#273 Dziady – czas, gdy zmarli przychodzili do żywych | prof. Piotr Grochowski
Większość z nas wyruszy na groby bliskich i krewnych w tym tygodniu, w okolicach 1 i 2 listopada. To ważna tradycja, która wydaje się być z nami od zawsze. Tymczasem w dawnej kulturze ludowej (a dobrze udokumentowaną mamy dopiero z XIX wieku) dni, w których miał następować kontakt między światem żywych a umarłych, było w roku kilka. Wiele wskazuje na to, że jednym z ważniejszych (a być może najważniejszym) była Wigilia Bożego Narodzenia. – Jeżeli prześledzimy to, co dzisiaj się dzieje w trakcie wieczerzy wigilijnej, to znajdziemy dosyć dużo elementów zaduszkowych – mówi gość odcinka, dr hab. Piotr Grochowski, folklorysta i historyk literatury, profesor UMK w Toruniu. Rozmawiamy o dziadach, nie tylko w znaczeniu obrzędów zaduszkowych. Oraz szerzej: o kontaktach ze zmarłymi w polskiej kulturze ludowej.Symbolikę zaduszkową podczas wieczerzy wigilijnej ma oczywiście puste nakrycie zostawiane dla gościa – albo dla zmarłego. W wielu rodzinach do dziś istnieje zasada, że nie wolno wstawać od wigilijnego stołu. To też zgodne z dawnym myśleniem o obecności zmarłych przodków. – Chodziło o to, żeby nie potrącić, nie usiąść na duszy, które, jak wierzyliśmy, tutaj przebywały, a były niewidoczne – wyjaśnia prof. Grochowski. Do tego mamy tradycję wkładania pod obrus wigilijny siana, a dawniej była to słoma. Są zapisy etnograficzne świadczące o wierze w to, że dusze zmarłych mieszkają w „kolankach” słomy. Słomę stosowano też, by pomóc odejść komuś, kto długo konał – wierzono, że słoma pomaga wyciągnąć duszę z człowieka.W polskiej kulturze ludowej granica między światem żywych a zmarłych nie była ostra. Zmarli mogli ją przekraczać i chętnie to robili. Wierzono, że szczególnie związani są z miejscami, w których przebywali za życia. Stąd zwyczaj odprawiania dziadów w domu kupionym z drugiej ręki – nawet jeśli nikt z rodziny obecnych właścicieli jeszcze w nim nie umarł, to przecież mogą być z nim związane dusze rodziny, która żyła tam wcześniej. Zmarli mogli pomagać żywym, mogli im też szkodzić, więc ważne, by utrzymać ich przychylność. Z duszami starano się obchodzić ostrożnie. – W kulturze ludowej zwykle chowano ludzi bez butów. Miało to utrudnić zmarłym powrót na ten świat w sposób niekontrolowany – opowiada profesor. Były jednak wyjątki: jeśli umierała młoda matka, do trumny kładziono ją w butach, by mogła wracać karmić swoje dziecko.A w powrotach kontrolowanych pomagały właśnie obrzędy zaduszne oraz dziady w sensie ludzi, żebraków. Wierzono, że jako wędrowcy są nieco bliżej zaświatów, a ich modlitwa ma wielką moc. Nie szczędzono im więc wsparcia i jedzenia, jeśli tylko warunki na to pozwalały. – Na terenach katolickich karmienie żebraków jest właśnie pewnym substytutem karmienia zmarłych bezpośrednio na grobach – wskazuje prof. Grochowski. Bo tam, gdzie dominującą kulturą była prawosławna, ludzie przynosili jedzenie i picie dla zmarłych na cmentarz.W odcinku usłyszycie też, dlaczego jedzenie na wieczerzę dla zmarłych powinno być gorące, jak się różniło tradycyjne kobiece i męskie podejście do zmarłych i dlaczego wierzono, że odejście duszy w zaświaty to proces, który zajmował nawet trzy dni. Poruszamy też leciutko temat współczesnych rodzimowierców, o których profesor napisał swoją ostatnią książkę. W planach kolejny odcinek z prof. Grochowskim – właśnie na ten temat.
Też dziadów. Też dziadów, tak. To nie zawsze się odbywało od razu po pogrzebie, bo czasami te Boże obiady odbywały się wtedy, kiedy była taka możliwość, czyli na przykład jeżeli ktoś umierał na przednówku, nie było co jeść, no to nie organizowano takiego Bożego obiadu, czy czekano aż do zbiorów, kiedy mieliśmy zasoby i taki Boży obiad można było wtedy zorganizować. Tutaj jakby w wielu miejscach to uznawano za punkt końcowy, to znaczy nie tyle pogrzeb, co właśnie ten Boży obiad, na który zapraszano tych dziadów żebraków i tam ich karmiono i to było jakby oni oczywiście w zamian za to mieli modlić się za duszę zmarłego. I to też można zaliczyć do takiego elementu właśnie praktyk pogrzebowych, tradycyjnych.
Co to jest? No tak, ja bym to uznał za pewną hipotezę. Oczywiście... Skądś to słowo się wzięło, nie? Veles? I nawia. Nawia, tak. To są słowa, które wywodzą się z źródeł historycznych, wschodniosłowiańskich źródeł historycznych, więc samo istnienie takiej postaci jak Veles, czy takiego obszaru jak nawia, no ono jest poświadczone w źródłach. Natomiast to są, że tak powiem, takie pojedyncze informacje. To znaczy, że my wiemy, że ktoś taki jak Veles był, czy coś takiego jak Navia było. Prawdopodobnie Słowianie dawniej w to wierzyli. Natomiast to, że Veles otwiera bramy Navi i co robi Veles, czym się zajmuje i tak dalej, w jakich relacjach Veles jest z innymi bogami, na przykład z Perunem, no to już są kwestie pewnej interpretacji tych źródeł i hipotez naukowych.
Przesilenie zimowe ma jeszcze to do siebie, że na naszej półkuli to jest ten moment najciemniejszy. Ciemność noc jest też metaforą śmierci, więc tutaj jakby te skojarzenia odgrywają istotną rolę. Stąd myślę, że właśnie... Przesilenie zimowe, zwłaszcza w jakby schrystianizowanej formie już, czyli Boże Narodzenie, a zwłaszcza Wieczerza Wigilijna, ona zawiera bardzo dużo tych elementów zaduszkowych, jak to mówimy. No a jakimś tam odpryskiem powiedzmy tego jest opowieść wigilijna, którą Pani wspomniała. Ale to nie tylko jakby opowieść wigilijna, bo jeżeli... prześledzimy to, co nawet dzisiaj się dzieje w trakcie wieczerzy wigilijnej, to tam znajdziemy dosyć dużo takich elementów zaluszkowych.
Ten ogień jest sakralizowany, to znaczy on jest uznawany za święty ogień. A to się dzieje w domach czy na zewnątrz? To najczęściej się dzieje na zewnątrz. Zdarzają się obrzędy, które są w jakichś pomieszczeniach organizowane. Wtedy ten ogień się rozpala albo bardzo mały w jakiejś misie, albo w postaci, no to już chyba raczej sporadycznie w postaci zniczy czy świec. Ale tak jak mówię, ten podstawowy model obrzędu polega na tym, że to jest obrzęd organizowany na zewnątrz. rozpala się ogień i do tego ognia składa się ofiary dla poszczególnych bogów, no bo rodzimowierstwo jest religią politeistyczną, w związku z tym oddajemy cześć różnym bogom właśnie w ten sposób, że ofiary dla nich składamy do tego ognia.
I teraz przechodząc już do dziadów, no więc większość gromad rodzimowierczych w Polsce obchodzi dziady w tym właśnie modelu obrzędowym, to znaczy, że też rozpala się ogień, I składa się ofiary, przy czym różnica jest taka, że te ofiary są przede wszystkim dla tych zmarłych przodków składane do ognia, także dla Velesa, który jest tym bogiem właśnie świata zmarłych, więc Veles ma taką szczególną pozycję tutaj w trakcie... święta dziadów. Jego się przywołuje, jemu się składa ofiary. Przygotowywane jest też jedzenie i część tego jedzenia jest składana w ofierze, ale też część jest spożywana albo przy tym ogniu, w trakcie obrzędu i to jest jakby uznawane za pewną formułę właśnie spiesiadowania razem z przodkami.
W tych przedchrześcijańskich obrzędach zadusznych ogień pełnił bardzo ważną rolę, więc można powiedzieć, że jest to jakiś relikt tego, że te ognie są w tej chwili rozpalane. Także to jest, jeśli chodzi o dzień zaduszny na przykład. Więcej takich sygnałów, czy takich elementów zachowało się właśnie w przypadku Wigilii Bożego Narodzenia. Co tutaj znowuż otwiera taki kierunek myślenia, że być może to był właśnie ten najważniejszy moment, kiedy tych zmarłych przywoływano i czczono, a nie pierwszego czy drugiego listopada, bo tutaj właśnie tych elementów więcej się zachowało. A to mi umknęło, a chciałabym na koniec to dodać. No bo czemu mówimy dziadostwo jako coś negatywnego, skoro dziadowie byli tacy ważni?
Pokazano wszystkie 6 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Symbolikę zaduszkową podczas wieczerzy wigilijnej ma oczywiście puste nakrycie zostawiane dla gościa – albo dla zmarłego. W wielu rodzinach do dziś istnieje zasada, że nie wolno wstawać od wigilijnego stołu. To też zgodne z dawnym myśleniem o obecności zmarłych przodków. – Chodziło o to, żeby nie potrącić, nie usiąść na duszy, które, jak wierzyliśmy, tutaj przebywały, a były niewidoczne – wyjaśnia prof. Grochowski. Do tego mamy tradycję wkładania pod obrus wigilijny siana, a dawniej była to słoma. Są zapisy etnograficzne świadczące o wierze w to, że dusze zmarłych mieszkają w „kolankach” słomy. Słomę stosowano też, by pomóc odejść komuś, kto długo konał – wierzono, że słoma pomaga wyciągnąć duszę z człowieka.
W polskiej kulturze ludowej granica między światem żywych a zmarłych nie była ostra. Zmarli mogli ją przekraczać i chętnie to robili. Wierzono, że szczególnie związani są z miejscami, w których przebywali za życia. Stąd zwyczaj odprawiania dziadów w domu kupionym z drugiej ręki – nawet jeśli nikt z rodziny obecnych właścicieli jeszcze w nim nie umarł, to przecież mogą być z nim związane dusze rodziny, która żyła tam wcześniej. Zmarli mogli pomagać żywym, mogli im też szkodzić, więc ważne, by utrzymać ich przychylność.
Z duszami starano się obchodzić ostrożnie. – W kulturze ludowej zwykle chowano ludzi bez butów. Miało to utrudnić zmarłym powrót na ten świat w sposób niekontrolowany – opowiada profesor. Były jednak wyjątki: jeśli umierała młoda matka, do trumny kładziono ją w butach, by mogła wracać karmić swoje dziecko.
A w powrotach kontrolowanych pomagały właśnie obrzędy zaduszne oraz dziady w sensie ludzi, żebraków. Wierzono, że jako wędrowcy są nieco bliżej zaświatów, a ich modlitwa ma wielką moc. Nie szczędzono im więc wsparcia i jedzenia, jeśli tylko warunki na to pozwalały. – Na terenach katolickich karmienie żebraków jest właśnie pewnym substytutem karmienia zmarłych bezpośrednio na grobach – wskazuje prof. Grochowski. Bo tam, gdzie dominującą kulturą była prawosławna, ludzie przynosili jedzenie i picie dla zmarłych na cmentarz.
W odcinku usłyszycie też, dlaczego jedzenie na wieczerzę dla zmarłych powinno być gorące, jak się różniło tradycyjne kobiece i męskie podejście do zmarłych i dlaczego wierzono, że odejście duszy w zaświaty to proces, który zajmował nawet trzy dni. Poruszamy też leciutko temat współczesnych rodzimowierców, o których profesor napisał swoją ostatnią książkę. W planach kolejny odcinek z prof. Grochowskim – właśnie na ten temat.