Mentionsy
35: Oasis – (What's the Story) Morning Glory?
To być może najdłużej planowany odcinek w historii naszego podcastu. Drugi album Oasis musiał skończyć 30 lat, abyśmy wreszcie zmierzyli się z tym absolutnym blockbusterem muzyki rockowej lat 90. Dzięki "WTSMG" braciom Gallagherom udało się gładko przejść z roli liderów britpopowego peletonu, którą zajęli po wydanym zaledwie 13 miesięcy wcześniej "Definitely Maybe", do kategorii gitarowych gigantów, mierzonych skalą U2 czy R.E.M. Dziś spora część tego albumu to po prostu klasyka rocka, częściowo już ledwo słuchalna z uwagi na swoją wieloletnią nadekspozycję. Ale nie zawsze tak było - choć płyty Oasis od początku sprzedawały się fenomenalnie, to zespół budził polaryzujące emocje nie tylko z powodu wielkich ego braterskiego tandemu, ale też uprawiane przez Noela Gallaghera tu i ówdzie bezczelną hochsztaplerkę i jawny populizm kompozycyjny. Po trzech dekadach możemy się z tym wszystkim wreszcie rozprawić, przyjmując trzy uzupełniające się postawy: młodocianego wyznawcy rewidującego po latach swoje stanowisko, brytofila-sceptyka i outsidera, podchodzącego do tematu z czystą głową. Zapraszamy na te blisko trzy godziny, Sally może poczekać.
Odcinek jak zawsze do słuchania na Spotify i Apple Podcasts. Grafikę przygotował Jacek Ambrożewski. Zmontował i odżinglował pan Afro. Rozmawiają Ambrożewski, Sajewicz i Hoffmann.
Hello
Roll With It
Wonderwall
Don't Look Back in Anger
Hey Now
Some Might Say
Cast No Shadow
She's Electric
Morning Glory
Champagne Supernova
------------
Nasze profile w social mediach:
Płytkast: https://www.facebook.com/plytkast | https://www.instagram.com/plytkast
Ambrocore (Kuba): https://www.facebook.com/ambrocore | https://www.instagram.com/ambrocore
Afro Godzina: https://www.facebook.com/afrogodzina
Paweł Sajewicz: https://www.facebook.com/sajewiczpawel
Szukaj w treści odcinka
Moi drodzy, oto jest i Płytkast, czyli podcast, w którym omawiamy czasami ważne, czasami mniej ważne albumy utwór po utworze.
Dzień dobry tak w ogóle.
Płytę zaproponowałem ja, ale chciałbym, żeby zaczął rozmowę o tej płycie.
Nie kupiłem w Empiku, ale dostałem w prezencie.
Trzynaste.
I ja uważam, że to jak ta płyta dzisiaj brzmi i to jaki też status ma dzisiaj zespół Oasis, jakie emocje też jakby wzbudził w kolejnych pokoleniach, jednak dowodzą tego, że te opinie były przesadnie krytyczne i przesadnie złośliwe.
Oasis, Gallagher, Noel Gallagher, R.E.M.
Nie wiem, kolegów, koleżanek z klasy, czy osób, których gdzieś tam spotykałem, wiedziała, że istnieje taki zespół w tym czasie.
Natomiast było to kompletnie poza obszarem zainteresowania 99% nastolatków w latach 90. w Polsce.
Ale uczucia, które budzi w słuchaczu są pubrockowe.
Ale odnośnie tego, co powiedziałeś, to wszystko zgoda, tylko że ja właśnie w kontekście tego, co powiedziałem, ja się nauczyłem tej muzyki słuchać samotnie.
Więc tak, to jest bardzo dziwne takie indywidualne moje doświadczenie.
Jak pub rock, czyli ta sytuacja społeczna, ale też śpiewanie hymnu zespołu, któremu się kibicuje.
To był mój wybieg, żeby po prostu ukryć braki warsztatowe.
Słowo jazz nie pojawia się w moich notatkach, ale pojawiają się inne.
Natomiast, Jezu, dziękuję, wystawiłeś mi po prostu na pustą bramkę tę piłkę z białą muzyką, bo sobie też zanotowałem, że po prostu jest to muzyka biała jak dupsko Brytyjczyka, który jeszcze nie był na Ibizie.
Że tu już dupsko i publock, ja sobie zanotowałem, że ta muzyka, że ta płyta brzmi, to jest taki zapierdziany stołek w pubie.
I jedyną taką osobistą sytuację związaną z Oasis, jaką pamiętam właśnie z tego czasu, kiedy ty już jak trzynastoletni mogłeś być fanem tego zespołu, to ja, 8-9-letni, pamiętam reklamy na brytyjskim Cartoon Network, bo wtedy jeszcze chyba nie było w ogóle polskiej wersji tego kanału, a ja namiętnie wtedy oglądałem Cartoon Network, bo mieliśmy w kablówce.
To ja byłem zupełnie po innej stronie.
Fade No More.
No właśnie mówię, że to było MTV UK z Rayem Coaksem kurwa o godzinie 21 w dni powszednie.
Nie żartuję, nie wiem gdzie pracuje.
Płytkast, tylko sprawdzone informacje.
Wszystko jest kurwa subiektywne, na szczęście.
U nas też jest funkcjonalne.
Jedno i drugie jest funkcjonalne.
Nie ma być estetycznie wyrafinowane, tylko ma dawać poczucie.
Wydaje mi się, że jednak muzyka Oasis daje szersze spektrum emocji i to wycelowanie w te emocje, ono jest zawsze, zazwyczaj za pomocą takich populistycznych środków, zgadzam się, i prostych, i najprostszych zwykle.
Patrząc z polskiej perspektywy, bo polskie wyrobienie muzyczne średnio jest do angielskiego zupełnie nieprzystające.
Ale słuchaj, no to jest, mam wrażenie, jednak muzyka właśnie bardzo etosowa, związana z takim poczuciem kategorii autentyczności w muzyce.
Wiadomo, to jest płyta, która sprzedała się w niebagatelnym nakładzie, ale na poziomie wrażliwości pewnego kłamstwa będącego wrażliwością sprzedawaną słuchaczom, to nie.
Dobrze, ale...
A więc w Polsce mogli tylko słuchać co najwyżej brytofile.
Że to nie brzmi jak typowa rockowa piosenka melodycznie.
Wydaje mi się, że możemy pogadać o tym, z której dekady Oasis czerpali, bo ja mam poczucie, że jednak kurwa z 70-sów, że to co było z 60-sów to w formie przefiltrowanej przez lata 70-te zdecydowanie.
I wszyscy to już uznają, że to jest w sumie spoko, bo już oni tam mają swoje miejsce.
Nie, ja mam wrażenie... Jeżeli posłuchasz pierwszego singla Oasis, czyli Supersonic, to to jest tak naprawdę numer, który brzmi totalnie grunge'owo, w sensie jego produkcji, tego jak brzmią gitary, jaki on ma ciężar.
To jest numer, który mógłby wyjść w tamtym roku z Seattle.
Sound potrafi być amerykański, zwłaszcza na tej płycie.
Ale powiedział Afro, które tam zawsze rozpisane, każdy akord, po prostu koło kwintowe.
Kurwa, strasznie mnie skonfundowaliście.
Ja nie byłem wtedy w Anglii, więc nie powiem za wiele.
No właśnie.
Nie szczególnie.
Tak, dokładnie.
Domyślam się, że on gra to... Ale...
Czyli to, o czym rozmawialiśmy w poprzednim odcinku dokładnie, więc Państwo sobie dosłuchają, ale tu wrzucę tylko to hasło, że...
Paul Weller jako pierwszy zaczął myśleć o brytyjskiej kulturze w kontekście muzycznym jako takim właśnie zasobie, z którego można czerpać, przerabiać, retromańsko się inspirować, ale też robić z tego taki element tożsamościowy właśnie, że to jest moje.
Tak, tak, tak, dokładnie.
No i nie.
Nie wyrzuciłem dlatego, że szanuję piękne mazurskie lasy, ale... Przepraszam, dygresja, dygresja.
Przez swoją brytyjskość myślę, właściwie jestem pewien, bo spodobały mi się też inne zespoły brytyjskie wtedy, te nowe, a nowe amerykańskie wtedy, które się pojawiały, miałem serdecznie w dupie.
To jest bardzo oasisowe, ale to jest też bardzo brytyjskie.
Oasis, Gallagher, U2, R.E.M., Ambrożewski, Hoffmann.
My się czajimy z rzeczami i ta bezpośredniość nam imponuje i charakter braci Gallagher nam imponuje.
Trudno nie ulec tej łobuzerskiej charyzmie.
Że tam... Ja myślę, że na tym etapie to jest już bardzo uświadomione.
Ktoś kiedyś powiedział, nie wiem czy ktoś z producentów Oasis, ktoś kto z nimi pracował, że jaka jest różnica między nimi, że Liam to jest jedyna osoba na planecie, która zawsze mówi dokładnie to co myśli, ale to nie jest jakaś przenośna, tylko że on naprawdę jeżeli coś myśli to dokładnie to wtedy komunikuje.
Dobrze, dobrze.
Nie, czekajcie.
Granice.
Niesubstancjalne są zupełnie.
Są to jakieś takie zabiegi narracyjne bardziej w płycie.
Przyjemności jeszcze.
No więc tak, wyjebałbym dwa utwory, one są z pewnością nieprzydatne.
Dobrze.
Wspaniale.
No właśnie nie.
Te też prasowano płyty, pogłaśniano je do niemożliwości, ale to były rzeczy zupełnie jakieś ekstremalne, niszowe.
I tak, zacznę od tyłu, bo im niższa cyfra, im niższa liczba, tym bardziej jest sprasowane.
No to ja mam takie wydanie jeszcze nie remasterowane i ja rzeczywiście słuchając go na głośnikach, a nie na słuchawkach, miałem wrażenie, coś się kurwa dzieje, że to nie brzmi dobrze.
Już brzmi dużo lepiej, ale zgadzam się, że i tak jakby te efekty, o których ty mówisz, są słyszalne.
Zespół Slade.
Posłuchałem chwili i mówię, o Slade.
Potem się doczytałem, że to jakaś zrzynka taka, że dopisany jest w ogóle.
No cóż, utwór bardzo prosty, taki jak był utwór z zespołu Slade, bardzo rajcowny, taki jak był utwór z zespołu Slade.
Szóste miejsce.
Nie, nie, nie.
I dojechał ten rocker do tego refrenu, kiedy Liam śpiewa It's never gonna be the same.
To był ten moment, kiedy ja po raz pierwszy poczułem to ukłucie.
Bo to było tak oczywiste.
No i aż prosi się, żeby tym wielkim hitem zacząć tę płytę, a to chuja właśnie.
Te inne rzeczy one się potem wydarzą, bo zespół się rozwija, bo rozwija się jego brzmienie, bo Noel ma pewną wizję jednak gitarowej muzyki pop, a nie tego glam punku, który był na pierwszej płycie.
Więcej w tym numerze nie ma szczególnie.
Miejsce ósme u mnie.
Ciekawe.
Nie, nie, nie, nie.
Wszystkie samochody z tego rocznika na świecie.
Byłem bardzo zadowolonym dzieckiem, ale... Świetne auto, uczyłem się nim jeździć.
Nie tylko nazwa D upadła, bo padły nazwy właśnie Slade, T-Rex, Bowie.
Ja bym dołożył jeszcze Maud de Hoppel, Gary Glitter oczywiście.
Nie wysłyszałem, mimo że powinienem, też jarając się latami 70., jak wiecie.
Czyli szanciarze.
Właśnie dlatego ta scena trochę jakby wyjął mi po prostu to z ust Kuba, że tam niesie się śpiew 80 tysięcy gardeł na stadionie.
Taki jest ten utwór, ale jest to zmontowane bardzo dobrze.
Otóż to... To ma tak brzmieć, to jest to pierdolnięcie, którego ta muzyka potrzebuje.
Na przykład dopiero gdzieś przy takim już analitycznym słuchaniu ja się orientuję, że hej przecież cały ten motyw na akordach podany to jest na jakimś, na jakiejś podłówce.
Ale myślę, że większość utwarów z tej płyty, jeśli nie wszystkie, można w ten sposób rozebrać i gdzieś pod spodem właśnie to się kryje.
Ale intensywność właśnie tego, co osiągnięto, co wydobyto z harcerskiego grania, bardzo mnie przekonuje i to jest zdecydowanie utwór, który wydaje mi się intrygujący w efekcie.
Pawle, to nie jest harcerskie.
To nie jest to słowo, którego ja bym użył absolutnie.
To jest chuligańskie.
No właśnie.
Nie chodzi o przyśpiewkę jakby taką liryczną z XVIII wieku, nie.
Dokładnie.
Ale to też mają jakieś punkty zbieżne.
No to, to będzie, to będzie jeszcze jakieś wyzwanie.
On jest na maksa do przodu, chyba najbardziej na całej płycie.
On jest taki rozśpiewany na tej płycie.
Ale jeszcze nie jest zmęczony, jeszcze nie jest przechlany, przepalony, zmaltretowany tym rock'n'rollowym stylem życia, bo to jest jeszcze w miarę wcześnie.
To na końcu to takie zapętlenie.
Dziewiąte miejsce.
Okazuje się potem, że nie, że tam ma ze trzy minuty, ale w efekcie... Ale jest najkrótszy na płycie nadal.
A, to jest ciekawe.
I może uznacie, że to jest jakieś nadużycie, ale ja jednak mam wrażenie, że ten utwór kojarzy mi się ze Stone Roses, tylko właśnie takim, które podkręciło i przester, i dodało sobie energii, i stwierdziło, że ono już nie idzie na parkiet, ono idzie po prostu na piwko przy barze.
Walor melodyczny w tym utworze jest walorem jedynym, jak dla mnie.
One są jakby tożsame, ponieważ jednoczą się w jednym gardle.
A linie wokalne u tego zespołu są wcale niełatwe.
To są pozornie proste rzeczy, ale są wcale niełatwe.
Zapisałem sobie, że to jest Stone Roses przyjacielu, Stone Roses grający Ticket to Ride Beatlesów, tylko najebane, strasznie najebane.
Nie, mnie absolutnie nie, ale ja się nie znam na stąd dobrze.
Coś takiego w tle.
Ósme miejsce.
Cudowanie.
Nie, Alan White dobry chłopak ogólnie.
Nie przy tym numerze oczywiście.
To myślę, że przy kolejnym utworze.
To ten właśnie utwór stanął w szranki z Country House.
A teraz, skoro mówimy o najlepszych utworach... Sam się wyrwałeś Pawle.
Tego na pewno nie znacie.
Tak, dokładnie.
Every Breath You Take.
Więc bingo, bingo Płytkastowe.
Obieciarze.
Obnaża się w taki sposób, nie wiem czy kojarzycie ten szereg memów z najebanym typem, który coś tłumaczy nie mogącej go już słuchać dziewczynie.
I trudno mieć pretensje do tego, że zespół zamieścił go na płycie i trudno mieć pretensje do ludzi, że uczynili z niego utwór o takim statusie.
To myślę sobie, że to kompletnie nie jest wrażliwość, jaka ja chcę, żeby się gdzieś tam rozprzestrzeniała po świecie.
Także miejsce ostatnie.
Drodzy Państwo, ale jest coś takiego się pojawia jak Rygła Sajewicza w Płytkaście.
Ale jakie to jest piękne przejście miotełkami pierdolnięte.
Alan White, panowie, Alan White.
Jeśli chodzi o takie ballady kompozycyjne, to są klasy wyżej niż utwory rockowe.
Nie wiem, czy zauważyliście, pewnie nie zauważyliście, ja tam sam tego nie zauważyłem, ale jak jest pierwszy w ogóle dźwięk melodii w okale, jak wchodzi w okale...
I generalnie, jak to sobie przeanalizować, to są tu jakieś takie ciekawsze rozwiązania, bardziej zaawansowane.
Naduję sobie.
Jako nie dziewczyna, która właśnie wyszła z tego mieszkania przy Nowolipkach, no muszę dać to w górnej połówce, miejsce piąte.
No bo to jest piosenka, która z pewnością by się nie mogła pojawić na debiutanckiej płycie.
No i musiały się pojawić nowe brzmienia, klawisze, smyki, gitary akustyczne.
Ale Tony McCarroll nie zagrałby tego utworu, tak jak Alan White.
Mamy te szczoteczki, mamy pewien nowy rodzaj groove'u w ogóle.
Brzmieniowo, kompozycyjnie, melodycznie.
Może, może.
To są sample jakieś, albo melodie.
Bardzo dobrze zrobione.
Znowu fantastyczny wokal Lijama, jak dla mnie.
Ale nadal w niej coś znajduję, jak się uda mi gdzieś tam wyabstrahować od tej powtarzalności tego całego kontekstu, który ona niesie.
Drugie miejsce.
No nie ukrywam, że też chciałem o tym utworze zacząć, bo chciałem powiedzieć coś o Noelu Gallagherze.
Jest takie słowo, nie wiem, czy dobrze go użyję, ale ono mi się kojarzy właśnie.
Jest to wejście na fortepianie na początku, takie totalnie Beatlesowskie, takie kurwa let it be, hey Jude.
Fireplace, Take.
To jest G na gis durowe.
To jest nie do końca wyczuwalne.
I to jest to F dur do F-moll wciepane nagle znikąd, kurwa, bo to nie jest w refrenie.
Ale nadal podium, trzecie miejsce.
Nie przejadł mi się w sumie.
To jest tak głupie, że niemożliwe.
Oasis, Gallagher, U2, R.E.M., Ambrożewski, Hoffmann.
Oasis, Gallagher, U2, R.E.M., Ambrożewski, Afro, Sajewicz, Hoffmann.
Oasis, Gallagher, U2, R.E.M., Ambrożewski, Afro, Sajewicz, Hoffmann.
I też ta fraza don't look back in anger była według niektórych wersji przez nią gdzieś tam wypowiedziana do Noela, żeby już przestał się tam mazgalić, tylko patrzył przed siebie.
Miejsce czwarte.
To jest... Jedyny jego lead vocal na płycie.
Druga rzecz to jest to, że...
Skojarzyła mi się piosenka Fearless zespołu Pink Floyd, która jest oparta po części na hymnie stadionowym kibiców Liverpoolu, czyli You'll Never Walk Alone.
Przez chwilę rozważałem, czy nie powinno być to moje miejsce pierwsze.
Ostatecznie nie.
Zastanawiam się, jak mógłbyś eksplorować te muzyczne klimaty, posłuchać Ledwiga i tam sobie.
Nie odpowiem na to pytanie.
Nie odpowiem na to pytanie, ale nie, to wynika przede wszystkim właśnie... Mówię to z sympatią.
Dzisiaj jest coś w formie.
Otóż między innymi Liam zapragnął być w ogóle wokalistą po tym jak poszedł na koncert z Tom Rhodes i zobaczył Iana Brauna w jego prime.
To jest ten sam groove, motyw basu jest inny, tam jest ciekawszy, ale to jest po prostu rozwleczone, stąpające.
To feel no shame.
Najbardziej kanciasty na płycie dla mnie.
Zawsze był to trochę kasztan jednak dla mnie.
No i jest to miejsce dziesiąte.
Państwo wiedzą, miejsce pierwsze.
Ta zwrotka, ta zwrotka... Ja nie uważam, że... No właśnie nie, ja uważam, że... Ja uważam, że jest w tym coś takiego, takie... Takie męczenie, takie ciągnięcie.
Jak w 2,5 tam jest taki moment, że...
Jest takie zatrzymanie w ogóle.
I tu powinno się zdarzyć coś takiego, co w ogóle płytę trochę ustawi w innym świetle.
Co więcej, najbardziej kończaty motyw mi się odtwarzał, czyli to feel no shame.
Najczęściej do tego numeru wracałem na takiej zasadzie, że był dla mnie najtrudniejszy do rozkodowania i ja nie miałem też takiej reakcji, że on mnie odpychał, że pomyślałem, że on jest właśnie taki bez atutów, więc ostatnie miejsce, ale myślę sobie kurde, nie mogę dać na ostatnim miejscu czegoś, co w ogóle mi nie robi źle.
Niekoniecznie.
Ja tego nie wychwyciłem, jakby nie przyszło mi to do głowy, ale jest to bardzo dobre skojarzenie.
Właśnie koleczowe przynudzanie.
Tak przy jakimś piątym, szóstym przesłuchaniu zacząłem wyróżniać segmenty w tej piosence.
Mówię, kurwa, tak to brzmi trochę grunge'owo, czyli też odniesienia amerykańskie.
No i ja nie mogę tego niedocenić, bo to jest utwór, który nie ma odpowiednika na tym albumie.
Mówię, kurwa, to jest taki klasyczny basista, ten nieszczęsny Guixi, który przyszedł na próbę, ściągnięty przez kolegów, którzy założyli zespół, po to, żeby dać mu, kurwa, bas postawić w kącie.
Zciągnięto jakieś zastępstwo, rozważono jakieś inne.
Szczególnie na tle White'a, który dla mnie jest jedynym muzykiem w tym zespole.
Jednak okazał się być klejem, takim ringiem być może.
A, nie powiedziałem, no niestety nie jestem aż tak kurwa takim edgelordem jak ty, Pawle.
Miejsce siódme.
Szaleni jesteście.
No dobrze.
Jest w nim też pewna jakaś taka łagodność i refleksja na tle znowu napierdalatorów na tej płycie.
Melodie są chwytliwe, ale w taki sposób dosyć wkurwiające.
Jakoś nie wiem, są mi obce.
Tam gdzie jest bardziej pusto, tam gdzie gita zaczyna grać przed drugą zwrotką, to od razu się robi jakoś tak przyjemnie.
Okropnie i niepotrzebnie.
O tak, to jest utwór płaski, dobrze.
I tam robi to wrażenie jakiejś hipnotyczności, tu nie.
Tak, no to inna estetyka zupełnie, natomiast jeżeli chodzi o przebieg taki muzyczny, no to tam są podobieństwa poważne.
Ale jest to właśnie to fuzzy, które jest zagrane trochę jak takie... jakby jakieś boogie ala T-Rex, nie?
Tutaj jest taki trochę też element dla mnie glamowy w tym numerze.
O, Rejn to jest dobro odniesienie.
Nie ma synkop, nic nie jest przecięte, przyspieszone, zwolnione.
Wszystkie melodie tutaj są naprawdę bardzo zażerające.
Oasis, Gallagher, Noel Gallagher, U2, R.E.M., Ambrożewski, Hoffmann.
Tekstowo z kolei to jest jakaś kwintesencja takiego nonsensu Noela, połączona z jakimiś jego mądrościami, że ktoś tam nie wierzy w niebo, to powiedz to komuś, kto żyje w piekle.
Nie zadałem sobie tego w tym, a szczęście.
W sensie tak jakby ktoś pomyślał, że mogę napisać cokolwiek co mi tam się przyśni i po prostu zrobię z tego hit numer jeden i tak był pierwszy tam numer jeden w karierze.
Gdyby Noel ledwo nie uśpiewał, bo miałby to urok, kiedy Lyam ledwo uśpiewuje.
Sama kompozycja, no jest taka, że schwyta mnie za serce.
No dobrze, dobrze.
Kurczę, piękna jest ta piosenka, jest naprawdę czarująca pod względem melodycznym, taka refleksyjno-wzruszająco-melancholijna, ale mnie to kupuje strasznie.
Mam taką teorię, że to w ogóle jest najdojrzalsza piosenka Oasis, że jest to jakiś taki numer, w którym oni się wznieśli na wyżyny swojej takiej... takiej dorosłości, że tutaj nie ma gówniarstwa w ogóle, że to jest wszystko bardzo takie...
Poważne, dostojne, mądre, a jednocześnie szlachetne.
Ale raczej właśnie to chodziło o We Should Wear Here.
Miejsce pierwsze.
To jest jedyna rzecz, która mi się w Wonderwall tak naprawdę podoba, że on nie śpiewa tego w taki sposób melancholijny, tylko raczej znowu konfrontacyjnie.
Natomiast jestem tutaj drużyna Afro, bo miałem ten utwór wyżej, on spadł i spadł dlatego, że pozornie... To, że hejnał wzrósł.
No kurczę, mam poczucie, że ten refren, kiedy on śpiewa As they took his soul, they stole his pride i to cały czas powtarza tę jedną frazę, że to jest jakieś pozbawione wyobraźni, że tam właśnie nie starczyło czasu, żeby to fajnie rozpisać, że ta melodia nawet jest niezła w takiej postaci, ale trzeba było dopisać trochę tekstu, żeby odróżnić kolejne wersy od siebie.
Dokładnie.
I to jest jakieś takie w tak złym smaku dla mnie, jest to jakieś tak cukierkowe, takie po prostu... Jej, nie, najbrzydszy chyba moment na płycie.
To krótko będzie.
Epickie różne tam historie.
Przede wszystkim falset Liyama, na który on tutaj wchodzi w refrenie.
Może gdzieś tam w końcówce, ja wiem, ten moment I'll be you and you'll be me, there's lots and lots, to jest taka, jakby to powiedzieć, parafraza może.
Możliwe, że nieświadomie.
Jak zaczynasz pisać piosenki, to wychodzi z ciebie to, czego słuchałeś w roku lat sześciu, jeżeli robisz to nieintelektualnie.
Kurczę, ja wiem, że to nie jest jakaś wielka muzyka, ale to jest tak lekkie, ładne, zgrabne miejsce siódme.
I jest to jakieś takie Holliesowe czereśniactwo w tym numerze.
Moje miejsce przedostatnie dziewiąte.
But it has nothing to do with me.
One są strasznie złe.
Nie, nie.
Że to jest noweltyczna, że to wszystko nie jest na poważnie.
Poprosiłbym nie.
Teoretycznie na papierze.
Od razu na początku Mediantka, Edo Geiss, fajna sekwencja CD, Edo, wszystko durowe.
To są, czekajcie zapisałem sobie.
Nie, dobra, możesz zamienić, Boże.
To jest taki dźwięk jakby przemykających bardzo szybko lewym pasem samochodów obok mnie.
To jest najfajniejsze w tym numerze.
To jaką jakby aranżacja robi tutaj robotę, a intensywność jaką energię wywołuje.
Nie przemawia do mnie.
To need a little time to wake up, powtarzane.
On dobrze jedzie, ale coś, czegoś mi w nim brakuje.
Słuchajcie, słuchajcie.
I cały czas, my tego nie słyszeliśmy w odsłuchach, bo to nie szło do odsłuchu, był taki feedback kurwa, taki jazgot, taki w tle.
Przeczytałem skojarzenie na Wikipedii, że to jest R.E.M., The One I Love.
I jedno z tych skojarzeń jest bardzo śmieszne.
Ja nie.
Może tu jest ten Aerosmith z jakiegoś... Może.
W ogóle są bardzo fajne płyty, polecam serdecznie.
W sensie, że to jest numer, który napierdala naprawdę na każdym froncie.
To jest tak, R.E.M.
Ja bym powiedział może, że jest Monster po prostu R.E.M.
tak bezpośrednio idąc, ale The One I Love to jest też dobre skojarzenie w sumie.
A to w sumie jest takie R.E.M.
też... Po prostu R.E.M.
Alternatywno-rockowe, elektryczne R.E.M.
Dobrze, jeśli chodzi o fakturę, jeśli chodzi o strukturę, to nie ważne.
Tam był ten Cowbell słynny właśnie.
Tam jest taki sketch w ogóle.
No też za cholerę, ale... Znaczy tamten numer jest taki soffciarski, a ten jest bezprzeciwie kanciasty i jazgotliwy, ale może coś w kompozycji jest rzeczywiście podobnego.
To jest jakby najbardziej taki po bandzie performance tutaj wokalny w tym refrenie jego, na całej płycie.
Raise or blaze.
Ale to jest fajne, to jest fajne, to jest takie obrazowe...
Tak, to jest cytat z filmu w ogóle.
To też pierwszy raz, bo zawsze był na froncie.
I to jest jakby takie obiegnięcie.
Tam jest to A, to sus2, z G w basie, z Fis w basie.
No ja pierdolę, jakby ktoś mi powiedział, że najdłuższy cykl na płycie zespołu Oaza, to właśnie disco-polowa nazwa, będzie najlepszym, o tak daleko będzie najlepszy, to hu hu hu, nie no panowie, jakby bezapelacyjnie pierwsze miejsce.
No kurcze.
Ale nie mam jakoś bardzo wiele więcej do dodania o tym tworze.
Myślałem sobie, o, to jest dokładnie, to jest to rozdanie.
Więc było dla mnie oczywiste od początku, że to jest bardzo mój utwór i że to powinno być moje miejsce pierwsze.
On mnie w żaden sposób nie zaskakuje.
Taki numer, jak słyszę jego pierwsze dźwięki, to ja już wiem, jakie będą też ostatnie.
Słowo, którego zabrakło to kaleidoskopowość tego numeru, taka właśnie...
Ostatnie odcinki
-
36: Kazik – Spalam się
05.12.2025 08:57
-
35: Oasis – (What's the Story) Morning Glory?
14.10.2025 12:00
-
34: The Style Council – Our Favourite Shop
26.09.2025 09:57
-
33: Gene Clark – No Other
01.08.2025 08:20
-
32: The Pharcyde – Bizarre Ride II the Pharcyde
18.07.2025 07:24
-
31: Maanam – Nocny patrol
13.06.2025 08:28
-
30: Depeche Mode – Black Celebration
04.04.2025 10:49
-
29: Faith No More – Angel Dust
31.01.2025 08:18
-
28: Nilüfer Yanya – My Method Actor
10.01.2025 07:57
-
27: Steely Dan – Pretzel Logic
06.12.2024 08:46