Mentionsy Mentionsy
Słuchanocki
Słuchanocki

Bajki i baśnie polskie. Byś i Dyś,

28.09.2025 ·38 min 1 s

Dzisiejsza bajka należy do cyklu "Bajki i baśnie polskie" i jeśli dodatkowo napiszę, że autorem jest Adolf Dygasiński - to zgodzicie się ze mną, że należy on do klasyków literatury polskiej. Bajka ta pochodzi ze zbioru "Cudowne bajki" i trzeba przyznać, że jak są one faktycznie cudowne, tak też są wyzwaniem w czytaniu, bo język ich jest XIX-wieczny (pierwsze wydanie zbioru to 1896r.)i w dodatku stylizowany.Mają one jednak szczególny urok i mimo, że może trochę ryzykuję, bo może ta bajka być trudna w słuchaniu - nie mogłam sobie odmówić. Mam nadzieję, że Wam się spodoba😊 Miłego słuchania😎😊

Zgoda. Byś wsiadł zaraz na niedźwiedzia, mówi mu do ucha. Mój misiu kochaneczku, zbieraj no dobrze łapy, pędź co tchu prędzej niż jaskółeczka lata, bo mi chodzi o bardzo wielkie rzeczy. Niedźwiedź pędzi, człap, człap, ale coś w trzy godziny już się z ziajo strasznie zmęczył. Tak byś, niewiele myśląc, chlust z niedźwiedzia na dzika, a niedźwiedziowi kazał odpoczywać i czekać, żeby go miał na roztawny, jak będzie wracał od kowala. Potem i dzikowi kazał też odpoczywać, a przesiadł się znowu na wilka i na nim już dojechał do kowala. Oj, była też to jazda. Byś, jak tylko wszedł do kuźni, zaraz przemawia.

Ale skoro tak, to ja ci słowa dotrzymam. Tymczasem książę czekał na córkę w ogromnej sali, gdzie się też zebrała wielka moc weselników. Widząc, że księżniczka tak długo nie przychodzi, ojciec zaczął się gniewać. – Co na sobie myśli? – powiada. – Na jedną kobietę czeka ze dwustu znakomitych, a ta się guzrzy. Poszedł sam do niej, chciał jej za tę zwłokę dobrze nakłaść w uszy. Uchylił drzwi do pokoju, zagląda, a tam się dzikie zwierzęta porozsiadały na krzesłach i jakoś mu dziwnie w oczy spojrzały, gdy głowę wsunął. Zląkł się i chciał już do sali bez córki wracać, ale księżniczka tak przemówiła.

— Powiedzcie mi, czy może być zwierzę bez języka? — zapytał książę, a był taki czerwony z gniewu, jakby go ogniem posypał. Nie, nie, nie, nie! – wołali weselnicy na wszystkie strony. A jak myślicie, co za kara powinna być na takich, którzy zabili niewinnego człowieka, dlatego żeby zagarnąć to, co się jemu z prawa należało? Teraz już nie było zgody, jako jedni z weselników mówili, że takiego niegodziwca należy na pal wbić, inni chcieli, żeby mu kołem kości łamać albo go ostrymi bronami rozszarpać, w żelaznym piecu żywcem spalić.

Książę kazał podać odcięte smocze łby, ażeby wszyscy widzieli, że przy każdym łbie brakuje języka. Ci dwaj rycerze, co się podali za oswobodzicieli księżniczki, nadrabiali jeszcze miną, bo myśleli, że byś nie żyje. Osłupieli dopiero całkiem, kiedy bysia i jego zwierzęta książę kazał wprowadzić na salę. Bliźniak czym prędzej wydobył z podołka smocze języki i znowu opowiedział wszystkim, jak to on zgładził ze świata smoka. Zaraz się potem weselnicy dopominali, żeby corychlej stracić tych dwóch rycerzy, którzy nie żadnego smoka zabili, jeno niewinnego bysia, a oszukali w podły sposób księżniczkę i księcia.

Ono zboczył teraz na prawo i poszedł szukać brata po szerokim świecie. Idzie, przepatruje, a pyta na wszystkie strony, aby tylko zachwycić języka i móc się potem miarkować. Dobrze się był natułał, naponiewierał, zanim przyszedł do jednego miasta i wstąpił tam akurat do tej samej gospody, gdzie to raz brat jego jadł obiad ze swymi zwierzętym. Gospodyni, która dobrze znała Dysia, zięcia książęcego, myślała, że to ten sam, jako podobieństwo było zupełne. Tak zaraz poczęła ogromnie nadskakiwać Dysiowi i pochlebiać. Słyszałam. Mówi ona, że wasza książęca w mości odbył wyprawę na pustynię.

Po obiedzie obdarzył szczodrze dzieci gospodyni, dał im po garści złota. I naturę mieli taką podobną obaj ci bracia. Co jeden z nich zrobił, drugi robił to samo. Zabrał się potem Dyś, poszedł na zamek. Ledwie tu przybył, warte mu zaraz robią wszystkie honory, bo widzą, że z wyprawy do pustyni wrócił zięć książęcy. Wszedł do pałacu jak do własnego domu. Księżna myślała, że mąż, więc mu się rzuca na szyję, a stary książę ściska go znowu serdecznie jako zięcia. Podobieństwo było takie ogromne. On się tam nie wzbraniał, bo chciał usłyszeć jak najwięcej o Bysiu, żeby potem wiedział, co ma robić. Oprócz tego jeszcze miał jedno w głowie.

Gdybym się teraz przyznał, kim jestem, zasmuciłbym tylko księżnej starego księcia. Myśleliby, że byś na zawsze już przepadł. Tak sobie myślał w duszy. Zasiedli do wieczerzy, rozmowę żywą prowadzą. Księżna i ojciec wypytują Dysia, jak tam jest na tej pustyni, co robi zła czarownica. On zaś, precz im opowiada swoje własne przygody, jako sam różności przecie doświadczał na swej tułaczce po świecie. Czy on to jedną pustynię widział? Czy z jedną czarownicą miał do czynienia? Ubawili się ogromnie. Ale po wieczerzy on już nie miał ochoty stroić z nimi takiej komedii. Coś go w sobie korciło, że ich niby okłamuje.

Ona mu każe rzucać ciernie na największe z jego zwierząt. — Cóż sobie ty, czarownico, myślisz? Że ja będę cię słuchał? — zawołał. — Chcesz mnie, szelmo jedna, zgubić tak jak mojego brata? Niedoczekanie twoje! I zaraz skoczył do baby, chwycił ją za włosy, ściągnął z ławy, a potem zaczął kijem walić z całej siły, aż kości w niej trzeszczały. Dużo zniosła. Nareszcie prosi. — Przestań! To zdejmę zaklęcie z tego brata! Zdejmij je czym prędzej, a nie, to cię na miejscu uśmiercę. Czarownica pomruknęła coś, zrobiła jakiś znak ręką i od razu byś, jako też i jego zwierzęta, ożyli z martwych kamieni.

Pokazano wszystkie 8 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.