Mentionsy Mentionsy
TOK FM Select
TOK FM Select

Heweliusz- sprawy nierozwiązane

08.11.2025 ·13 min 58 s

Adam Zadworny opowiadał o katastrofie Heweliusza, jak do niej doszło, jaki wpływ i czy w ogóle na katastrofę miał wpływ huragan Junior, w jakim stanie prom opuścił port, ale przede wszystkim o tym, co działo się po katastrofie, jak władza próbowała zatuszować przyczyny katastrofy, wdowach i rodzinach marynarzy, "nibysądzie", który wydawał wyrok.

TOK FM. Na każdy temat. Z każdej strony. 8.43. O największej katastrofie na morzu w historii Polski będziemy teraz mówić. Kilka dni po premierze serialu Heweliusz w reżyserii Jana Holoubka, scenarzysta Kasper Bajon był gościem Marty Berchuć-Burzyńskiej w kulturze osobistej. Połączyliśmy się z Adamem Zadwornym, dziennikarzem Gazety Wyborczej w Szczecinie. Kłaniam się. Dzień dobry. Dzień dobry. Zdążył Pan już obejrzeć serial?

Bo on miał premierę w tym tygodniu. Jest sobota, ale to krótki serial jest. Tak. Wczoraj późnym wieczorem udało mi się obejrzeć ostatni odcinek. Pierwsze dwa widziałem podczas specjalnej prapremiery w zorganizowanej Filharmonii Szczecińskiej. Wydaje mi się, że... To co mówił Kasper Bajon, o tym dużo prawdy. Te lata 90. są świetnie oddane w serialu. Jeśli zaś chodzi o to, co się działo wokół katastrofy, no to musimy pamiętać, że jednak jest to tylko inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. Fikcja, która powstała, bowiem scenarzysty i reżysera. Ale wydaje się, że katastrofa Heweliusza jest dobrze dobranym epizodem, jeżeli ktoś chce opowiedzieć lata 90., czy opowiedzieć o latach 90., bo w tych krótkich momentach na Bałtyku, a potem w długich miesiącach po katastrofie,

Ja przypomnę, że bardzo wiele instytucji próbowało rozwikłać zagadkę Heweliusza. To były prokuratury w Szczecinie i Gdańsku. Ale przede wszystkim Izby Morskie. Myślę, że warto wyjaśnić słuchaczom, że Izba Morska to taki quasi sąd. Tam pracują prawdziwi sędziowie, którzy sami prowadzą śledztwo i w oparciu o zebrane przez siebie śledztwie dowody prowadzą postępowanie i wydają orzeczenie dotyczące przyczyn katastrofy. Dlatego też prawnicy nazywają Izby Morskie Dziwny bardzo organ, istniejący do dzisiaj zresztą. Izby morskie nadal działają.

Jako fachowców, ale musielibyśmy się trochę wrócić w czasie. Trzy miesiące po katastrofie komisja resortowa, na której czele stał pan Zbigniew Sulatycki, on był wtedy wiceministrem resortu odpowiedzialnego za Żeglugę Morską. Ona orzekła, że jedynym winnym tej katastrofy jest huragan Junior. W którego objęciach, ja teraz cytuję ministra Sulatyckiego, przypominających trąbę powietrzną, znalazł się trąb Jan Heweliusz. Nikt w to nie uwierzył. Nie uwierzyli w to ludzie morza, wdowy po marynarzach i kierowcach tirów, którzy tam zginęli. Ale przede wszystkim zachodnia opinia publiczna. Pamiętajmy, że na Heweliuszu zginęło wielu kierowców z całej Europy.

Izba Morska w Szczecinie po takim bardzo emocjonalnym... Panie redaktorze, zanim do Izby Morskiej w Szczecinie przejdziemy i do tego orzeczenia, które wzbudziło wtedy poruszenie na sali, jak dużym problemem było to wtedy dla rządu? To znaczy zastanawiam się, jak silne były naciski, żeby tę katastrofę wyjaśnić w taki sposób, żeby państwowy armator nie miał poważnego problemu? Tak, musimy sobie coś wyjaśnić. PLO w swoich najlepszych czasach to był prawdziwy gigant w skali światowej. Polskie linie oceaniczne miały wtedy około 170 statków, 60 biur na całym świecie, kilkanaście tysięcy pracowników, a w 1993 roku, kiedy tonął Heweliusz,

Ta firma plajtowała, wyprzedawała jeden statek za drugim. W tym samym miesiącu, w styczniu 90. roku dwa statki przeszły pod banderę Białorusi. Jak wiemy, Białoruś nie ma dostępu do morza, po prostu utworzono spółkę celową tylko po to, żeby zmniejszyć koszty. Więc w sprawie Heweliusza chodziło o ochronę państwowego przedsiębiorstwa, o rację stanu, czyli o obronę polskiej bandery. I te sprawy były dla ówczesnych władz ważniejsze niż prawda i sprawiedliwość dla wdów. No i po raporcie resortowym, jak mówił pan, nikt w niego nie uwierzył, sprawę miała rozstrzygnąć właśnie Izba Morska, ów dziwny organ quasi-sądowy.

Na sali między innymi wdowy po marynarzach, po ofiarach katastrofy Heweliusza. No i co? Tak. Kilka rzędów w wielkiej sali, bo tam zgromadziło się aż 300 osób na ławach dla publiczności, zajmowały wdowy w czerni. Jedna z nich, szwedka, wdowa po kierowcy tira, miała przytoczoną do piersi taką dużą kartkę z napisem Polska zabiła mojego męża. Były wielkie emocje. Wszyscy w napięciu czekali, co powie Izba Morska. Najbardziej oczywiście... Czekały wdowy. No i one dowiedziały się, że już nie tylko huragan junior, ale kapitan Andrzej Ułasiewicz, który miał popełnić kilka błędów. Na przykład używał sterów strumieniowych, których używa się w porcie.

On używał ich w morzu, żeby zapanować w czasie tego sztormu nad statkiem. Że on jest współodpowiedzialny za tę katastrofę. W tym przypadku ludzie morza również w to nie uwierzyli. Nie tylko wdowa po Ułasiewiczu była przekonana, że z jej męża próbuje się zrobić kozła ofiarnego. Ten szczeciński proces, to orzeczenie z przyczyn formalnych się nie utrzymało i proces trzeba było rozpocząć zupełnie od początku przed Izbą Morską w Gdyni. No bo w Polsce mamy dwie Izby Morskie, właśnie w Szczecinie i w Gdyni. I Izba w Gdyni w 1996 roku wydała, można by rzec, rewolucyjne orzeczenie, bo pierwszy raz w historii Izb Morskich przyznano, że za katastrofę odpowiedzialny jest właściciel statku. Izba powiedziała, że Jan Heweliusz

W tej nocy w ogóle nie powinien był wyjść w morze, ponieważ jest niezdatny do żeglugi. Z różnych powodów. Na wymienie tylko jeden. Izba uznała, że po pożarze w 1986 roku, który wybuchł na Heweliuszu, który skończył się wielkim remontem, nie zbadano, czy zmieniła się stateczność tego promu. Inny powód jest taki, że miał uszkodzoną czy niszczelną furtę rufową. To był pierwszy wyrok, który spotkał się z oklaskami na sali, kiedy tuż po tym, jak został ogłoszony, to były oklaski w dwóch i publiczności, które wierzyły, że oto zbliżyły się do prawdy. No ale później był jeszcze jeden proces, bo wszyscy się odwołali od tego orzeczenia.

Ten wyrok w pierwszej instancji Izby Morskiej zapadł po trzech latach od katastrofy. No i to była wtedy już nieco inna Polska i także inna była sytuacja armatora. To znaczy była już bez porównania gorsza niż nawet w trakcie katastrofy. Jak rozumiem to było znów, takie orzeczenie było nie do przyjęcia. Tak, to było groźne dla właściciela statku i dla armatora. Oni się odwołali. No i był trzeci proces, tym razem prawomocny. I w 1999 roku tym razem odwoławcza Izba Morska w Gdyni już prawomocnie dała takie orzeczenie, z którego właściwie nic nie wynika.

Najczęściej pojawiającym się zwrotem jest tam prawdopodobnie albo nie sposób ustalić. Sędzia wydając to orzeczenie wielokrotnie podkreślał, że sprawa miała charakter poszlakowy. Nie odnaleziono dziennika okrętowego, bo nurkowie marynarki wojennej nie znaleźli go na wraku. Zginęli kluczowi, świadkowi na czele z kapitanem, chiefem starszym. W tym orzeczeniu ani razu nie padło to, co charakterystyczne, słowo wina. Tym samym wszyscy czuli się uniewinnieni. Wdowy były niezadowolone, bo musiały jeszcze latami walczyć o sprawiedliwość. Jedna z nich, wdowa po cieśli okrętowym, Mieczysławie Ostrzyniewskim, ona mi powiedziała, kiedy pisałam swoją książkę, że ona zamknęła sprawę Heweliusza mniej więcej 15 lat po katastrofie, trzaskając

DŻWIAMI DO JEDNEJ SAL SĄDU OKRĘGOWEGO W SZCZECINIE, GDZIE W RAMACH UGODY ZA ŚMIERĆ JEJ MĘŻE ZAPROPONOWANO JEJ 5 TYSIĘCY ZŁOTYCH. MYŚLĘ, ŻE TA SCENA DUŻO MÓWI O TYM, JAK POLSKA POTRAKTOWAŁA WTEDY TE WDOWY. Jest jeszcze jeden aspekt tej sytuacji, który ukazuje, jak lata 90. u nas wyglądały i znów nie dotyczy właściwie samej katastrofy, tylko tego, co się wydarzyło ciut później, mianowicie polskiej akcji ratunkowej, a właściwie jej braku, bo polscy ratownicy na miejsce nie dotarli, chociaż istniały nawet wówczas siły i środki, żeby taką akcję przeprowadzić. W ciszy rzecz biorąc dotarli, ale kiedy dotarli... Spóźnieni byli.

W wodzie były już tylko martwe ciała. Musimy sobie powiedzieć, że trzy lata po transformacji ustrojowej Polska nie miała podpisanych umów o koordynacji akcji ratowniczych na morzu ze swoimi sąsiadami, czyli na przykład Danią i Niemcami. Cała ta akcja, bo na miejscu pierwsi byli Niemcy i Duńczycy w swoich helikopterach, a później statki ratownicze niemieckie. Cała akcja po polskiej stronie to tak naprawdę chaotyczne, wielogodzinne próby ustalenia tego, co się stało, gdzie właściwie jest prom Heweliusz. No dość powiedzieć, że... Dyżurny jednego z dwóch ratowniczych ośrodków ratunkowych w Polsce.

Mamy dwa w Świnoujściu i w Gdyni. On dowiedział się o tonącym promie, ale w ogóle nie poinformował o tym marynarki wojennej, która miała w Darłowie swoją bazę helikopterów ratowniczych. Bo on sądził, że one są uziemione. Nie wiedział, bo uważał, że z powodu silnego wiatru one w ogóle nie polecą, ale one by poleciały. A dyrektor Polskiego Ratownictwa Okrętowego dowiedział się o katastrofie dopiero o siódmej rano, kiedy przyszedł do pracy na rutynowej odprawie, podczas gdy kapitan nadawał mejdej po godzinie 4.30. Ostatecznie polskie helikoptery ruszyły na pomoc Heweliuszowi dopiero po godzinie dziewiątej, czyli ponad cztery i pół godziny po tym, jak kapitan wzywał pomocy.

Wszystko było już za późno. Kiedy okazało się, jak wielkie są rozmiary tej katastrofy, no to doszło do takiego międzynarodowego sporu. Polska próbowała obarczać Niemcy winą za rozmiary tej katastrofy, przekonując, że ta... Rzekomo Niemcy nie wyrazili zgody na udział polskich helikopterów w akcji... Tak, to było niespodzane, a Niemcy nie wyrazili zgody na start polskich helikopterów, a Niemcy tłumaczyli, my wam niczego nie zabranialiście, mogliśmy lecieć, my po prostu byliśmy pierwsi na miejscu. Adam Zadworny, dziennikarz Gazety Wyborczej w Szczecinie. Bardzo panu dziękuję. Rozmawialiśmy o katastrofie promu Jan Heweliusz. Kilka dni temu miała premiera serialu o katastrofie.

Pokazano wszystkie 15 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.