Hans Christian Andersen. Pięcioro w jednym strączku. Było sobie pięć ziarenek groszku w jednym strączku. Wszystkie były zielone i strączek był zielony. Myślały więc, że cały świat jest zielony. Rozumiało się to samo przez się. Strączek rósł i ziarnka groszku rosły. Siedziały sobie rzędem jedno przy drugim. Słońce świeciło i ogrzewało strączek. Deszcz go spłukiwał. Było ciepło i dobrze. Jasno w dzień, ciemno w nocy, tak jak powinno być.
Ziarnka groszku stawały się coraz większe i coraz częściej myślały o tym, że trzeba przecież czymś się zająć. Upłynęły tygodnie. Ziarnka groszku zrobiły się żółte i strączek także po żółku. I miały słuszność. Nagle poczuły, że coś wstrząsnęło strączkiem. Zerwano go. Dostał się w ludzkie ręce. Wraz z wieloma pełnymi strąkami znalazł się w kieszeni kurtki.
Teraz już nas wkrótce otworzą. Chciałbym teraz wiedzieć, który z nas zajdzie najdalej. Zaraz się okaże. Niech się stanie, co ma się stać. Strączek pękł i wszystkie pięć groszków potoczyło się w jasnym blasku słońca. Leżały w dziecięcej dłoni. Pewien chłopczyk trzymał je i mówił, że byłyby to doskonałe naboje do jego strzelby. Zaraz potem jeden z groszków dostał się do strzelby i chłopczyk strzelił. Teraz lecę w daleki świat! Niech mnie chwyta kto może! Krzyknął pierwszy groszek i poleciał. A ja lecę wprost do słońca! Krzyknęło drugie ziarenko grochu i poleciało.
A słońce tak pięknie świeciło przez małe okienko i padało na podłogę, chora dziewczynka wpatrywała się w najniższą szybkę. Co tam takiego zielonego? Wygląda zza szyby i porusza się na wietrze. spytała dziewczynka. Matka podeszła do okna i uchyliła je. Ach, to mały groszek, który wypuścił małe listki. W jaki sposób mogło się do szczeliny dostać ziarnko? Masz teraz mały ogródek, na który możesz sobie patrzeć. Przysunęła łóżko chorej bliżej okna, aby dziewczynka mogła patrzeć na kiełkujący groch i poszła do pracy. Gdy wróciła wieczorem, dziewczynka powiedziała... Mamo, wydaje mi się, że wyzdrowieję.
Słońce grzało mnie dziś mocno. Groszek przyjął się tak dobrze i ja na pewno wyzdrowieję. Wstanę i wyjdę na słońce. Daj Boże! Powiedziała matka i chociaż nie wierzyła w te przepowiednie, kijkiem podparła kiełkujący groch, który obudził tyle radosnych myśli w dziewczynce. Aby go wiatr nie połamał, koniec nitki przywiązała do parapetu okna i do górnej części ramy, aby pędy groszku miały się na czym oprzeć, strzelając w górę. Widać było, jak groszek rozwija się z każdym dniem. Do prawdy, kwitnie! Powiedziała pewnego ranka i zaświtała jej nadzieja, że mała, chora dziewczynka wyzdrowieje. Przyszło jej do głowy, że w ostatnim czasie dziecko ożywiło się, więc jej mówiło, że w ciągu ostatnich dni samo siedziało na łóżku i błyszczącymi oczami patrzyło na maleńki ogródek, który wyrósł z jednego ziarnka grochu.
W tydzień później chora dziewczynka po raz pierwszy wstała na godzinę z łóżka. Uszczęśliwiona siedziała w promieniach ciepłego słońca. Okno było otwarte, a przed oknem rósł w pełnym rozkwicie czerwono-biały kwiatek groszku. Dziewczynka pochyliła główkę i pocałowała ostrożnie delikatne płatki. Dzień był prawdziwym świętem. Pan Bóg sam przesadził i pozwolił rozkwitnąć tej roślince, aby dodać nadziei Tobie, moje drogie dziecko, i mnie, powiedziała szczęśliwa matka i uśmiechnęła się do kwiatka jak do dobrego anioła. A co stało się z innymi ziarnkami? To, które poleciało w daleki świat i wołało... Niech mnie chwyta kto może!
To się rozumie. Zgodził się z Groszkiem Rynsztok. Tymczasem przy oknie w pokoiku na poddaszu stała dziewczynka o błyszczących oczach i zdrowych, rumianych policzkach. Splotła swe delikatne rączki nad kwiatkiem grochu i dziękowała za niego Panu Bogu. Ale ja się upieram przy swoim ziarnku. To się rozumie samo przez się.
Pokazano wszystkie 7 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.