Mentionsy Mentionsy
Damian Olszewski - podcast
Damian Olszewski - podcast

WIELKI KRACH na SREBRZE, NOWY PREZES FED i SCAM na RAIL BALTICA! #BizWeek

31.01.2026 ·25 min 38 s · 1 rozdział · 1 sponsor

WIELKI KRACH na SREBRZE, NOWY PREZES FED i SCAM na RAIL BALTICA! #BizWeek

Takiego krachu na srebrze i złocie nie widzieliśmy od 50 lat. W zaledwie jeden dzień srebro traci aż 33% swojej ceny, a złoto podążało za nim. Co było przyczyną tak spektakularnego spadku na metalach szlachetnych? Nowym szefem Fedu po Jerome'ie Powell'u ku zaskoczeniu rynków ma zostać Kevin Walsh. który w przeszłości był przeciwieństwem dążeń Trumpa do niskich stóp procentowych. Jak reaguje na to rynek i co to oznacza dla Wall Street? Podczas gdy Donald Trump zamienia USA w twierdze, Hiszpania jednym podpisem legalizuje pobyt 500 tysięcy imigrantów. To ratunek dla kiepskiej demografii czy może desperacki import nowych wyborców? Tymczasem głośna inwestycja Rail Baltica okazuje się katastrofą.

Koszty inwestycji mają być jednak cztery razy większe od prognoz, a zamiast autostrady powstanie zaledwie jeden tor. Najaw wyszedł właśnie gigantyczny przekręt Łotyszy, którzy dopięli interes z Unią na zwykłym kłamstwie. Ile będzie to nas kosztować? Ciekawi? Sprawdźmy to! BizWeek. Cotygodniowy przegląd świata biznesu i finansów. Cześć, tutaj Damian Olszewski i witam Was serdecznie w programie Praktycznie o Pieniądzach i informacyjnej serii BizWeek, gdzie dostajecie dawkę najważniejszych wieści ze świata biznesu, finansów i geopolityki. Jak zwykle liczę więc na niewielką inwestycję w postaci łapki w górę pod materiałem i do rzeczy. Czas to pieniądz, więc... Zaczynajmy. Nowa era Fed. Kto zastąpi Powella i co to oznacza?

Ostatnie dwa dni to prawdziwy rollercoaster na rynkach. Zaczynając od czwartku, gdzie Microsoft runął nawet o 12% po dobrych wynikach finansowych, ale słabych wynikach segmentu chmurowego. Jedna z największych spółek na świecie straciła więc jednego dnia aż 357 miliardów dolarów w kapitalizacji. Co oczywiście wykorzystałem, dokupując kilka akcji Microsoftu. Rynek ciągle zadaje sobie pytanie, czy spółki inwestujące w AI będą dalej dowozić wyniki. Natomiast prawdziwa karuzela na rynku miała dopiero nadejść. Trump dał znać, że w piątek rano ogłosi nowego prezesa Fed. Kadencja Jeroma Powella kończy się już w maju tego roku i bardzo istotne jest to, kto go zastąpi. Jak wiemy, prezydent USA nie darzy specjalną sympatią obecnego prezesa, choć sam go nominował w roku 2017.

Z czasem ich relacje przerodziły się jednak w otwarty konflikt, a prezydent nazywał go nawet wprost głupin. Według Trumpa Stany Zjednoczone powinny mieć stopy procentowe niższe niż jakikolwiek inny kraj. A po środowej decyzji Fedu w sprawie stóp procentowych, które pozostały bez zmian, również nie gryzł się w język. Szkodzi naszemu krajowi i jego bezpieczeństwu narodowemu. Powinniśmy mieć znacznie niższe stopy procentowe teraz, gdy nawet ten kretyn przyznaje, że inflacja nie jest już problemem ani zagrożeniem. Kosztuje Amerykę setki miliardów dolarów rocznie w całkowicie niepotrzebnych i nieuzasadnionych kosztach odsetek. Napisał wściekły prezydent USA na Truv Social. Znając dążenia Trumpa do taniego dolara i niskiej rentowności obligacji USA, wybór mógł wskazywać na gołębich kandydatów.

Po prostu musi być to zwolennik niskich stóp procentowych, inaczej szykuje się kolejny konflikt. Ale czy dążenia Trumpa mają sens? Dlaczego Trump uważa obecną politykę Fed za błąd? Dlatego, że Stany Zjednoczone mają spory problem z długiem. Wysokie stopy procentowe oznaczają emisję nowego długu z wyższym oprocentowaniem, a w 2026 roku mają do zrolowania ponad 9 bilionów dolarów. Rolowanie długu oznacza, że spłacamy stare długi nowym zadłużeniem. Dla uproszczenia spłacamy więc dług z oprocentowaniem 0,8% do 2,5%, a na jego miejsce zaciągamy dług na poziomie 4% do 4,3%. Co oczywiście długoterminowo wpłynie na cały budżet kraju. Dodatkowo popyt zagraniczny na amerykański dług spada, a dolar topnieje w rezerwach banków centralnych.

Jego wycena też jest coraz niższa i balansuje już poniżej 3,60 zł. Pytanie więc, kogo w takich okolicznościach wybrał Trump? Pojawiło się w tym temacie mnóstwo spekulacji, a od tygodni mówiło się o czterech głównych kandydatach. Christopher Waller, Kevin Hassett, Rick Ryder i Kevin Walsh. Jeszcze tydzień temu według Polimarket największe szanse miał Kevin Hassett. To on był najbliższy polityce radykalnego cięcia stóp. Hassett był jednak oceniany przez rynek jako zagrożenie dla Wall Street. Inwestorzy obawiali się nacisków politycznych i niskich stóp za wszelką cenę. Sytuacja odwróciła się jednak o 180 stopni, a rynek nagle zaczął obstawiać Kevina Worsha. Financial Times sugerował, że to właśnie on stanie na czele Fedu.

I wcale się nie pomylił, bo tak właśnie się stało. Zapytacie, co w tym zaskakującego? Otóż to, że Worsh jest odwrotnością docelowej polityki Trumpa i wcześniej nazywano go inflacyjnym jastrzębiem. W zakresie retoryki podnoszenia stóp był tak naprawdę bardziej rygorystyczny niż Powell. Natomiast prezydent USA z jakiegoś powodu jest przekonany, że Walsh będzie dążył do cięcia stóp. Ale jak będzie? Zobaczymy. Nominowany musi zostać jeszcze zatwierdzony przez Senat, a tam republikanie mają większość. Niewykluczone jednak, że po drodze pojawią się jeszcze jakieś komplikacje, więc prezesem Fedu jeszcze nie został. Pytanie, jak myślicie? Czy Kevin Walsh będzie niezależny jak Powell, czy może zostanie marionetką Trumpa? Podzielcie się opinią w komentarzach.

Pytanie, kim właściwie jest pan Kevin Walsh i jak rynki przyjęły jego nominację? Kevin Walsh od 1995 do 2002 roku pracował w Morgan Stanley. W 2002 roku dołączył do administracji prezydenta Georgia W. Busha, pełniąc funkcję asystenta prezydenta ds. polityki gospodarczej i sekretarza wykonawczego w Krajowej Radzie Gospodarczej. W latach 2006-2011 był natomiast gubernatorem rezerwy federalnej. Walsh otrzymał również otwarte poparcie Jamie'ego Daimona, prezesa i dyrektora generalnego J.P. Morgan Chase. Jednocześnie JP Morgan skrytykował jego głównego rywala, czyli Kevina Hasseta, twierdząc, że zbyt dynamicznie obniży stopy procentowe w krótkim terminie. Walsh jest kandydatem, na którego Wall Street stawiało mocniej.

Dla giełdy potrzebna jest stabilizacja, a jeśli stawia na niego JP Morgan, to musi być to w ich interesie. Czemu Donald Trump tak zdecydował? Czy biznes stał się ważniejszy niż jego prywatne ambicje? Nowy prezes Fed może przynieść stabilność. Poglądy nowego prezesa są niepewne, więc rynek jest nieco zaskoczony wyborem Trumpa. Ja zresztą również. Facet ma jastrzębią przeszłość, a teraz składa gołębie obietnice, więc może być różnie. Co ważne, wybór Worsha nieco umocnił dolara i może zakończyć cykl jego osłabiania. Potencjalne umocnienie dolara to także większa wartość naszych amerykańskich inwestycji w złotówkach. Choć gwarancji na to oczywiście nie mamy. Ja w każdym razie wciąż dokupuję akcje gigantów z USA po spadkach.

Ostatnio, tak jak wspominałem, dokupiłem Microsoft i zwiększyłem pozycję na Oracle. Spółka Larrego Ellisona mocno inwestuje teraz w transformację biznesową, kosztem zwiększenia zadłużenia. Dlatego sporo straciła w ostatnich dniach, ale osobiście nie wierzę, że przyjaciel Trumpa idzie w dług, nie wiedząc, że koszt kapitału będzie spadać. Informacje o naszych zakupach z szerszym wyjaśnieniem decyzji znajdziecie jak zwykle na darmowej grupie na Discordzie. Link zamieszczam w opisie. Ostatnio wrzuciłem również listę ciekawych ETF-ów na różne surowce. Mam nadzieję, że Wam się przyda. Znajdziecie tam również składy naszych portfeli, które są częścią serii edukacyjnej, gdzie tworzymy portfele na różne okazje i cele. A jak możecie zacząć własną przygodę z giełdą? Start ułatwi Wam partner naszego kanału, globalny broker Freedom24.

7:45 · Freedom24 15

Sam korzystam z ich usług od kilku lat i serdecznie polecam, a wystarczą do tego tylko trzy kroki. Zakładacie darmowe konto u brokera, przechodzicie szybką weryfikację, wpłacacie depozyt i kupujecie globalne akcje i ETF-y na 15 różnych rynkach w kilka kliknięć. Co ważne, przelane złotówki wymieniamy zupełnie za darmo na inne waluty, takie jak euro czy dolary i voila, jesteśmy gotowi. Do wyboru mamy ponad milion instrumentów, a do tego macie też bonusy dla nowych klientów. Możecie zgarnąć od 1 do nawet 20 akcji o wartości do 800 dolarów każda przy depozycie zgodnym z progami. To naprawdę ciekawy prezent na start przygody z inwestowaniem, który wielu z Was zresztą doceniło. Niech to będzie dodatkowa motywacja. Progi promocji i kody widzicie na planszy, a właściwy link do rachunku macie w opisie filmu.

Powodzenia w losowaniu i wielkie dzięki za wsparcie kanału. Hiszpania otwiera imigracyjną puszkę Pandory. Pół miliona nielegalnych imigrantów dostanie papiery. Za oceanem Donald Trump uszczelnia granice wszelkimi sposobami, co wzbudza obecnie ogromne kontrowersje. Ale za to Europa, a dokładniej Hiszpania robi zupełnie na odwrót i otwiera drzwi dla imigrantów na oścież. W jaki sposób? Otóż Pedro Sanchez pomija parlament i jednym dekretem legalizuje pobyt 500 tysięcy imigrantów, ryzykując przy tym napływem kolejnych dwóch milionów w ramach łączenia rodzin. Chciałabym również przejść do kwestii należącej do zakresu moich kompetencji jako minister do spraw integracji, zabezpieczenia społecznego i migracji.

Chodzi o pilne procedowanie rozporządzenia z mocą ustawy, dzięki któremu rozpoczynamy proces nadzwyczajnej regularyzacji dla tysięcy cudzoziemców przebywających w naszym kraju. Skąd tak radykalny krok? Zacznijmy od tego, czym w ogóle jest tzw. nadzwyczajna regularyzacja. Otóż normalna ścieżka imigracyjna wygląda następująco. Składasz wniosek w swoim kraju, czekasz na wizę, a potem dopiero przyjeżdżasz. Regularyzacja to z kolei odwrócenie kota ogonem. Zatem do ludzi, którzy już tam są, pracują na czarno i złamali prawo nielegalnie przekraczając granicę, mówi się obecnie, oto wasze papiery. Od teraz jesteście legalnymi mieszkańcami Hiszpanii. Całkiem przyjaźnie, co nie? Ale pomyślcie, co taki gest oznacza w praktyce i jaki sygnał wysyła w świat?

Można to przecież odczytać jak wjeżdżajcie do Hiszpanii wszelkimi sposobami. Wytrwałych rząd wynagradza paszportami. I tu dochodzimy do sedna problemu przy takim postępowaniu. Sanchez mówi o pięciuset tysiącach ludzi, ale nie do końca chodzi o taką liczbę. Dlatego biorąc pod uwagę wszystkie te źródła legitymizacji uważam, że dzisiejszy dzień jest bardzo ważny dla naszego kraju. To około 500 tysięcy osób. Tyle, że w prawie imigracyjnym matematyka jest nieco inna. Jeden plus jeden wcale nie równa się dwa. Równa się cztery, a czasem i pięć czy sześć. Dlaczego? Przez tak zwany mechanizm łączenia rodzin. Każdy imigrant, który dostanie prawo pobytu niemal natychmiast nabywa prawo do ściągnięcia żony, dzieci, a często i swoich rodziców.

Analitycy szacują, że te pół miliona decyzji administracyjnych realnie może się przełożyć na półtora do nawet dwóch milionów nowych mieszkańców w ciągu kilku lat. Pytanie więc, dlaczego hiszpański rząd zrobił coś takiego? Czy Pedro Sánchez nagle stał się matką Teresą z Kalkuty i przygarnia strudzonych wędrowców pod swój dach? Raczej nie. Oficjalna narracja mówi, że Hiszpania potrzebuje rąk do pracy, aby utrzymać system emerytalny. Ale spójrzmy też na drugie dno, zdecydowanie bardziej prawdopodobne. Otóż obecny lewicowy rząd wisi na włosku, a jego tradycyjny elektorat się kurczy. Cały ten proces jest napędzany wyłącznie krótkowzrocznymi celami. To czysty elektoralizm i przejaw taniego upolityczniania ważnych kwestii, podszyty fanatyzmem i działaniami na granicy prawa.

Mówiąc wprost, Sanchez najpewniej importuje sobie właśnie nowych wyborców. Dziś daje im papiery, jutro obywatelstwo, a pojutrze mają pójść do urny w ramach wdzięczności. Na kogo wtedy zagłosują? Na tych, którzy chcą uszczelnić granice i ich wyrzucić, czy na tych, którzy dali im nowe życie w Europie, nie zważając na sposób, w jaki się tu znaleźli? Pozostawiam to jako pytanie retoryczne. Ten plan w wersji oficjalnej ma przecież gigantyczną dziurę. Jak mamy uwierzyć w bajkę o ratowaniu gospodarki, skoro Hiszpania ma najwyższe bezrobocie w Unii Europejskiej, a wśród młodych sięga ono 25%? Rozumiecie to? Aż jedna czwarta młodych nie ma pracy i zamiast aktywizować młodzież, rząd wpuszcza miliony nisko wykwalifikowanych pracowników z różnych krajów.

I najważniejsze, gdzie ci ludzie będą mieszkać? W Hiszpanii panuje przecież kryzys mieszkaniowy. Zatem do tego kotła Sanchez postanowił dorzucić półtora do dwóch milionów ludzi, byle tylko utrzymać się na stołku. Nic więc dziwnego, że w kraju obecnie wrze. Madryt mówi głośne BASTA! Isabel Díaz Ayuso, prezydent Wspólnoty Madrytu i główna rywalka Sancheza ostrzega, że usługi publiczne, szpitale, szkoły i transport tego po prostu nie wytrzymają. Hiszpański rząd w imię słupków poparcia podpala obecnie ląd pod beczką prochu. Pytanie nie brzmi już, czy to kiedyś wybuchnie, tylko kiedy. Bądźmy jednak uczciwi. Wylewanie dziecka z kąpielą też nie jest rozwiązaniem. Trzeba przełknąć gorzką pigułkę. Europa wymiera.

Zresztą nie tylko Europa, bo niska dzietność to obecnie problem ogólnoświatowy. Demografia jest nieubłagana, a nasz model kulturowy się po prostu zmienił. Bez dopływu rąk do pracy, ten kontynent stanie się domem starców z głodowymi emeryturami. W takim układzie, jeśli nie uda nam się tego trendu odwrócić, to imigracja jest nam po prostu potrzebna. Czy nam się to podoba, czy nie. Sami tej dziury pokoleniowej nie zasypiemy, więc będzie musiał ktoś to zrobić za nas. Sęk w tym, że utknęliśmy między dwiema toksycznymi skrajnościami. Z jednej strony mamy metodę Trumpa, czyli zamienić państwo w twierdzę i traktować każdego przybysza pałką. Z drugiej strony mamy hiszpański eksperyment otwartych drzwi, który można nazwać kopią nieudanego eksperymentu Merkel, która wpuściła gości parę ładnych lat temu, których kanclerz Merz obecnie musi wypraszać.

Jako kontynent musimy tak czy owak znaleźć złoty środek. Potrzebujemy polityki migracyjnej, która działa jak sprawny dział HR w poważnej korporacji. Rekrutujemy i wpuszczamy tych, których potrzebujemy, sprawdzamy ich kompetencje i wymagamy integracji. Imigracja musi być obecnie procesem sterowanym ekonomią, a nie ideologią czy kupowaniem głosów. Miejmy nadzieję, że europejscy decydenci w końcu to zrozumieją i zatrzymają tę falę chaosu, zanim to lekarstwo na problem demografii okaże się po prostu gorsze od samej choroby. 24 miliardy euro za pół produktu. Wielki przekręt Łotyszy na Rail Baltica. 24 miliardy euro. Tyle zapłacimy za tzw. Rail Baltica, czyli projekt, który miał nas kosztować niecałe 6 miliardów euro.

Jednak cena nagle wzrosła czterokrotnie. Termin oddania przesunął się o lata, a efekt końcowy został jeszcze drastycznie okrojony. Także mamy interes życia. Raport Europejskiego Trybunału Obrachunkowego z 19 stycznia 2026 nie pozostawia złudzeń. Zamiast kolejowej autostrady najpewniej budujemy najdroższą bocznicę świata. Skąd tak gigantyczny skok kosztów? Odpowiedź płynie z Łotwy i jest wstrząsająca. Tamtejsza prokuratura i komisja śledcza ujawniły właśnie mechanizm tego oszustwa. Ministerstwo Transportu pod rządami premiera Christianisa Carinsa celowo ukrywało realne wydatki. Okazało się, że do oficjalnych raportów łotysze wpisali ceny z uwaga 2016 roku, ignorując przy tym olbrzymią inflację w kolejnych latach i realia rynkowe.

Po co był ten Ten przekręt? Najprawdopodobniej to klasyczna technika stopy w drzwiach. Gdyby w 2017 roku położyli na stole uczciwy kosztorys na 24 miliardy, urzędnicy w Brukseli popukaliby się w czoło i wyrzuciliby ten projekt do szuflady. Nikt nie dałby raczej takich pieniędzy na start, więc łotysze zaniżyli wycenę, rozgrzebali ziemię, wylali beton i zatrzasnęli swoją pułapkę. Teraz mogą już stosować strategię na zakładnika. Mówią Unii wprost, dajcie nam cztery razy więcej pieniędzy, albo te miliardy, które już wydaliście, zgniją w błocie. I zakładam, że ten szantaż pewnie zadziała. Dlaczego? Bo łotysze dobrze wiedzą, że Unia nie pozwoli sobie na wizerunkową katastrofę i pozostawienie dziury w środku transeuropejskiej sieci.

Teraz budowa jest rozgrzebana, pieniędzy nie ma, a politycy są na celowniku śledczych. I to wcale nie jest tak, że się nie da i ten projekt był z góry skazany na katastrofę. Wystarczy spojrzeć na Litwinów i Estończyków. Ci pierwsi właśnie skończyli W efekcie do 2030 roku Rail Baltica będzie linią zaledwie jednotorową. To dopiero dramat. Według mnie będzie to po prostu logistyczne samobójstwo.

Pomyślcie tylko, na jednym torze pociąg pasażerski nie może przecież wyprzedzić towarowego, czyli jeden z nich musi stanąć na bocznicy. To oznacza, że drastycznie spada przepustowość całej tej trasy, a ekonomiczny sens projektu właśnie stanął pod wielkim znakiem zapytania. Ale spokojnie, nie tylko na Łotwie są problemy z tą inwestycją. W Polsce sytuacja wcale nie wygląda lepiej. Kluczowy odcinek, Białystok Ełk, za 4,5 miliarda złotych wciąż nie ma wykonawcy. Krajowa Izba Odwoławcza właśnie nakazała unieważnić wybór firmy Mirbud. Tutaj poszło zaledwie o biurokratyczny drobiazg, czyli brak informacji o karze administracyjnej na 15 tysięcy złotych. Zatem przez mandat o wartości starego samochodu strategiczna inwestycja łapie więc kolejne miesiące opóźnienia.

Ryzykujemy nie tylko czasem, ale i koniecznością dopłaty 400 milionów złotych do droższej oferty konkurencji. Łotysze mogą teraz powiedzieć hola hola, my mamy swoje problemy, ale spójrzcie na Polskę, oni też stoją w miejscu przez papiery. Zamiast być prymusem tej inwestycji, który wywiera presję na sąsiadów, stajemy się więc dla nich wygodnym zderzakiem, na który można zrzucić część odpowiedzialności za opóźnienia całego projektu. Ale już mniejsza o to, kto opóźnia ten projekt. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że ten mega projekt przestaje być nagle projektem gospodarczym, na co miał naprawdę spory potencjał. Żeby nie być gołosłownym, tutaj macie oryginalną analizę korzyści z 2017 roku. Było tam niemal wszystko. Ekologia, bezpieczeństwo czy koszty paliwa.

Wszystko ładnie sumuje się na plus. Ale spójrzcie teraz na te dwie konkretne linie. Oszczędności czasu. W 2017 roku czarno na białym liczyli, że towary zaoszczędzą nam prawie 3 miliardy euro. Było to więcej niż zysk dla pasażerów, czyli fundamentem opłacalności było tutaj to, że zdejmiemy tiry z dróg. A jak to wygląda dzisiaj? Dzisiaj twierdzi się, że 80% korzyści przyniosą pasażerowie. A towary? To będzie zaledwie 5% korzyści. Czyli oczekiwania versus rzeczywistość znów się nam potężnie rozjechały. Gdzie zniknęły te miliardy z transportu cargo? Wyparowały razem z drugim torem. Natomiast teraz przy jednym torze i takich kosztach ta inwestycja będzie zwracać się naprawdę długo.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.