell wraz z czwórką dzieci przeprowadzili się do Summerwind mając nadzieję na spokojne życie z dala od miejskiego zgiełku.

To pytanie pozostawiamy Wam, drodzy słuchacze. Czy Summerwind to przede wszystkim przerażająca historia duchów i psychoz, czy raczej opowieść o ludzkich lękach, przesądach i ślwy wyobraźni? Zanim jednak pożegnamy się z tą opowieścią, warto przypomnieć najważniejsze fakty z historii Summerwind, które nadają jej szczególny kontekst i pozwalają lepiej zrozumieć całość dramatu, jaki rozegrał się na tym odludziu północnego Wisconsin. W 1916 roku Robert Peterson Lemont zakupił działkę nad West Bay Lake i rozpoczął przebudowę letniego domku, który zakończył się w 1918 roku, tworząc imponującą posiadłość z 20 pokojami na obszarze 80 akrów.

Pokazano wszystkie 14 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.