Mentionsy Mentionsy
Piekło jest tu
Piekło jest tu

PIEKŁO JEST TU#226. Tajemnica pewnego trójkąta

13.07.2026 ·1 godz 4 min · 5 rozdziałów

W dzisiejszym odcinku przedstawię sprawę trójki niesłyszących przyjaciół, którzy tworzyli zgraną paczkę. Pewnego dnia siedemnastoletnia Martyna wyszła z internatu i już do niego nie wróciła. Jaki związek z jej śmiercią miały najbliższe jej osoby z tego samego Ośrodka? Zapraszam do wysłuchania tej wstrząsającej historii.Inspiracją do tytułu dla dzisiejszego odcinka był artykuł w lokalnej gazecie. Link do niego znajdziecie w załączonych źródłach: https://docs.google.com/document/d/19phG2L8cJk1J0_vB_D26JJwBoSxQNIbIzvs4HjDJumc/edit?usp=sharing

12:00 · Badania i teorie 8

Ale takim najbliższym przyjacielem Roberta był Marek. Co ciekawe, Marek był starszy o prawie 10 lat. Miał wtedy 28 lat, podczas gdy Robert miał 19, a Martyna 17. Nie wiadomo jak długo trwała ta przyjaźń między mężczyznami, ale Martyna weszła między ich dwójkę mniej więcej wtedy, kiedy zaczęła swój związek z Robertem, a więc co najmniej rok wcześniej. Marek też jest bardzo istotną postacią w tej historii i chyba nawet jego postać jest najmniej oczywista, o czym przekonamy się pod koniec tej historii. Życie Marka od zawsze było bardzo trudne. Urodził się, podobnie jak pozostała dwójka, jako osoba niesłysząca.

Niestety nie miał wsparcia w swoich najbliższych, mimo że rodzinę miał całkiem dużą. Jak mówił wychowawca w ośrodku w Sławnie, Marek został przez swoich bliskich wręcz odrzucony. Trafił do tej placówki w wieku zaledwie czterech lat. I od tamtego momentu to właśnie ona była jego prawdziwym i niestety też jedynym domem. Rodzina nie odwiedzała Marka, nie chciała się nim opiekować, właściwie jego los całkowicie przestał być dla nich istotny. Prawdopodobnie stało się tak z powodu jego niepełnosprawności, której jego rodzina nie potrafiła zaakceptować. Dlatego Marek dorastał wśród obcych sobie ludzi, ale bardzo szybko zyskał sympatię innych.

Nie dało się go nie żałować, jako że trzeba powiedzieć wprost, iż został po prostu porzucony przez wszystkich ludzi, których dotąd znał. I to jeszcze z powodów zupełnie niezależnych od siebie samego, jako bezbronne dziecko, które pewnie nawet nie rozumiało, dlaczego rodzina przestała go odwiedzać. Dyrektor ośrodka powiedział o nim. Marek to niemalże nasze dziecko. Rusł na naszych oczach. Nigdy nie przejawiał agresji. Z natury Marek był człowiekiem spokojnym, nie sprawiającym żadnych problemów, a nawet dość wycofanym. Miał trudność z otwarciem się na nowe znajomości, zazwyczaj stał gdzieś z boku i na pewno nie miał potrzeby, aby być w centrum uwagi.

Jednocześnie bardzo chciał być przez kogoś lubiany, widziany, dlatego przywiązywał się do ludzi. Można było na niego liczyć, nikt nikomu nie odmawiał pomocy, był życzliwy i uprzejmy. Był też, jak to określił jego dawny wychowawca, człowiekiem nieporadnym życiowo, nieprzystosowanym do życia w świecie, że tak to nazwę, zewnętrznym. A tak to nazywam, bo tak też pisały o tym media. Cała trójka, czyli Martyna, Robert i Marek, żyli w bardzo hermetycznej grupie ludzi. Marek szczególnie w tej grupie utknął. Dlatego nawet kiedy już dorósł i skończył edukację, nie wyrzucono go z tego ośrodka. Wręcz jego pracownicy zrobili wszystko, aby pomóc mu się odnaleźć na nowym etapie życia i trochę się usamodzielnić.

Marek zamieszkał więc praktycznie za płotem placówki, w mieszkaniu przy ulicy Armii Krajowej i to dzięki właśnie nauczycielom z ośrodka, którzy o to mieszkanie dla niego bardzo się postarali. Zawsze kiedy mężczyzna potrzebował ich pomocy, mógł na nią liczyć. Był z nimi w stałym kontakcie. Być może właśnie dzięki temu, że Marek nadal odwiedzał teren ośrodka, poznał Roberta. Raczej nie mógł go znać z czasów swojej edukacji, jakożże pod względem wieku dzieliła ich niemal dekada. Może ich ścieżki się przecięły, ale różnica wieku była wówczas zbyt duża, aby mogli zawrzeć jakąś znajomość. Dlatego doszło do niej, kiedy obaj byli już dorośli.

O tej przyjaźni opinie były jednoznaczne. Zazwyczaj to starszy ma wpływ na młodszego i to starszy ma czym imponować młodszemu. Natomiast w tej relacji było odwrotnie. To Marek z podziwem patrzył na Roberta i to Marek walczył o jego uwagę i zabiegał o tę przyjaźń. Był mu niemal całkowicie podporządkowany. Nawet jedno ze źródeł podaje, że Marek dla Roberta był w stanie zrobić wszystko. Nie wiem jednak w jakim stopniu Robert odwzajemniał to zaangażowanie. Czy on też w Marku widział swojego wielkiego przyjaciela? Czy po prostu korzystał z faktu, iż jest przy nim ktoś taki, kim może się np. wysłużyć albo jakoś na nim skorzystać?

Na pewno jednak wychowankowie tego samego ośrodka śmiali się, że, cytuję, Marek to straż przyboczna Roberta. A o tym, jak ważna była to dla niego relacja, niech świadczy chociażby fakt, że kiedy starszy z mężczyzn dowiedział się o tym, iż młodszy planuje przenieść się do innego ośrodka i to jeszcze położonego praktycznie po drugiej stronie kraju, wpadł niemalże w rozpacz. Bardzo płakał, prosił Roberta, żeby tego nie robił. Na jego szczęście skończyło się tylko na groźbach Roberta, który, jak już wiemy, ostatecznie został w sławnie. Ale mężczyźni byli jak ogień i woda i niekoniecznie ich więź była zrozumiała dla całej reszty.

Robert to ten szkolny urwis, ten, którego wszyscy się boją, przed kim czują jakiś respekt. A Marek to ten wycofany, cichy, skromny, którego można zaczepiać, a on i tak nie zareaguje i tym bardziej nikomu nie odda. Ale połączyli się i to naprawdę silnie. Robert i Marek spędzali ze sobą bardzo dużo czasu, najczęściej w mieszkaniu tego starszego. Tam między innymi oglądali różne filmy. Najchętniej były to filmy sensacyjne, jakieś thrillery, również horrory, których obaj byli fanami. Dlatego kiedy Martyna została dziewczyną Roberta i ona siłą rzeczy zaczęła pojawiać się w mieszkaniu 28-latka.

26:00 · Zakonczenie części pierwszej 17

W rozpowszechnianiu tych plakatów ze zdjęciem Martyny w całym Sławnie zaangażowali się także jej najbliżsi z Ośrodka, m.in. chłopak Robert oraz przyjaciel Marek. Wszyscy wydawali się być bardzo przejęci i zaniepokojeni tym zaginięciem. Natomiast żaden z najbliższych Martynie mężczyzn nie był w stanie powiedzieć, dokąd ona poszła. Nie widzieli jej bowiem od środowego poranka. Mimo szybkiego działania, które podjęli wszyscy, którym los nastolatki nie był obojętny, przez kolejnych kilka dni nic nie udało się w tej sprawie ustalić. Wstępnie odrzucono wersję o ucieczce z ośrodka. Zdaniem osób z jej otoczenia, dziewczyna nie miała powodów by chcieć odcinać się od swojego dotychczasowego życia.

Wspólnie z przyjacielem Martyna odprowadziła Roberta do miejsca, w którym odbywał praktyki zawodowe, a później sama poszła na lekcje do swojej szkoły, zaś Marek poszedł do swojego mieszkania. Obaj mężczyźni podawali taką wersję, Jednakże jeszcze w poniedziałkowy wieczór okazało się, że śledczy mieli co do niej swoje zastrzeżenia. Do aresztu trafił bowiem Marek, na którego widocznie znaleziono jakieś poszlaki albo twarde dowody. I prawdopodobnie stało się tak po przeszukaniu jego mieszkania, w którym śledczy zabezpieczyli między innymi filmy, które przedstawiały makabryczne sceny. Mordowanie ludzi, ćwiartowanie ich ciał, a to wszystko miało tło rytualne.

Według wstępnych założeń śledczych Marek popełnił te zbrodnie wzorując się właśnie na filmach, które przechowywał w domu na kasetach wideo. Podobno miał być nimi zafascynowany, a jego pasję do tego typu scen podzielał także Robert. Dlatego i on, co prawda nieco później, bo wtorkowego poranka trafił do aresztu. Policjanci podejrzewali, że zbrodnia ta była przez Marka zaplanowana, a zainspirowały go do niej właśnie te filmy. Podobno sposób rozczłonkowania ciała nastolatki był niemal identycznie odwzorowany. Problem był jednak w tym, że Marek nie przyznał się do zabójstwa. Przyznał się jedynie do tego, że pomagał rozczłonkować ciało, ale nie zabił Martyny.

Zabójstwa, jak twierdził Marek, miał się dopuścić Robert. Była to pierwsza wersja wyjaśnień Marka, ale jak się okaże niebawem nie jedyna. Jako, że zawsze podaję wszystkie informacje do których docieram, to i tym razem pokrótce Wam przedstawię po kolei każdą z wersji jaka była w śledztwie rozpatrywana. Zdaniem Marka 22 czerwca 2005 roku między godziną 12 a 13 w jego mieszkaniu pojawiła się zarówno Martyna jak i Robert. Spotkanie pary było wcześniej umówione. Martyna zerwała się z lekcji podając, że boli ją brzuch, natomiast Robert w tym czasie miał przerwę na praktykach, tzw. przerwę obiadową i trwała ona godzinę.

To spotkanie nie przebiegało jednak w przyjemnej atmosferze, ponieważ Martyna miała do swojego chłopaka pewne zarzuty. A mianowicie nastolatka już od jakiegoś czasu podejrzewała, że Robert jest osobą homoseksualną, natomiast jego kochankiem miał być właśnie Marek. W związku ze swoimi podejrzeniami Martyna chciała zakończyć relację z chłopakiem. Powiedziała mu o tym, że między nimi wszystko skończone i zamierzała opuścić mieszkanie starszego kolegi. Robert jednak nie chciał jej na to pozwolić. Drzwi mieszkania były zresztą zamknięte na klucz i Martyna nie miała możliwości ich otworzyć. Robert złapał ją, zaciągnął do łazienki,

Marek jako że zwykle był podporządkowany woli swojego przyjaciela i tym razem postanowił być wobec niego lojalnym i wykonywać wszystkie jego polecenia. Kiedy Robert ćwertował ciało, on szykował worki na śmieci, w które później te części ciała obaj zapakowali. Robert, po tym jak już rozczłonkował zwłoki, musiał opuścić mieszkanie kolegi, ponieważ kończyła się jego przerwa. Nie chciał być później o nic podejrzany, więc koniecznie musiał wrócić na miejsce praktyk, żeby zapewnić sobie alibi. Natomiast polecił Markowi, aby ten wieczorem pozbył się ciała Martyny. Zanim opuścił jego mieszkanie, zabrał jej rzeczy osobiste, m.in. jej telefon oraz zapewne też ubrania, ponieważ Martynę znaleziono całkiem nagą.

Nie wiadomo jednak, co z tymi rzeczami miał później zrobić. Marek jeszcze tego samego dnia, gdy zrobiło się już ciemno, po kolei zaczął roznosić części ciała Martyny do różnych kontenerów w mieście. W innej wersji Marek pomagał Robertowi w ćwiartowaniu ciała i wspólnie z nim pod osłoną nocy pozbył się tych części. To by potwierdzało tezę policjantów, którzy od początku zakładali, że co najmniej korpus nastolatki musiały wrzucić do śmietnika dwie osoby. Dla jednej mogło być to po prostu zbyt problematyczne. Te wyjaśnienia Marka po części pasowały do zeznań świadków, którzy niestety dopiero po fakcie postanowili powiadomić policję o tym, że jakiś czas wcześniej Robert groził Martynie, iż ją zabije.

Martyna, Robert i Marek tworzyli dziwny trójkąt. Nie wiadomo, co dokładnie łączyło całą trójkę, co między nimi zaszło, jaka była dynamika ich relacji. Nawet sam Robert, który nieustannie zaprzeczał wersji podawanej przez Marka, tej w której Marek obciążał swojego przyjaciela, stwierdził, że 28-letni wówczas mężczyzna najpewniej zabił Martyny z zazdrości. Ale czy z zazdrości o nią czy o niego, tego nie wiadomo. Fakt, że Robert najprawdopodobniej brał udział w tym zabójstwie oczywiście zszokował wszystkich, ale jako że miał on trudną osobowość i już wcześniej wykazywał się agresją, to jakoś można było to przyjąć do wiadomości.

Natomiast to, że Marek dokonał tak strasznych czynów nikomu nie mieściło się w głowie. Wszyscy, którzy wypowiadali się w tej sprawie do mediów uważali go za niegroźnego człowieka. Panie ze sklepu, w którym robił zakupy oceniały go jako sympatycznego, spokojnego mężczyznę. Osoby mieszkające na tym samym osiedlu nieraz widziały, jak Marek rozdawał wszystkim dzieciom lizaki, które specjalnie dla nich kupił. Jak zatem pogodzić się z myślą, że człowiek, którego uważało się za nieszkodliwego, przyjaznego i życzliwego jest teraz oskarżony o zabójstwo i poćwertowanie zwłok? Dodatkowo w toku śledztwa ujawniono także, że Marek wiosną 2004 roku zwabił do swojego mieszkania 15-letniego wówczas chłopca i pokazał mu na kasecie filmy pornograficzne.

Za to również usłyszał zarzut. Dyrektor ośrodka powiedział o Marku. Z informacji, jakie do mnie teraz docierają, widzę, że nie znałem tego chłopaka. To był niezaradny człowiek, u którego nigdy nie spostrzegłem śladu agresji. Postrzegaliśmy go jako człowieka skrzywdzonego w dwójnasób, kalectwem i odrzuceniem przez bliskich. Ma matkę i rodzeństwo, którzy go nie akceptują. Ta tragedia zweryfikowała całkowicie moją ocenę. Czuję się zdruzgotany. To, co się stało, to też i moja klęska jako człowieka i pedagoga. Dodam tylko przy okazji wypowiedzi dyrektora, że także z jego ust padły informacje o tym, jakoby Marek kiedyś znęcał się nad swoim psem.

Jednakże w tym przypadku ta czynność procesowa niczego nie zmieniła. Żaden z podejrzanych nie wycofał się ze swoich wcześniejszych wyjaśnień. Marek wciąż obciążał Roberta. Robert twierdził, że nie było go wtedy w mieszkaniu Martyny. Te 11 miesięcy później nadal nie był jasny motyw zabójstwa, ale prokuratura przyjęła, że doszło do niego podczas ostrej wymiany zdań pomiędzy Martyną a Robertem. Tłem tej kłótni miały być jej podejrzenia co do orientacji seksualnej swojego chłopaka oraz jego homoseksualnego związku, a raczej homoseksualnego romansu właśnie z Markiem. Martyna chciała wyjść z mieszkania, ale mężczyźni obawiali się, że rozpowie o ich tajemnicy wszystkim wokół, więc postanowili się jej pozbyć.

Prokuratura nie wykluczała jeszcze na tamtym etapie, że zbrodnia mogła zostać wcześniej zaplanowana, ale jednocześnie twierdziła, że doszło do niej w wyniku kłótni, więc nie wiem, czy to się wzajemnie nie wyklucza, bo chyba nie da się zaplanować kłótni, chyba że specjalnie się ją sprowokuje. Obaj oskarżeni zostali też poddani obserwacji psychiatrycznej. Biegli uznali, że w chwili popełniania czynu byli oni poczytalni, mogli rozpoznać znaczenie swoich działań oraz mieli zdolność do pokierowania swoim postępowaniem. Ani Marek, ani Robert nie cierpieli na żadne choroby psychiczne. Natomiast u obu stwierdzono zaburzenia osobowości, które biegli określili jako zaburzenia w sferze wyższych emocji.

Biegli uznali również, że pośród tej dwójki to Robert był osobą, która dominowała relację, zaś Marek był w tym układzie uległy, co nie będzie bez znaczenia na sali sądowej. Zdaniem biegłych Robert przejawiał cechy osoby skłonnej do manipulowania otoczeniem. Nie liczył się z potrzebami innych ludzi, unikał odpowiedzialności za własne zachowanie oraz wykazywał zainteresowanie przemocą. Trochę inaczej oceniono Marka. Biegli zwrócili uwagę, że wychowywał się bez rodziny, co na pewno miało wpływ na jego rozwój emocjonalny. Opisali go jako osobę podatną na wpływy, łatwo ulegającą silniejszym osobowościom. Wskazali również na jego dużą niestabilność emocjonalną, skłonność do gwałtownych zmian nastroju, od euforii po przygnębienie, a także impulsywność i wybuchy złości.

Z opinii wynikało także, że w dzieciństwie Marek podejmował zachowania autoagresywne, po prostu się samookaleczał. Proces toczył się przed Sądem Okręgowym w Koszalinie i rozpoczął się w listopadzie 2006 roku. Oskarżycielką posiłkową w tym procesie była mama Martyny. Na ławie oskarżonych zasiedli Robert i Marek, którzy do czasu końca pierwszej rozprawy podtrzymywali swoje wersje wydarzeń. Proces ten był inny niż wszystkie, bo zarówno oskarżeni jak i wielu świadków powołanych w tym procesie to były osoby niesłyszące. Na sali były więc dwie tłumaczki języka migowego, a całość rejestrowano na kasetach wideo, po to żeby sąd miał później wgląd we wszystkie szczegóły, które mogły stronom umknąć.

I to zresztą okazało się być bardzo pomocne na pewnym etapie tego procesu, ale wspomnę o tym później. Póki co zatrzymajmy się na pierwszej rozprawie, podczas której oficjalnie przed sądem swoje wyjaśnienia zdecydował się złożyć Marek. Wszystkiemu bez cienia emocji na twarzy przyglądał się Robert. Marek powiedział oczywiście językiem migowym między innymi. Robert zaciągnął Martynę do łazienki, zamknął drzwi. Nie wiem, co tam robili, czy ją uderzył. Po chwili wyszedł, wziął nóż i wrócił do łazienki. Potem wziął piłę. Gdy zobaczyłem, co się stało, Robert poprosił mnie o pomoc, mówił, że nikt się nie dowie. Ja trzymałem Martynę, on obcinał jej głowę.

Marek dokończył swoje wyjaśnienia, ale niespodziewanie, kiedy rozprawa dobiegała już końca, mężczyzna wybuchnął płaczem. I przez te łzy powiedział, że chce te wyjaśnienia zmienić, ponieważ Robert, który był współoskarżonym o to zabójstwo, tak naprawdę jest niewinny. Jedynym winnym był właśnie Marek. Mężczyzna nie był jednak w stanie już nic powiedzieć, był w tak silnych emocjach, że sąd postanowił przerwać rozprawę. Mężczyzna miał dokończyć swoją wersję wydarzeń, tę kolejną wersję wydarzeń, zmienioną, w której przyznaje się, że zabójstwa dokonał sam, na kolejnej rozprawie. Tego samego dnia wyjaśnienia miał składać także Robert.

Jaka wersja wydarzeń została podana przez Marka na drugiej rozprawie? Według niego Robert nie miał udziału w tym zabójstwie, ale on sam też wcześniej go nie planował. Marek twierdził, że do tragedii doszło pod wpływem silnych emocji. Jako powód swojej reakcji wskazywał zachowanie Martyny, która według jego słów miała go obrażać, drwić z niego i wypominać mu jego orientację seksualną. Robiła to już wcześniej wiele razy, co sukcesywnie drążyło ranę w jego sercu. A ten ostatni raz już po prostu tego nie zniósł i ją zabił. Co ciekawe i pewnie też dla wielu zaskakujące, zaraz po podaniu tej wersji wydarzeń, Marek znowu się wycofał.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.