Czy nic nie dzieje się przypadkiem? Robert Bernatowicz o znakach i duchowości
Moim gościem jest Robert Bernatowicz — ekonomista, dziennikarz, autor książki „Jestem z gwiazd” i założyciel Fundacji Nautilus. W rozmowie poruszamy tematy, które od lat budzą duże emocje i zainteresowanie: zjawiska niewyjaśnione, znaki, duchowość oraz relacje gromadzone przez Fundację Nautilus. Robert dzieli się także swoim spojrzeniem na to, czy trudne życiowe doświadczenia są dziełem przypadku, czy mają głębszy sens, oraz jak odczytywać sygnały pojawiające się w przełomowych momentach życia.
Ja przeszedłem tak koszmarne załamanie, które doprowadziło do próby samobójcze, doprowadziło do poszukiwania odpowiedzi w każdym możliwym aspekcie tego, gdzie ona mogłaby się znaleźć. To były tarocistki, to były wróżki, to był kościół, to było wszystko. Dlaczego? Czy on jeszcze jest? Czy tak miało się wydarzyć? Czy to jest jakaś kompletna bzdura? Dlaczego mnie to spotkało? I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. I jest jeden moment, którego nie rozumiem do dzisiaj i to coś jest ze mną do dzisiaj i w głowie, i fizycznie w moim mieszkaniu. Kiedy to się wydarzyło, ja byłem w Miami. Po drugiej stronie kuli ziemskiej. Do wypadku samochodowego doszło w Warszawie, pod Warszawą.
To jest boska gra. To jest za mądre. To jest za mądre, żeby to człowiek mógł to poukładać. No bo często zastanawiamy się, pytamy, nie wiem, wiesz, skrajny przypadek, Holokost, tak? Gdzie był Bóg? No tak, oczywiście. Mnóstwo Żydów zresztą traciło wiarę tuż przed wejściem do komory. Rabini wznosili ręce do góry, mówili, Boże, teraz interweniuj, bo jeżeli nie teraz, to kiedy? Tak, nic się nie działo, Boga nie ma, mówili. I wchodzili, byli świadkowie. Bóg jest absolutnie... Ta teoria Newtona nie wyklucza się z Biblią? Nie, to wszystko pasuje idealnie do siebie. To Kościół ma problem, bo będzie musiał się zmierzyć z reinkarnacją wcześniej czy później. Jakby chciał pomocy, to jestem do dyspozycji.
Żebym ja mógł tutaj o tym opowiedzieć, żebym ja miał jakieś karty w ręku. Dlaczego ta siła chce, żebyśmy o tym opowiadali? Dlatego, że czas się przebudzić. Czas, żeby światło dotarło do ludzi. Modlą się. Ja nie mam nic przeciwko Kościołowi. Nie mam nic przeciwko temu, żeby się modlić. Uważam, że wszystkie modlitwy, jeżeli idzie, to stąd trafiają. Tam, gdzie trafiają. Ja zawsze mówię, że wszystkie drogi prowadzą do tego samego punktu, wszystkie ścieżki. Ty idziesz taką ścieżką, ja idę taką. Ortodoksyjni i Żydzi idą taką. Nie ma sensu nikogo ciągnąć na naszą ścieżkę. Tylko bądźmy lepszymi ludźmi na tych ścieżkach. Dla siebie i innych. A niech sobie, ponieważ nie jest przypadkiem, że taki ortodoksyjny Żyd się urodził, ten człowiek w tej rodzinie, bo on ma to doświadczyć, ma tego doświadczyć.
Ja rozumiem. Natomiast ta twoja teoria jest dla mnie nierozerwalna z Boskością, Bogiem i Jezusem Chrystusem. Dlaczego? Dlatego, że kiedy zacząłem z tego wychodzić, proces wyjścia, proszę Państwa, z bardzo ciężkiego uzależnienia, To są powtarzające się upadki, powstania i znowu walka i znowu upadek, tylko te upadki są coraz rzadziej, rzadziej, rzadziej i ja nie ukrywam, że w pewnym momencie zacząłem chodzić do kościoła. Miałem swój ulubiony kościół, trafiłem na świętą ritę, czyli świętą od spraw beznadziejnych. Jeśli nie potrafisz czegoś po ludzku załatwić na ziemi tutaj, a twoja sprawa wydaje się beznadziejna, to ona rozwiąże twoją sprawę beznadziejną i rzeczywiście.
Jedna po drugiej moje sprawy beznadziejne zaczęły się prostować, jedna za drugą. W związku z tym, jeśli mamy czegoś doświadczyć i mamy na coś trafić i to nie są przypadki, no to też rozumiem, że trafienie do Kościoła, trafienie na Jezusa Chrystusa, trafienie na... Opowiem ci historię. Każdą inną religię w zasadzie. To teraz moja historia. Ja ci nawet, zanim opowiesz, tylko powiem wszystkie te postaci wielkie. To jest to samo. To jest ta sama energia. Różne karty tej samej historii. To teraz historia, którą muszę ci z kolei opowiedzieć. I to jest bardzo ważne. W pewnym momencie trafiłem do szpitala.
On się znajdował na Białą Łęce. Wyglądam z okna tego szpitala i widzę bardzo znajome mi kształty. To jest kościół bielański. W kościele bielańskim znalazłem się w 2015 roku po śmierci mojego syna. Ktoś mnie tam zawiózł, żebym porozmawiał sobie z księdzem Drozdowiczem, znana postać w Warszawie. I tak raz w tygodniu jeździłem siadać u niego na plebanii i sobie rozmawiać. Dwa lata temu trafiłem do szpitala, bo mój organizm już był tak przeciążony i tym hejtem, i tą walką, i wychodzeniem z narkotyków, i znowu hejtem. Zostałem oskarżony o jakieś straszne rzeczy, o to, że okradam umierające dziecko, pisał o tym media. Moja głowa już tego wszystkiego nie dźwigała. I sam z siebie zdecydowałem, kładę się w szpitalu. I się położyłem. Patrzę i jestem Kościół Bielański sprzed tych dziesięciu lat prawie wtedy.
Ja mówię, wiesz co, my ludzi pozabijamy, koniec tego, nigdzie nie lecimy. I tego dnia właśnie, kiedy sprawdzałem te wyspy Zielonego Przylądka, pojechałem Uberem do tego kościoła. Niestety kościół był zamknięty. Ja mam ADHD, więc bardzo szybko się rozkojarzam. Była krata, był tylko taki przedsionek, klęcznik. Ja się tak rozglądam, trzy minuty się pomodliłem na tym klęczniku, już moja percepcja się zgubiła. Ja się rozglądam po tym przedsionku, bo tylko ten przedsionek był otwarty i nagle patrzę, coś w ogóle nieprawdopodobnego. Leżą małe, przezroczyste saszetki, takie w jakich kupowałem jeszcze dwa lata temu to ścierpo. Takie same. Takie same. Takie same.
No to w ogóle miałeś to przeżyć. Ja patrzę, co to robi w kościele. O co chodzi? Biorę to do ręki, a w środku jest Maryja. Jest ten, jak to się mówi, medalik. Celebry, blaszany medalik z Maryją, jakaś karteczka. Jest napisane, że można sobie to wziąć. Okej, schowałem. Wróciłem do mojego pokoju w szpitalu, otwieram to sobie, wypada ta Blaszana Maryja i jest kartka. Rozwijam sobie, taka broszurka, a tam jest napisane, że to jest cudowny medalik, wybity na prośbę Matki Boskiej w trakcie objawienia w Paryżu, w klasztorze przy ulicy Rue de Bac w 1830 roku, 27 listopada.
A przepraszam, 27 listopadu. Twoje urodziny. Te, na które miałem dolecieć i nie mogłem dolecieć. Ależ ty masz ciekawą tą karmę, naprawdę. I natychmiast, już wiedziałem wszystko. Wtedy zrozumiałem. Wiedziałem, że to jest dla ciebie. Wiedziałem, że ja muszę być w tym Paryżu. Że miałeś być w tym w ogóle, w tym kościele, żeby to, tak. Nie mogłeś wylecieć na te Filipiny, żeby urodziny Filipa. Wyszedłem, słuchaj, ze szpitala, od razu na lotnisko, Wizer i Paryż. I od tego Paryża, tak naprawdę, zaczęła się moja droga do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Jestem... W szczycie swojej formy życiowej. Jestem szczęśliwy z życia. Jak obejrzę się wstecz i pomyślę o tych narkotykach, to stary, to mnie trąca w ogóle, wiesz. Mam odruch wymiotny na ten temat.
W związku z tym chciałbym tylko powiedzieć dla wszystkich tych, którzy chodzą do kościoła i powiedzą nie, to się razem nie łączy. To, co ty mówisz z tym, co ja mówię, to niech to będzie dowód na to, że rzeczywiście, jeśli ja musiałem to przeżyć, to w ogóle nie wyklucza się Co więcej, to jeszcze potwierdza ją nawet bardziej. Jeszcze potwierdza. W kościele miałeś to przeżyć, miałeś to znaleźć, to było specjalnie dla ciebie. Chodzisz do kościoła? Czy ja chodzę do kościoła? Ja jestem członkiem kościoła katolickiego. Natomiast nie chodzę tak często. Ja chodzę dlatego, że jak ja tam siadam... Ale co tydzień jesteś w kościele? Prawie codziennie jestem. Zartujesz poważnie, ale to ja to rozumiem. Ja to rozumiem i szanuję. Ja czasami jak siedzę w domu i wiesz, za dużo mi się nagromadzi, mam taki swój ulubiony kościół dominikanów na Służewcu, jadę sobie samochodem, siadam tam i rozmawiam.
Z kim? Ze sobą? Z Bogiem? Czy boskość jest grana jak aplikacja do głowy? Wszystko jest wysłuchane. To jest niebywałe. I Kościół jest bardzo dobrym miejscem, zwłaszcza kiedy nie ma ludzi. Ja też nie powiem, że przychodzę często, ale na przykład niedawno byłem świadkiem na ślubie mojego przyjaciela i w kościele czytałem Pismo Święte z Sambony. Także wiesz, to miałem taki moment... To teraz wytłumacz mi jedną rzecz. Czy my mamy swoich aniołów stróżów? Mamy, mamy, mamy. To znaczy, bo zobacz, jeśli... Są jakieś historie, z których wychodzisz, ale ty tak wychodzisz po prostu, a nie powinieneś z tego wyjść. Czytam teraz o tym wypadku, do którego doszło na lotnisku w Stanach, co samolot wpadł w wóz strażacki, zginęło dwóch pilotów.
I sprawdziłem, gdzie jest to Guadalupe, okazało się, że to jest w centrum Meksyku, kupiłem bilet, poleciałem. I tam właśnie, wychodząc z tej bazyliki, pomodliłem się, podziękowałem do tego obrazu. Wychodząc, nagle wychodzę, jest światłość, światło wielkie wpada, wiesz, słońce grzeje Meksyk do tej bazyliki i ja przechodzę przez to światło, moje oczy się przyzwyczajają i nagle jakbym trafił na znajomego, jakbym na kumpla trafił. Bo ja już od kilku miesięcy mieszkałem wtedy w Krakowie. Los mnie przerzucił do Krakowa, gdzie zacząłem też bardzo mocno chodzić do kościoła. I okazało się, że mieszkam obok domu, na Dębnikach, obok domu Jana Pawła II, a dokładnie naprzeciwko kościoła, w którym Jan Paweł II stwierdził, że powołanie to jest jego droga.
On po tym zamachu podziękować poleciał właśnie do Guadalupe. Kiedy kościołem zaczęły targać te wielkie skandale, wiesz, dzisiaj możemy sobie to rozpatrywać. Wiedział, nie wiedział. Mamy social media, mamy dostęp do archiwów. To były inne czasy. Nie? On też był otoczony jakąś swoją taką świtą, która pewnie też jakoś dawkowała mu informacje, ale co do zasady był totalnie pogubiony w tych oskarżeniach. W tym wszystkim, co się działo, był też starszym człowiekiem. I też poleciał potem do Guadalupe, żeby... Zrozumieć, co się dzieje. Tak myślisz, że po to tam poleciał, żeby jakoś chwycić równowagę, tak? Żeby chwycić równowagę, tak. Możliwe, możliwe. I ja wtedy poczułem tę jego wielką moc. Właśnie jak mówimy o takich postaciach z wielkim światłem. Ja go dzisiaj tak czytam. Ja w żaden sposób nie zakwestionuję wielkości Jana Pawła II.
Pokazano wszystkie 13 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Moim gościem jest Robert Bernatowicz — ekonomista, dziennikarz, autor książki „Jestem z gwiazd” i założyciel Fundacji Nautilus. W rozmowie poruszamy tematy, które od lat budzą duże emocje i zainteresowanie: zjawiska niewyjaśnione, znaki, duchowość oraz relacje gromadzone przez Fundację Nautilus. Robert dzieli się także swoim spojrzeniem na to, czy trudne życiowe doświadczenia są dziełem przypadku, czy mają głębszy sens, oraz jak odczytywać sygnały pojawiające się w przełomowych momentach życia.