ANIMIZM W TAJLANDII. Czy duchy pomogły nam znaleźć mieszkanie?
Kiedy w Bangkoku nie możesz znaleźć mieszkania, w którym zgodzono by się na psa, trafiasz pod dach tradycyjnej tajskiej rodziny i ich niezwykłego hostelu. Tam stajesz się świadkiem animistycznych praktyk – i nie mówię o domkach duchów, codziennej wymianie wody czy składaniu kwiatów. Mówię o karmieniu lwów surowym mięsem.Jak te wierzenia pomogły nam w końcu znaleźć mieszkanie?Zapraszam do wysłuchania najnowszego odcinka Radio Lena.Mój przewodnik po Bangkoku:https://www.livedguides.plNajnowsze wydanie magazynu podróżniczego:https://www.livedguides.pl/products/lived_01
Zależało nam na naszej dzielnicy, na niskiej zabudowie, na życiu w kameralnym środowisku, a nie w korkach i chaosie, w które wpadasz wychodząc tylko z mieszkania w kondominium. I tak przedłużaliśmy z tygodnia na tydzień nasz pobyt u mamci. Rozpisałam sobie teraz postaci, które występowały w tym hostelu, żeby nie pominąć żadnego szczegółu, także pozwólcie, że przejdę trochę w taką opowieść czytającą, bo tak jest mi ostatnio łatwiej spisywać wszystko, bo jak wchodzę w ten swój potok myśli, to uciekam tyloma wątkami na bok, że po prostu przeczytam to, co o bohaterach tego hostelu napisałam.
Nam Chia to nasza tajska mama. Postać absolutnie wyjątkowa. Prowadzi wraz z rodziną mały hostel składający się z ośmiu pokoi. Sześć prywatnych, w tym jeden nasz, numer 401. I pozostałe trzyosobowe, dormowe pokoje. Na dole wielki szklany stół i dziesięć krzeseł dookoła. Na stole zawsze, każdego dnia, świeże banany dla gości. Codziennie jakieś smakołyki z targu, cukiereczki do podbierania, a gdy staliśmy się już częścią rodziny, to i obiad, którym mamcia nas częstowała. Mamcia pracuje codziennie, 7 dni w tygodniu. Zawsze jest na recepcji i to ona zmienia zawsze po wycheckoutowaniu pościele w pokojach.
Wita każdego z uśmiechem, pogada chwilę, opowie co się dzieje w Tajlandii. To ona zdawała nam raport z powodzi, która miała miejsce w listopadzie na południu kraju, z konfliktu z Kambodżą, który eskalował w grudniu, a teraz o wyborach, przy których opowiadała nam o parlamencie, o korupcji, nie o królu. Któregoś dnia, schodząc na dół do wspólnego stołu, patrzę, a przy nim siedzą koleżanki, które po kolei wyciągają ze swoich toreb jakieś białe ubrania. Przebierają się, pokazują rozmiary. Widać przy tym bardzo dużo ekscytacji. Mówię, okej, jakiś lokalny handelek. Po czym widzę, że mamcia tego samego dnia Szykuje się na coś wyjątkowego. Głowa zawinięta w folię robi farbę.
No i w końcu podpytuje, co się dzieje? Czy to jakieś urodziny, jakieś święto? A mamcia mówi, że jutro ma wolne. O 6 rano ma samolot do Ubon Thani, gdzie leci z siostrami i przyjaciółkami modlić się w jednej z ważniejszych świątyń. Po czym wraca tego samego dnia wieczorem. I tak też było. O 23 tego samego dnia ujrzeliśmy ją w progu domu. I nie, że zmęczona, niewyspana, że dwa loty tego samego dnia, tylko uśmiechnięta od ucha do ucha, gotowa, aby pokazywać nam zdjęcia i opowiadać o tym, co się dzisiaj działo. Cioteczki zaczęły wyciągać telefony i pokazywać filmiki i zdjęcia, jak wszystkie panie tradycyjnie ubrane w koronkowe białe bluzki, granatowe sarongi, doklejone rzęsy i pomalowane oczy tańczyły wokół jednej ze świątyń, wokół chedi.
Swój taniec Ram Wong, czyli taki taniec kręgu, który nie ma sceny, tylko odbywa się między ludźmi a stópą. Jest to taki płynny, delikatny ruch dłoni, który swoimi symbolicznymi gestami oddaje hołd i cześć. Więc tak wygląda dzień wolny Mamci, który zdarza się pewnie raz na kilka miesięcy. Dalej jest mąż. Nie mówi ani słowa po angielsku, ale wyraża tyle serdeczności, że mam wrażenie, jakbyśmy się znali od lat, a tak naprawdę nie zamieniliśmy ze sobą nawet jednego zdania. Zawsze pojawia się w okolicach południa, czyli dokładnie wtedy, kiedy jest czas między check-outem a check-inem nowych gości hotelowych.
I tak zmienia cały czas fryzury i zmienia również pracującą na recepcji mamcie. Do tego pali papieroski, czyli ma powód, dla którego musi w miarę regularnie opuścić swoje stanowisko pracy, żeby móc na zewnątrz na krzesełku usiąść sobie i złapać kilka buszków. A łapie pewnie buszki nie tylko z tytoniu, Chociaż nigdy nie przyłapałam go na paleniu jointów, to jego skute oczy i uśmiech na twarzy mówią znacznie więcej niż sam zapach danej substancji. Do tego jest jeszcze siostra, która wpada do hostelu dość często, ponieważ razem z mamcią opiekują się ojcem, który ma jak się dowiedzieliśmy 96 lat.
Są jeszcze dwie córki, o których nie wspomniałam, a to dlatego, że one najrzadziej pojawiają się w hotelu. Są w podobnym wieku i bardzo podobne do mamci. Są totalnym przeciwieństwem chłopaków. Są bardzo spokojne, zdystansowane. No i do tej czwórki dzieci dołączamy również my, bo któregoś dnia właśnie rozmawiając z mamcią i wypytując ją o jej członków rodziny mówimy ok, czyli dwie córki, dwóch synów and two more, Paweł and Lena. Na co ona zawsze szczerze się uśmiecha i mówi yes, ka, you too, you too, family. No dobra, ale co z tym głównym wątkiem dzisiejszej pogadanki, dzisiejszej opowieści, czyli animizmem, bo wcale moim planem nie było Wam opowiedzieć o członkach rodziny hostelu, w którym mieszkaliśmy, tylko przez pryzmat tej rodziny opowiedzieć Wam o czymś bardzo szczególnym, czego świadkiem byłam, czyli...
Wymienia się wodę, kładzie się kwiaty, kadzidła, czasami słodkie napoje. Jest to wręcz część codzienności. Tak stały i obecny element, jak zdjęcie króla na ścianie. No i na te domki zawsze patrzyłam bardziej jako na element tradycji, którą się kultywuje. Nie sądziłam jednak, że wykracza to nieco dalej. Sytuacja wyglądała tak. Przychodzi pewnego dnia siostra mamci. Taka wesoła kobieta o okrągłej sylwetce z amuletami na klatce piersiowej. Rozmawiamy z nią przez kilka dni. Ona nam opowiada o swojej pracy. W służbie zdrowia w Australii, o tym jak po kilku latach ktoś ją namówił, aby spróbowała tej samej pracy w Niemczech.
No i tak siedzimy sobie przy stole, śmieszkujemy sobie z tych różnych historii i nagle wchodzi do środka pan w niebieskiej koszuli. Skoro w niebieskiej, no to chyba kierowca tuktuka, bo oni zazwyczaj tak są właśnie ubrani. I z plastikowej siatki wyjmuje na stole ogromny kawał surowego mięsa. Siostra mamci przynosi ogromną srebrną blachę, wkłada to mięso do tej blachy, zapala kadzidła, wychodzi z nimi na zewnątrz, wbija je w ziemię przed hotelem i wracając do domu zbiera ze wszystkich półek drewniane lwy, które w ogóle pierwszy raz dostrzegłam tego momentu. I ustawia je nie wokół tej blachy, a na tym mięsie, skierowane pyskami do środka, dodając przy tym dźwięk typu niam, niam, niam, niam, niam, eat tiger, eat tiger, this good, eat, eat, eat.
Takie, które jest dwie uliczki dalej od naszego Tiny Talat Noi, czyli naszego kochanego hostelu, do którego chodzimy co kilka dni witać się z mamcią do tego stopnia serdecznie, że dzisiaj widząc mnie przytula. Gdzie opowiadamy jej właśnie o tym jak nam smutno jest bez tych wszystkich członków rodziny, jak jesteśmy tylko we dwójkę i przychodzimy tam czasami żeby zjeść banana, którego mamcia oczywiście nam wpycha gdy tylko nas widzi. I oczywiście to nie są moje wierzenia, to nie jest moja religia, ale wierzę w jakąś taką siłę, energię. Wierzę też w to, że tego dnia akurat rano przed całym tym rytuałem animistycznym obudziłam się z jakąś taką lekkością i odpuszczeniem, że się nie wkurzam, że jesteśmy już tyle miesięcy w tym hostelu.
Pokazano wszystkie 10 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Kiedy w Bangkoku nie możesz znaleźć mieszkania, w którym zgodzono by się na psa, trafiasz pod dach tradycyjnej tajskiej rodziny i ich niezwykłego hostelu. Tam stajesz się świadkiem animistycznych praktyk – i nie mówię o domkach duchów, codziennej wymianie wody czy składaniu kwiatów. Mówię o karmieniu lwów surowym mięsem.
Jak te wierzenia pomogły nam w końcu znaleźć mieszkanie?
Zapraszam do wysłuchania najnowszego odcinka Radio Lena.
Mój przewodnik po Bangkoku:
https://www.livedguides.pl
Najnowsze wydanie magazynu podróżniczego:
https://www.livedguides.pl/products/lived_01