Mentionsy Mentionsy
Piekło jest tu
Piekło jest tu

PIEKŁO JEST TU #152. Byli tylko dziećmi

13.12.2024 ·54 min 2 s

Nadal możesz zabrać mnie na wirtualną kawę: https://buycoffee.to/pieklojesttu Bardzo dziękuję! _____________________ W 2008 roku do Domu dziecka we Wschowie dołączyło rodzeństwo: Weronika, Piotrek i Asia. Dzieci pochodziły z normalnej rodziny, która rozpadła się po jednej nietrafionej decyzji ich matki. Z kolei to, co wyszło na jaw na początku 2008 roku sprawiło, że ich ojciec nie dość, że utracił do nich prawo, to trafił także do więzienia. W 2009 roku na tę rodzinę spadło jeszcze jedno, wielkie nieszczęście. Zapraszam do wysłuchania historii dziewięcioletniej Weroniki. Dziewczynki, która była bardzo ufna i pragnęła bliskości drugiego człowieka. Źródła: https://docs.google.com/document/d/1cqnOOADJCcGswOkfVvdcovdSi7as1AZeiyBbhyVnZas/edit?usp=sharing

Cześć! Witam Was na kanale Piekło jest tu. Mój dzisiejszy podcast nosi tytuł Byli tylko dziećmi. Dzisiejsza historia nie jest odpowiednia dla ludzi, których krzywda dzieci dotyka inaczej. Ostrzegam, bo nie chcę, żeby ktokolwiek z Was czuł się źle po wysłuchaniu tego odcinka. To, co ciśnie mi się na usta w pierwszej chwili po przeczytaniu wszystkich źródeł, to okrutny los, który pozbawił dzieci poczucia bezpieczeństwa, domu, rodziców, ale przede wszystkim zaufania do osób starszych, które przecież powinny być dla dzieci autorytetem. Jak się okaże, w sprawie tej zawiedli zarówno najbliżsi, jak i instytucje, które nie reagowały na prośby.

Sprawa ta ukazuje też, co w moim odczuciu jest jednym z najważniejszych przekazów, co dzieje się z człowiekiem, któremu najbliżsi wyrządzili ogromną krzywdę. Jaki się staje, co nim kieruje i do czego ostatecznie może to doprowadzić. Zapraszam Was do wysłuchania dzisiejszego odcinka. Weronika przyszła na świat 14 stycznia 2000 roku w wydawałoby się, że szczęśliwej rodzinie. Była trzecim dzieckiem Magdaleny i jej męża tudzież partnera, bo nie wiadomo jaki był status cywilny tej pary i nie wiadomo też jak na imię miał ten partner, bo nie zostało to podane do wiadomości publicznej. Weronika miała jeszcze o 4 lata starszego brata Piotrka i najstarszą, dokładnie 5 lat starszą siostrę Asię.

Ta pięcioosobowa rodzina mieszkała w województwie lubuskim, ale dokładna miejscowość nie jest nigdzie podana. Na pewno był to powiat wschowski, niedaleko Wschowy. Miasto to zresztą jest ważne w tej historii, bo to właśnie w nim działy się jej kluczowe wydarzenia. Według Wikipedii dzisiaj zamieszkuje je niecałe 14 tysięcy ludzi. Zaś źródła z okresu, gdy sprawa ta była na bieżąco komentowana, podawały, że wówczas Wschowa liczyła niecałe 20 tysięcy mieszkańców. Początkowo rodzina wiodła spokojne życie. Głowa rodziny, ojciec trójki dzieci i partner Magdaleny pracował i utrzymywał całe gospodarstwo domowe, podczas gdy jego partnerka zajmowała się potomstwem oraz ogólnie pojętym domem.

Dzieci wówczas były jeszcze małe. Na pewno najmłodsza nie chodziła jeszcze do szkoły. Zatem obecność matki w domu była jak najbardziej uzasadniona. Rodzina żyła na normalnym poziomie. Jedyna wypłata wystarczała na zapewnienie wszystkim godnego życia. Zwłaszcza, że życie to było dokładnie takie, jakiego się pragnie. Spokojne, poukładane, pozbawione problemów większych niż codzienne, drobne troski. Rodzina mieszkała w domku z niewielkim podwórkiem, gdzie mieścił się także plac zabaw dla dzieci, na którym bawiły się bardzo chętnie w wolnym czasie. Ale najchętniej korzystały z niego latem. Wówczas nie tylko bawiły się np. w piaskownicy czy na huśtawkach, ale także pluskały się w basenie, który to wcześniej przygotowywał dla swoich pociech ich ojciec.

Rodzice trojka dzieci dbali o ich bezpieczeństwo, dlatego mimo, że podwórko było ogrodzone, to i tak najczęściej przebywały one na zewnątrz w obecności któregoś z opiekunów. I najczęściej był to ojciec, który widocznie lubił patrzeć, jak jego córki i syn beztrosko spędzali swoje dzieciństwo. Dzieci były dobrze wychowane, ułożone, nie przejawiały niepokojących zachowań ani w domu, ani w towarzystwie . Weronika była osobą bardzo ufną, a ta ufność wiązała się też z jej otwartością na ludzi. Dziewczynka lubiła przebywać w ich towarzystwie i czuła się w nim dość swobodnie. Dodatkowo wręcz lgnęła do swoich bliskich, ponieważ potrzebowała dużo uwagi i czułości.

Tę czułość oprócz rodziców zapewniała jej również babcia, mama jej mamy, która mieszkała bardzo blisko i dzięki temu miała możliwość regularnie odwiedzać swoje wnuki, ale także córkę i zięcia. Kobieta była zaangażowana w swoją rolę i była, myślę, że można powiedzieć, że wręcz książkową definicją babci. Dbała o swoje wnuki, rozpieszczała je, spędzała z nimi czas i zawsze służyła pomocą czy dobrym słowem. Zawsze również reagowała na to, gdy działa im się krzywda, a to akurat jest w tej historii bardzo istotne. Niestety, rodzinna sielanka została przerwana mniej więcej po czwartych urodzinach Weroniki. Wówczas jej ojciec został zwolniony z pracy.

Oczywiście zamierzał jak najszybciej znaleźć kolejną, jednak okazało się, że w okolicy trudno było o inne stałe zatrudnienie, dlatego przez jakiś czas łapał się jedynie prac dorywczych. Nie były to jednak dochody stałe, więc zdarzały się momenty, kiedy po prostu rodzinie brakowało pieniędzy, a problemy finansowe zaczęły narastać i ciążyć. Po jakimś czasie trwania tej sytuacji para podjęła bardzo trudną decyzję o rozstaniu. Ale nie chodzi tutaj o rozwód czy separację, a o wyjazd za granicę. Jednak to nie ojciec miał za tę granicę za pracą wyruszyć. Zatrudnienie tam znalazła Magdalena. Według artykułów źródłowych kobieta miała wyjechać do Włoch, zaś według reportażu w Detektywie do Anglii.

Gdziekolwiek to było, miała tam na nią czekać stała i dobrze płatna praca. Małżeństwo, wiedząc, że rozstanie będzie trudne zwłaszcza dla dzieci, przekazali im tę wiadomość w najbardziej przystępnych słowach. Dzieci pogodziły się z taką sytuacją, choć najmłodsza Weronika rozumiała wówczas jeszcze nieco mniej. Starsze dzieci wiedziały właściwie od początku, że ich ojciec boryka się z trudnościami w znalezieniu pracy i że przez to ich sytuacja finansowa była bardzo ciężka. Weronika natomiast, jako dziecko emocjonalnie bardzo związane ze swoją matką, martwiła się tym, że nie będzie mogła jej widywać. Rodzice jednak uspokajali ją, że to nie będzie sytuacja długotrwała, a jedynie krótki epizod.

Najpewniej znalazła tam nowego partnera i dlatego podjęła taką decyzję. Jednak urwała kontakt zupełnie niespodziewanie, nie odbywszy z ojcem swoich dzieci ani tym bardziej z dziećmi wcześniej żadnej rozmowy. Wraz z Magdaleną oczywiście zniknęły także przesyłane dotąd przez nią pieniądze. Kobieta z dnia na dzień przestała interesować się dobrem również swojego partnera, ale tym bardziej swoich dzieci. Mężczyzna zniósł to bardzo źle, żeby nie powiedzieć, że się po prostu załamał. Widać było, że milczenie Magdaleny sprawiało mu duży ból, który wyrażał w taki sposób, że zamknął się w sobie. Był przygnębiony i do tego bardzo łatwo było wyprowadzić go z równowagi.

Trudno powiedzieć, ile czasu utrzymywało się u niego to obniżone samopoczucie, ale na utrzymaniu i do wychowania wciąż miał przecież trójkę dzieci, więc postanowił wziąć się w garść i poszukać pracy. Tym razem na szczęście udało mu się w miarę szybko ogarnąć zatrudnienie, dzięki czemu rodzina nie popadła kolejny raz w problemy finansowe. Dodatkowo mężczyzna zgłosił się do sądu z wnioskiem o przyznanie mu alimentów na trójkę dzieci. Sąd zatwierdził alimenty, które miała płacić Magdalena. Jednak kobieta uchylała się od swojego obowiązku, przez co jej dług alimentacyjny z miesiąca na miesiąc rósł. Najważniejsze jednak, że rodzina powoli stawała na nogi, a ojciec wpadł w tryb zadaniowy.

I poniekąd starała się im tę matkę zastąpić. Dbała o to, by odrabiały lekcje, ale także pilnowała, by odpowiednio się odżywiały i miały przygotowane czyste ubrania na kolejny dzień. Ojciec natomiast przejmował opiekę nad dziećmi, gdy tylko wracał z pracy. I w swojej roli spisywał się bardzo dobrze. A przynajmniej tak ta historia wygląda z perspektywy Weroniki, która w jego towarzystwie czuła się bardzo bezpiecznie. Ojciec nie dość, że angażował się w wychowywanie swoich dzieci, to zawsze też znalazł czas, by się z nimi poprzytulać, by wyrazić swoje uczucia, by poczytać im na dobranoc, gdy miały problem z zaśnięciem. Wydawał się być wobec nich troskliwy i opiekuńczy.

W 2007 roku najstarsze dziecko w tej rodzinie, Asia, miała 12 lat i była w stanie zaopiekować się swoim młodszym rodzeństwem. Nauczyła się także wypełniać obowiązki domowe, takie jak gotowanie czy sprzątanie. Można by pomyśleć, że rodzina odzyskała dawny spokój i zaczęła być znów szczęśliwa. Tak czuła się przede wszystkim Weronika, przywiązana do swojego ojca emocjonalnie. Ale niestety nie można tego powiedzieć o pozostałej dwójce rodzeństwa. Ponieważ, według magazynu Detektyw, to dzięki interwencji babci wyszło na jaw, że ich ojciec w pewnym momencie zaczął je po prostu krzywdzić. Molestował je i wykorzystywał seksualnie, zwłaszcza dwójkę swoich starszych dzieci.

O tym, że w domu dochodzi do takich rzeczy, że dzieje się dzieciom krzywda, babcia dowiedziała się bezpośrednio od swoich wnuków. Po tym, jak to właśnie Weronika powiedziała jej, że Piotrek i Asia zachowują się bardzo dziwnie, często płaczą, niechętnie przebywają w towarzystwie ojca, zwłaszcza gdy ten woła ich do swojego pokoju na noc, babcia nie zamierzała zostawić tej sprawy bez wyjaśnienia. Weronika co prawda najprawdopodobniej uniknęła tego molestowania i wykorzystywania jako jedyne dziecko, ale była też na tyle mała, bo miała po wyjściu tego najaw niespełna 8 lat, że nie zauważyła, że pod ich wspólnym dachem działo się coś złego. Dopiero gdy zwróciła uwagę na to, że jej rodzeństwo zaczęło przygasać, coraz częściej płakać, wręcz bać się swojego ojca i stronić od niego, postanowiła o tym opowiedzieć drugiej najbliższej sobie osobie, czyli babci.

Babcia na szczęście miała odwagę i siłę do tego, by doprowadzić tę sprawę do końca. Bo kobieta skonfrontowała wersję Weroniki najpierw z jej rodzeństwem, a po tym, czego się od niego dowiedziała, poszła bezpośrednio do ich ojca. I wówczas nabrała już pewności, że dzieci są jego ofiarami. Nie miała żadnych skrupułów dla oprawcy niewinnych dzieci, swoich ukochanych wnuków zresztą, dlatego od razu, wzburzona i bardzo rozczarowana swoim zięciem, o wszystkim powiadomiła policję. Wówczas pewnie kobieta nie myślała o tym, co stanie się z jej wnukami, a może nawet była przekonana, że skoro do tej pory i tak wspierała swojego zięcia w ich wychowywaniu, to tym bardziej po aresztowaniu sąd zgodzi się na to, by dzieci trafiły pod jej opiekę.

I zresztą od razu, gdy tylko ich ojciec trafił do aresztu, wystąpiła do sądu z taką prośbą. Niestety, decyzja była rozczarowująca, ponieważ sąd uznał, że kobieta nie jest odpowiednim opiekunem dla dorastających dzieci. To znaczy, mówiąc wprost, była za stara na to, aby oddać jej pod opiekę i do wychowania troje jej wnuków. Swoją odmowę sąd uzasadniał tym, że jej stan zdrowia jest nie do końca dobry, choć kobieta była w pełni sprawną osobą. Poruszała się o własnych nogach, wciąż jeździła na rowerze, zresztą do domu swoich wnuków też dojeżdżała rowerem. A mimo to sąd uznał, że dzieciom lepiej będzie w domu dziecka i właśnie w tej placówce umieścił całą trójkę. Był wówczas początek roku 2008.

Jedyne szczęście w tej sytuacji to to, że ojciec, który je krzywdził, usłyszał wyrok pozbawienia wolności i odpowiedział karnie za swoje czyny. Wyrok ten jednak nie był zbyt surowy, bo otrzymał on tylko kilka lat. Jednak sam fakt, że tam trafił i najpewniej z racji na to, za co tam trafił, nie miał w więzieniu łatwego życia, dał babci dzieci dużo ukojenia. Zwłaszcza, że już po odbyciu kary miał on zakaz zbliżania się do Weroniki, Piotra i Asi oraz zakaz kontaktowania się z nimi. W toku tego postępowania wyszło też najaw, że oprócz tego, że wykorzystywał je seksualnie, to również znęcał się nad nimi psychicznie. Nie wiadomo, czy robił to także fizycznie. Oczywiście wiem, że westowanie seksualne i wykorzystywanie seksualne tym bardziej również jest zaliczane do przemocy.

Zarówno Piotr jak i Asia byli w bardzo kiepskim stanie psychicznym. Dzieci miały jednak to szczęście, że znalazły się wszystkie w tej samej placówce, w domu dziecka we Wschowie, gdzie oprócz nich przebywało tam jeszcze ponad 20 dzieci. Miały zatem w tym trudnym czasie siebie nawzajem i rzeczywiście trzymali się głównie razem. Piotrek i Asia byli już nastolatkami, zaś Weronika wciąż była kilkulatką i to ona najmniej rozumiała z tej sytuacji. Tęskniła za rodziną, również za ojcem, który akurat jej krzywdy nie robił, a sama w tamtym momencie nie rozumiała czym było wykorzystywanie seksualne. Dziewczynka, tak jak jej rodzeństwo, bardzo tęskniła także za babcią, która to regularnie odwiedzała je w placówce, jak i gdy tylko otrzymywała na to zgodę, zabierała dzieci do siebie.

Spędzały one u niej wszystkie święta, ferie zimowe i jakąś część wakacji, a także niektóre weekendy. Jeśli chodzi o Magdalenę, czyli matkę dzieci, nic nie wiadomo o tym, by jakkolwiek przejęła się ich sytuacją. Nie wiadomo nawet czy w ogóle z kimkolwiek z rodziny utrzymywała kontakt i czy była na bieżąco z tym, co się działo w jej dawnym domu. A z racji takiej, że matka się nie pojawiła i nie uratowała swoich dzieci od innego losu, musiały one zaadaptować się do nowej sytuacji. Przyszłość dzieci była niejasna, jednak dyrektorka placówki zapewniała je o tym, że nie zostaną w domu dziecka zbyt długo. Najpierw trzeba było przejść przez procedurę odebrania rodzicom dzieci praw rodzicielskich, a dopiero później zacząć szukać dla nich rodziny zastępczej bądź adopcyjnej.

Zanim jednak można było zająć się sprawą odebrania ojcu i matce praw do opieki nad trójką dzieci, trzeba było poczekać na prawomocny wyrok sądu, który zajmował się sprawą wykorzystywania seksualnego. Ten zapadł w październiku 2008 roku i dyrektorka od razu złożyła wniosek do sądu rodzinnego o pozbawienie rodziców rodzeństwa władzy rodzicielskiej. Ale sprawa bardzo długo pozostawała w toku, bez żadnego rozwiązania. Pomimo działań podejmowanych naprawdę bardzo szybko, wszystko ciągnęło się przez długi czas, a dzieci w placówce odnajdywały się średnio, żeby nie powiedzieć, że źle. Najgorzej radził sobie Piotrek, dwunastoletni wówczas chłopiec, który przede wszystkim był tak dotknięty traumą, że niemal każdej nocy moczył łóżko.

Poza tym, w tak młodym już wieku, bo uczęszczał wówczas do szkoły podstawowej, zaczął unikać szkoły, bardzo często wagarował. Weronika również przejawiała niepokojące zachowania, które świadczyły o jej złym samopoczuciu. Między innymi dziewczynka miała problemy z zasypianiem. Jej problemy nie wynikały z tego samego, co dotknęło jej rodzeństwo. Dziewczynka zwyczajnie nie radziła sobie z tym, że w jej pobliżu nie było żadnego dorosłego, którego kochała. Nie mogła przytulić się ani do mamy, ani do babci, ani do taty i nie potrafiła zrozumieć dlaczego. Nie wiadomo natomiast, jak w tej nowej rzeczywistości radziła sobie najstarsza, trzynastoletnia Asia. Dzieciom oczywiście została zapewniona opieka psychologa.

Czas płynął i tak minął rok, odkąd dzieci trafiły do domu dziecka we Wschowie. Wciąż nie było wiadomo, jaka czeka je przyszłość, ale powstały już plany, które miały zapewnić im większy komfort życia, jeśli nie w jakiejś konkretnej rodzinie, to przynajmniej na terenie placówki. W budynku, który właśnie powstawał w jej obrębie, zamieszkać miały dzieci, które w domu dziecka przebywały wraz ze swoim rodzeństwem. Tworzono ten budynek właśnie z myślą o ich komforcie, o tym, by rodzeństwa nie były rozdzielane, a miały możliwość przebywania ze sobą w jednym pomieszczeniu. Miały w nich mieszkać do czasu znalezienia dla nich rodzin zastępczych bądź adopcyjnych. Na to jednak, o czym bardzo szybko przekonała się dyrektorka placówki pani Barbara, w najbliższym czasie były małe szanse, z racji takiej, że dzieci w domach dziecka było więcej niż rodzin, które te dzieci mogłyby do siebie przyjąć.

Koniec budowy i jednocześnie przeprowadzka tam miała nastąpić w wakacje 2009 roku, na co czekano z entuzjazmem. Równolegle w placówce działy się bardzo złe rzeczy. Po około roku od umieszczenia w niej rodzeństwa na jaw wyszedł fakt, że trzynastoletni Piotrek kolejny raz padł ofiarą zboczeńca i ponieważ został wykorzystany seksualnie. Tym razem sprawcą jego nieszczęścia był o kilka lat starszy od niego chłopak, który przebywał w tej samej placówce. Całe szczęście nastolatek za ten czyn został osądzony i skazany prawomocnym wyrokiem sądu. Jeśli chodzi o Weronikę, nie straciła ona swojej dawnej iskry. To znaczy, chociaż głęboko w sobie przeżywała swoją sytuację rodzinną, to potrafiła znaleźć radość w najprostszych rzeczach, chociażby bawiąc się na zewnątrz, na placu zabaw, wśród innych podopiecznych tej samej placówki.

Określano ją jako dziewczynkę dość zamkniętą w sobie, ale mimo wszystko uśmiechniętą. Nie izolowała się, nie unikała towarzystwa innych dzieci, wciąż wydawała się być tak samo ufna i tak samo spragniona czyjejś uwagi. Już w pierwszym kontakcie z Weroniką można było zauważyć, że ma poważne braki emocjonalne, że potrzebuje dużo czułości, bardzo lgnęła do ludzi, wręcz nazywano ją przylepką. Babcia mówiła o niej, że jest dziewczynką bardzo bystrą, odważną i że poradziłaby sobie w życiu. Zwłaszcza, że nie zrażała się po porażkach, a próbowała do skutku, aż osiągnęła cel. I mam tu na myśli proste rzeczy, które na co dzień spotykają kilkuletnie dzieci. Mimo tęsknoty, którą nosiła w sercu, była cały czas radosna i wesoła.

Nie nadużywała też nigdy zaufania swoich opiekunów. Dlatego pracownicy Domu Dziecka we Wschowie mieli do niej sporo zaufania, bo zdążyła przez ponad rok pobytu w tej placówce dać się poznać jako dziewczynka słowna, grzeczna, punktualna i pomimo tego, że miała zaledwie 9 lat, to także odpowiedzialna. Dlatego dyrektorka placówki nie widziała żadnych przeciwwskazań, gdy Weronika pytała, czy może trochę dłużej pobawić się na zewnątrz. Teren domu dziecka był ogrodzony, raczej nikt niepożądany się tam nie kręcił. Z tego co rozumiem z tej historii, nikt nad dziećmi przebywającymi na zewnątrz w obrębie placówki nie sprawował opieki, a przynajmniej nie tego jednego tragicznego dnia. Był 25 kwietnia 2009 roku, sobota.

To był ostatni raz, gdy kobieta widziała dziewczynkę żywą. Już o godzinie 18 zorientowała się, że coś jest nie tak. O tej porze w domu dziecka jadano kolację. Na stołówce powinna była pojawić się również Weronika. Ale się nie pojawiła. Nie było jej również w pobliżu budynku ani na placu zabaw, na którym tak ochoczo tego dnia spędzała czas. Pani Barbara od razu wszczęła alarm. Było tuż po godzinie 18, a już pół godziny później w budynku zjawili się policjanci oraz ochotnicza straż pożarna gotowa do poszukiwań zaginionej dziewięciolatki. Zaczęto oczywiście od rozpytania osób przebywających w tej samej placówce i dzięki temu udało się ustalić, że Weronika zniknęła z placu zabaw około godziny 15 w towarzystwie jakiegoś starszego od siebie chłopaka.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.