(z)Lany (w) poniedziałek (Majdan Kozicki 1979)
🎟️ Bilety na BLASTCAST! Podcast Festival → https://blastcast.pl/#bilety BLASTCAST | 9–10 października | Warszawa, Fabryka NorblinaPodcasty na żywo, rozmowy i spotkania z twórcami.[Kod zniżkowy dla słuchaczy Zbrodni Prowincjonalnych: ZBPROBC15]To będzie jedna z tych historii, które są tak głupie, że gdyby nie tragiczny finał, byłyby śmieszne. Bo konflikt, który tam siępojawił jest na poziomie bójki między 12-letnimi chłopcami.Jeśli chcesz jednorazowo okazać mi swoje wsparcie, możesz to zrobić na buycoffee.to: https://buycoffee.to/zbrodnie-prowincjonalne Jeśli chcesz subskrybować Zbrodnie Prowincjonalne na Spotify i otrzymać dostęp do dodatkowych materiałów, kliknij: https://creators.spotify.com/pod/profile/zbrodnie-prowincjonalne/subscribe Źródła: https://www.zbrodnie-prowincjonalne.com/post/majdan-kozickiMuzyka: PurplePlanet Music - Lazy Days
Ja nie jestem na tyle zdemoralizowanym człowiekiem, liczę w chwili obecnej zaledwie 20 lat, aby zostać rygorystycznie potraktowany. Przed aresztowaniem uczyłem się w szkole górniczej, zaś we wolnych chwilach pomagałem rodzicom w gospodarstwie rolnym. Owszem, muszę przyznać, że jako człowiek młody miałem kolegów i nieraz lubiałem się zabawić, Ale przecież jest to rzeczą zupełnie zrozumiałą, zważywszy mój młody wiek, a zwłaszcza jak wszystko odbywało się w sposób kulturalny. Ten jeden, jedyny raz nastąpiła ta nieszczęsna bójka, w której zginął człowiek. Ale nieprawdą jest, jak bym ja miał go zabić. Jak bohater dzisiejszej historii pisał do ministra sprawiedliwości z więzienia na Montelupich w 1980 roku, jego list był długi i czyta się go nadspodziewanie interesująco, dlatego będziemy do niego jeszcze wracać w tym odcinku Zbrodni Prowincjonalnej.
To będzie jedna z tych historii, które są tak głupie, że gdyby nie tragiczny finał, byłyby śmieszne. To by była jedna z najbardziej żenujących historii o tym, jak się chłopom na wsi nudzi i dostają małpiego rozumu po wódce. Bo ten konflikt, który tam się pojawił, jest na poziomie bójki między dwunastoletnimi chłopcami, którzy sami do końca nie wiedzą, o co właściwie im chodzi. Zanim przejdziemy do samej historii, chciałam przypomnieć Wam jeszcze, że 9 i 10 października w Warszawie w Fabryce Nordlina odbędzie się Blastcast, czyli festiwal podcastów, podczas którego będziecie mogli usłyszeć i zobaczyć na żywo swoich ulubionych twórców. Będę tam również ja. Moje wystąpienie będzie w sobotę 10 października o 12.30 na scenie True Crime. Link do zakupu biletów zostawiam w opisie odcinka.
Jest tam też kod rabatowy dla słuchaczy zbrodni prowincjonalnych. Także mam nadzieję, że spotkamy się na żywo w sobotę, bo mam Wam do opowiedzenia niezłą historię i też po raz pierwszy będę miała okazję coś ogłosić. Mam nadzieję, że Was zainteresowałam i widzimy się na Blastcast. A dziś też mamy niezłą historię, kompletnie nieznaną, nie znajdziecie o niej w internecie właściwie niczego. Jak czytałam te akta, to co chwilę się łapałam za głowę i mówiłam sama do siebie, co za idioci. A nie ma chyba lepszego dnia dla wiejskich idiotów niż Lany Poniedziałek, kiedy można zupełnie bezkarnie być idiotą i oblewać kobiety wodą, twierdząc, że to tradycja. że powinny być Ci za to wdzięczne, bo dzięki temu, że zostały oblane, szybciej wyjdą za mąż i ogólnie to tylko dowodzi, że mają powodzenie, więc powinny się cieszyć.
Ja jak byłam dzieckiem, to pamiętam, że urządzaliśmy na podwórku regularne bitwy na wodę rano w lany poniedziałek, ale to nie było tak, że tylko chłopcy oblewali dziewczyny, tylko wszyscy oblewali wszystkich. No i jak było ciepło, to była to świetna zabawa, jak się było gdzieś tak na początku podstawówki, więc sama mam w sumie dobre wspomnienia z tych lanych poniedziałków, ale w tej takiej tradycyjnej wersji, że to kawalerowie oblewają panny, jest pewna perwersja, kiedy teraz o tym myślę. W 1979 roku Lany Poniedziałek wypadł 16 kwietnia. Wieś Majdan Kozicki w województwie lubelskim świętowała go, tak jak wszystkie inne wsie w Polsce. Choć w dokumentach dotyczących tej sprawy pojawia się nazwa Majdan Kozicki, to od razu wyjaśnię, że tak naprawdę nie ma właściwie wsi o tej nazwie.
Przyjmuje się, że był to ostatni poległy w boju polski partyzant, który nigdy nie złożył broni. Są też świadectwa mówiące o jego mniej chlubnych czynach, jak to zwykle też bywa w przypadku Żołnierzy Wyklętych. Tam są oskarżenia, że podczas okupacji brał udział w porwaniu i wydaniu Niemcom ukrywającego się żydowskiego krawca, również w innych atakach na ludność żydowską i na Polaków, którzy ukrywali Żydów. Nie wiem ile jest w tym prawdy, to nie miejsce żeby się nad tym zastanawiać. Nie o tym będzie nasza historia, wspominam o tym, bo to pewnie jest jedyna rzecz jaką Majdan Kozicki zapisał się w historii Polski. A zbrodnia, o której Wam opowiem, nie będzie miała w sobie niczego bohaterskiego ani niczego politycznego, no chociaż polityka też się tutaj nam pod koniec wkradnie, ale w trochę innym sensie.
A to, że rozegrała się bardzo blisko miejsca, w którym zgładzono ostatniego partyzanta Rzeczpospolitej, to tylko przypadek, bo mogłoby do niej dojść wszędzie tam, gdzie pałętają się znudzeni, pijani idioci, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swoim czasem, więc wykorzystują go w najgorszy możliwy sposób. 21 kwietnia 1979 roku mieszkanka wsi Antoniówka, położonej jakieś 7 km od wspomnianego Majdanu Kozickiego, zgłosiła się na milicję. Konkretnie powiadomiła komendę wojewódzką w Lublinie o zaginięciu swojego syna. Po raz ostatni Stanisław był widziany w Antoniówce 16 kwietnia, czyli od jego zniknięcia minęło już 5 dni. Kiedy rodzina ostatni raz z nim rozmawiała, młody mężczyzna miał pójść do sąsiednich wsi, do Borkowszczyzny
I Majdanu Kozic Górnych, bo ojciec namówił go, żeby wziął udział w tradycyjnym wielkanocnym oblewaniu wodą dziewczyn, bo działo się to w wielkanocny poniedziałek. Stanisław w 1979 roku miał 27 lat, ale był kawalerem, więc widać mu jeszcze takie zabawy uchodziły, choć mi się to raczej kojarzy z zabawami nastolatków. Jak ktoś to robi w wieku 27 lat, to już trochę przesada. No ale jego ojciec uważał inaczej, a Stanisław ostatecznie chyba się z nim zgodził. Stanisław był inżynierem rolnictwa, pracował jako specjalista do spraw mechanizacji, współdzielni kółek rolniczych w Krzczonowie. Był tam cenionym pracownikiem, zwykle można było na niego liczyć, więc kiedy po świętach nie wrócił ani do domu, ani do pracy, było to coś zdecydowanie sprzecznego z jego charakterem.
Nie brakowało oczywiście po różnych fabrykach i PGR-ach takich pracowników, którzy regularnie znikali na kilka dni, bo byli zbyt pijani, żeby się pofatygować do pracy. Było na to wtedy znacznie większe przyzwolenie niż dzisiaj. Stanisław nigdy jednak nie przejawiał takich zachowań. No ale chyba uznano, że każdemu może się zdarzyć, skoro przez cały tydzień nikt nie zawiadomił milicji o jego zniknięciu. Ani zakład pracy, ani rodzina. Cóż można powiedzieć? Inne czasy. Komunikacja była trudniejsza, na wsiach mało kto miał telefon. Nawet w miastach w tamtych czasach nie było ich aż tak dużo, więc jak komuś coś nagle wypadło, to często nie miał jak się skontaktować z bliskimi, więc też mijało więcej czasu niż dzisiaj, zanim ktoś zgłosił zaginięcie. Szczególnie jeśli chodziło o młodego mężczyznę, dorosłego, który miał prawo robić co chciał. Zresztą postawa milicji też nie zachęcała do tego, żeby zgłaszać te zaginięcia wcześniej.
Jeśli nie chodziło o dziecko albo jakąś osobę chorą, no to zwykle i tak bliscy słyszeli na komisariacie, żeby zaczekali i jak wytrzeźwieje to wróci do domu. No ale Stanisław nie wracał i kiedy matka zgłosiła jego zaginięcie, milicja zainteresowała się tą sprawą na poważnie. Stanisław był synem rolników, opinię miał w okolicy dobrą, nikt się na niego nie skarżył, z rodziną żył w zgodzie, więc nic nie wskazywało na to, żeby coś mu się miało stać w domu. Milicja ruszyła więc tropem tej ostatniej znanej drogi Stanisława, próbując ustalić kolejne jego kroki po tym, jak w Lany poniedziałek rano opuścił rodzinny dom. Była to o tyle korzystna sytuacja, że działo się to w święta, więc ludzie mniej więcej pamiętali, co w tym czasie robili. Nie był to kolejny dzień jak codzień, jeden z wielu takich samych, które zlewają się w jedno i po tygodniu już nikt nie pamięta, czy to było we wtorek, czy w środę, czy w tym tygodniu, czy w poprzednim.
Poza tym był Lany poniedziałek, więc dużo młodych biegało po wsiach, ludzie chodzili do siebie w gości i dzięki temu udało się dość szybko ustalić, że tego popołudnia Stanisław był widziany najpierw we wsi Borkowszczyzna w towarzystwie swojej znajomej Bogusi, która mieszkała w tej wsi. Dziewczyna przypomniała sobie, że kiedy rozmawiała ze Stanisławem idąc przez wieś, minęło ich kilku mężczyzn jadących na motocyklach. Byli to dobrze wszystkim znani w okolicy Mieszkańcy sąsiednich wsi, tacy, którzy zawsze szukają zaczepki. Szczególnie napastliwy był jeden z nich, Jan. Najmłodszy, bo zaledwie 18-letni, ale świetnie znany ze swoich różnych dokonań, w cudzysłowie. Pomimo młodego wieku miał już na swoim koncie kilka rozbojów, bujek i wyroków za drobniejsze przestępstwa.
Pomimo, że było dopiero koło południa, Jan i jego towarzysze byli już Mocno pijani Jan i Stanisław nie znali się wcześniej, pomimo tego Jan z jakiegoś sobie tylko znanego powodu czy raczej bez żadnego powodu postanowił obrzucić mężczyznę wyzwiskami. Tak po prostu, bo zobaczył jakąś nieznaną twarz we wsi i postanowił zaznaczyć swój teren i pokazać kto tu rządzi. Nie podszedł do niego tylko wykrzykiwał gdzieś tam z podwórka czy z jakiegoś rowu, w którym siedział ze swoimi trzema kolegami jakieś tam Wyzwiska i Stanisław odkrzyknął mu coś w stylu jak jesteś taki mocny to podejdź, no ale Jan nie podszedł, a Stanisław poszedł dalej swoją drogą. To jednak nie był koniec ich interakcji tego dnia. Kilka godzin później do gospodarstwa rodziny B w Majdanie Kozickim przyjechało na motocyklach kilku mężczyzn.
Byli to Jan ze swoim kolegą Marianem, z którym woził się od rana oraz właśnie zaginiony Stanisław. Wtedy jeszcze nie zaginiony. Gospodarze, którzy byli rodziną od strony matki Jana dowiedzieli się, że mężczyźni przyjechali do Majdanu Kozickiego, żeby napić się wódki na zgodę po tym, jak chwilę wcześniej stoczyli prawdziwie heroiczny bój na leśnej drodze kawałek za wsią. Bój wyglądał tak, że Stanisław szedł drogą, był już sam. Kiedy nadjechali na motocyklach Jan i jego kolega Marian, będę go nazywać dobrym Marianem, bo w dalszej części pojawi się jeszcze jeden mężczyzna o tym imieniu, więc musimy ich tu sobie jakoś rozróżnić. Także Jan zatrzymał się obok Stanisława, zszedł z motocykla i zaczął prowokować mężczyznę do bójki. Tyle, że był w stanie, w którym sam się do tej bójki za bardzo nie nadawał, więc coś tam bełkotał, machał rękami, ale wystarczyło, że Stanisław go odepchnął i Jan stracił równowagę i wylądował na glebie.
I tak się zakończyła pierwsza runda. W dalszej bójce przeszkodził im nie tylko stan nieważkości, w jakim znajdował się Jan, ale także stan, w jakim znajdował się jego wspaniały motocykl. Przeczytam Wam to zresztą z akt, żebyście mieli precyzyjny obraz sytuacji, bo w tym miejscu nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. W tym czasie z motocykla Jana zaczęła wyciekać benzyna i Marian usiłował usunąć tę usterkę. Stanisław udzielał mu rad i wskazówek. Kiedy z rozkręconego gaźnika wypadła sprężynka i Marian szukał jej, Jan pochylił się, aby pomóc mu ją odnaleźć. Czuje się ten klimat dwóch gości, zaczyna się prać po pyskach, ale okazuje się, że mają zepsuty motocykl, więc... Od razu Stanisław się przestawia w tryb wiejskiego eksperta od wszystkiego, zaczyna udzielać dobrych rad, nieważne, że się nie znają, nieważne, że właściciel motocykla przed chwilą go próbował pobić i zwymyślał go już kilka razy, ale nie, jak trzeba odkręcić gaźnik, to wszystko idzie w niepamięć.
Od razu mi się przypomniało jak jakiś czas temu na Łące przed moim domem się zepsuł i czy tam zakopał traktor i stał tak przez kilka godzin, w ciągu tych kilku godzin co chwila ze wsi przyjeżdżały kolejne samochody, kolejne osoby, wszyscy tam stawali wokół tego traktora, każdy coś doradzał, była wielka debata, wszyscy stali, kiwali głowami z bardzo zafrasowanymi minami, no i to jest chyba jakiś taki Instynkt na wsi wypracowany przez pokolenia, że jak się zepsuje pojazd mechaniczny, to trzeba zwołać na radę lokalnych mędrców, żeby każdy naocznie stwierdził, że pak, wiem co się zapsuło, traktor i dopiero jak wystarczająco dużo osób przyjdzie i naocznie to stwierdzi, to można wezwać mechanika. Choć tu trzeba nadmienić, że w naszej historii najmniej zainteresowany tą naprawą własnego motocykla był jego właściciel, bo podczas kiedy Dobry Marian i Stanisław się schylali, szukali części, próbowali zatamować ten wyciek benzyny, oto co zrobił Jan.
Podszedł do Stanisława I uderzył go ręką w twarz, tak mocno, że spadły mu okulary. Następnie odbiegł od niego, zaś Stanisław obiegł za nim. Jan, uciekając, potknął się i upadł. Stanisław dobiegł do niego i swoim ciałem przycisnął go do ziemi. Wtedy podszedł do nich Marian, prosząc by Stanisław puścił Jana. Stanisław powiedział, że zrobi to, jeśli odzyska okulary. Marian odszukał je i podał Stanisławowi. Wszyscy trzej zaczęli rozmawiać. Jan zaproponował wspólne wypicie wódki w celu pogodzenia się. Przede wszystkim, co za typ. Facet ci pomaga naprawić motocykl, a ty mu sprzedajesz strzała w tym czasie. No naprawdę. Ale jeszcze do tego jesteś takim leszczem, że po tym jak mu sprzedałeś strzała, to zaczynasz uciekać. Naprawdę, to brzmi jak bójka jakichś dzieci w podstawówce, a nie coś, co by robili dorosli mężczyźni.
No ale witamy na polskiej prowincji w latach 70. No i teraz pytanie, czy Stanisław zgodził się na propozycję Jana. Podsumujmy, facet najpierw go zwymyślał bez żadnego powodu, potem go raz próbował uderzyć, ale mu nie wyszło. Drugi raz go uderzył, jak ten mu pomagał przy motocyklu. Zdrowym odruchem byłoby stwierdzenie, że nie zamierzam spędzać z tym świrem ani minuty dłużej. Koleś jest pijany, ewidentnie dostaje małpiego rozumu, jest nieobliczalny, szuka zaczepki, krzyżyk mu na drogę. Czy Stanisław doszedł do takiego wniosku? No oczywiście, że nie, już wiecie, że nie. Stanisław uznał, że to jest super pomysł, żeby z Janem wsiąść na motocykl i jechać na wódkę do jego rodziny, bo to przecież może być początek pięknej przyjaźni. Kiedy przyjechali do gospodarstwa B, było tam kilku mężczyzn z rodziny Jana, między innymi jego ojciec.
No i Jan zaczął się skarżyć tym wszystkim, którzy tam byli, że Stanisław go pobił i usiłował nastawić mężczyzn przeciwko niemu. I to był prawdopodobnie główny powód, dla którego go tam zaprosił, bo sam nie był sobie w stanie z nim poradzić, więc uznał, że krewni i znajomi odwalą brudną robotę za niego. No ale dobry Marian, który był świadkiem tej sytuacji na drodze, stanął w obronie Stanisława, powiedział, że w ogóle to nie było tak, jak Jan próbuje to przedstawiać, a wszyscy, którzy tam byli, Jana znali od dawna, także wiedzieli dokładnie, czego można się po nim spodziewać, widzieli, że jest Pijany i że szuka zaczepki, tylko Jan, jak już wspomniałam, cieszył się określoną reputacją w tej okolicy. Rodzina, z której pochodził, wprawdzie niczym się szczególnym nie wyróżniała. Rodzice Jana byli rolnikami, mieli czworo dzieci, Jan był najstarszym z nich i właściwie od samego początku sprawiał kłopoty.
W szkole uczył się źle, powtarzał klasy, często wagarował. Od najmłodszych lat wykazywał skłonności do agresji i już jako nastolatek zaczął nadużywać alkoholu. Według jego matki winiętego był przede wszystkim jego ojciec, który dawał synowi alkohol i namawiał go do picia od najmłodszych lat. Ojciec Jana sam był alkoholikiem i jego żona wielkiego pożytku z niego nie miała. Głównie to ona sama musiała się troszczyć o utrzymanie i wychowanie dzieci. Z Janem sobie wybitnie nie radziła, kiedy chłopak skończył szkołę podstawową. Jakimś chyba tylko cudem udało mu się dostać do zasadniczej szkoły górniczej w pobliskich Piaskach. W PRL-u zawód górnika był ogólnie bardzo ceniony, też zapewniał dosyć dobre zarobki, także to mogła być dla Jana szansa, ale ostatecznie tę szansę też miał zmarnować.
W zawodówce, podobnie jak wcześniej w szkole podstawowej, Jan nie wykazywał może jakiegoś wielkiego zainteresowania nauką, opuszczał zajęcia. Prowincjonalne. W trzeciej klasie, także do skończenia tej zawodówki brakowało mu już tylko kilku miesięcy, także w porównaniu do tego jak się uczył w szkole podstawowej, no to w tej zawodówce powiedzmy było poprawnie. W sezonie od czasu do czasu Jan zatrudniał się u któregoś z gospodarzy przy różnych pracach, ale zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczał właściwie tylko na alkohol.
W aktach sprawy można znaleźć następującą opinię o Janie. Był postrachem miejscowej ludności do tego stopnia, że bano się ujawniać władzom jego wypryki. Mimo młodego wieku miał jak najgorszą opinię w swoim środowisku, był karany za dwa przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, przy czym jedno polegało na uderzeniu w dniu 1 lipca 1978 roku Lecha M. kołkiem w głowę i spowodowaniu złamania pokrywy czaszki i krwiaka podtwardówkowego to jest choroby zagrażającej życiu, a drugie, że w tym samym czasie uderzył kołkiem w głowę Henryka K., co spowodowało stłuczenie mózgu i złamanie lewej łopatki. Przeprowadzane wielokrotnie rozmowy profilaktyczne przez funkcjonariuszy MO, tak w posterunku MO, jak i w domu, w obecności rodziny, nie dały żadnego rezultatu.
Nie miały również na niego wpływu rozprawy sądowe, Kary, której tutaj trzeba powiedzieć nie odbywał, bo dostał ją w zawieszeniu na 4 lata. To zawieszenie dostał głównie z uwagi na to, że kończył jeszcze szkołę w tym czasie, więc nie chcieli mu przerwać nauki. No więc Jan dalej sobie chodził po wsi, próbował podpalić własny dom w międzyczasie. Ludzie się go bali, nikt nic z tym nie zrobił, także ogólnie jest fajnie. Także ci, którzy tam byli, wiedzieli, czego się można po Janie spodziewać, więc powiedzieli mu, Jasiu, idź do domu, połóż się, prześpij, to ci może te głupie pomysły wywietrzeją zęba. Widzieli, co się dzieje, nikt nie miał ochoty na jakieś bójki w tym towarzystwie, wszyscy chcieli sobie tylko w spokoju spędzić święta, czyli upić się do nieprzytomności.
No i faktycznie Jan poszedł, Stanisław zdążył w międzyczasie też już wypić parę kieliszków wódki, no i ustalili, że jeden z mężczyzn, który tam gościł, Władysław, odwiezie go na najbliższy PKS, żeby mógł wrócić do domu. Było wtedy koło godziny 15, no i wtedy też rodzina Jana, z którą rozmawiali milicjanci, Widziała Stanisława po raz ostatni. Według ich wiedzy mężczyzna odjechał PKS-em po 15 do Antoniówki. Tyle, że ani pasażerowie autobusu ani jego kierowca tego nie potwierdzili. Stanisława nie było na przystanku. W poniedziałkowe popołudnie nie wsiadł do PKS-u jadącego do jego rodzinnej wsi. A zatem, zakładając, że rodzina B mówiła prawdę i Stanisław rzeczywiście wyszedł od nich wtedy, kiedy twierdzili, że wyszedł, no to najprawdopodobniej coś wydarzyło się właśnie na tej trasie.
Jak się wkrótce okazało, o tym, co się wydarzyło, wiedziało w Majdanie Kozickim już całkiem sporo osób. Oczywiście prowincjonalnym zwyczajem nikt się nie chciał z tą wiedzą jakoś szczególnie wychylać, nikt nie poszedł na milicję, Ale jak już milicja zapukała do drzwi Władysława, czyli tego mężczyzny, który miał odwieźć Stanisława na przystanek PKS-u, no to mężczyzna chcąc nie chcąc musiał powiedzieć, co wiedział, bo w przeciwnym razie to on stałby się głównym podejrzanym. Według jego zeznań, kiedy odwoził Stanisława na PKS, na odcinku drogi, który przebiegał przez las, spotkali Jana, któremu towarzyszyło czterech innych mężczyzn, jego kolegów, dwaj z nich to byli bracia, Henryk I i Tadeusz, Był też Henryk II i Marian, z tym, że to nie był ten sam Marian, z którym Jan wcześniej jeździł.
Kiedy po raz pierwszy natknęli się na Stanisława, tamten Marian był takim raczej pacyfistycznie nastawionym Marianem. Przez cały czas próbował uspokajać Jana i łagodzić sytuację, także tamten dobry Marian nie uczestniczył w tej zasadce, no bo jeśli się jeszcze nie domyśliliście, to to była właśnie zasadzka. W zasadzce uczestniczył zły Marian, że tak go sobie roboczo nazwiemy. Jak się okazało, Jan wcale nie poszedł do domu, żeby się wyspać. Doszedł do wniosku, że na rodzinę nie można liczyć, ale od czego ma się przyjaciół? Nie wiadomo, o co on im tam dokładnie naopowiadał, ale można się domyślić, że było to dość odległe od prawdy i że musiał wyolbrzymić nieco swoją niefortunną potyczkę ze Stanisławem, podczas której dwa razy go atakował i dwa razy kończył sam na ziemi. Domyślam się, że musiał tę historię nieco obarwić, żeby zmotywować kolegów do tego, żeby stanęli po jego stronie.
No i jakieś 150 metrów od zabudowań rodziny B, w takim leśnym zagajniku, Jan, Tadeusz, dwóch Henryków i zły Marian ukryli swoje motocykle w zaroślach, a sami zaczaili się przy drodze. Wiedzieli już, że Stanisław będzie tędy jechał z Władysławem, bo wcześniej bracia Henryk i Tadeusz poszli na zwiady do gospodarstwa i wszystkiego się dowiedzieli. I według opowieści Władysława zasadzka przebiegała następująco, to będzie cytat z akt, tylko pomijam w tym cytacie nazwiska, będę się posługiwać imionami i przydomkami, które już tutaj na potrzeby tej opowieści wcześniej nadałam członkom naszej wesołej gromadki. W chwili przejeżdżania obok stojących mężczyzn Henryk I ściągnął Stanisława z motocykla, a Jan, Henryk II, zły Marian i Tadeusz zaczęli bić Stanisława rękami.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Podajana jest informacja o festiwalu podcastów Blastcast, który ma miejsce w Warszawie.
Opowiadana jest historia z Lanych Poniedziałka 1979 roku, gdzie zaginął Stanisław.
Opisane są okoliczności zbrodni, w której zginął Stanisław podczas zasadzki.
Podajana jest historia procesu i wyroku dla Janego, oskarżonego o zabójstwo.
Opisane są okoliczności rewizji wyroku i konsekwencje dla Janego.
Rozmowa kończy się, host podziękowuje słuchaczom i informuje o planowanym festiwalu podcastów.
Rozdziały i streszczenia generowane automatycznie. Pełna transkrypcja nie jest publikowana — wyszukaj frazę, aby zobaczyć dopasowane fragmenty.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
🎟️ Bilety na BLASTCAST! Podcast Festival → https://blastcast.pl/#bilety
BLASTCAST | 9–10 października | Warszawa, Fabryka Norblina
Podcasty na żywo, rozmowy i spotkania z twórcami.
[Kod zniżkowy dla słuchaczy Zbrodni Prowincjonalnych: ZBPROBC15]
To będzie jedna z tych historii, które są tak głupie, że gdyby nie tragiczny finał, byłyby śmieszne. Bo konflikt, który tam siępojawił jest na poziomie bójki między 12-letnimi chłopcami.Jeśli chcesz jednorazowo okazać mi swoje wsparcie, możesz to zrobić na buycoffee.to: https://buycoffee.to/zbrodnie-prowincjonalne
Jeśli chcesz subskrybować Zbrodnie Prowincjonalne na Spotify i otrzymać dostęp do dodatkowych materiałów, kliknij: https://creators.spotify.com/pod/profile/zbrodnie-prowincjonalne/subscribe
Źródła: https://www.zbrodnie-prowincjonalne.com/post/majdan-kozicki
Muzyka: PurplePlanet Music - Lazy Days