Mentionsy Mentionsy
Opowiem Ci historię
Opowiem Ci historię

To co znaleźli w walizce przeraziło milicję. ŁÓDŹ 1986 | 141

14.10.2025 ·40 min 42 s

❤️ PATRONITE: https://patronite.pl/opowiemcihistorie📸INSTAGRAM:https://www.instagram.com/kamil.barnowski/Styczeń 1986 roku. Na torach pod Łodzią odnaleziono walizkę, której zawartość przeraziła nawet doświadczonych funkcjonariuszy milicji.Śledztwo szybko ujawniło smutną prawdę o zaginionym komorniku.Wystąpili: Kamil Barnowski, Paweł KalinowskiOpracowanie: Paulina DrożdżMuzyka: Rafał Baryła http://entropysound.plKontakt: [email protected]Źródła: https://ntpd.eu/d1qWz

Wylegitymowany przedstawił się jako Konrad R., 15-letni uczeń ósmej klasy szkoły podstawowej. Chłopak zapierał się, że nic nie wie o pochodzeniu biżuterii, ponieważ była to własność ojca jego rówieśnika, Jacka M. Według dalszej relacji, Konrad spotkał kolegę o ósmej pod budynkiem szkoły, ale zamiast iść na lekcje, skusił się na propozycję wagarów i próbę zbycia cennego sygnetu. Zanim chłopcy dotarli do uczciwego jubilera, zjedli śniadanie w jakimś barze, a następnie obejrzeli film w kinie Gdynia przy ulicy Tuwima. Jacek był prawdziwym kinomanem, ale gdzie dokładnie mieszkał, tego Konrad już nie wiedział.

Zauważyli też na jego ścianie napis czerwonym mazakiem, który zapewne oznaczał właścicielkę walizki i brzmiał Maria M. Od razu rozpoczęto zmasowaną akcję służb, mających za zadanie przeczesać cały teren w pobliżu torów z Łodzi do Skierniewic. To jednak znów nieśledczy, a kolejarz dostrzegł następny podejrzany przedmiot. Jeszcze przed południem maszynista zawiadomił, że przedrogowym w odległości 200 metrów od przejazdu i drogi w stronę Brzezin coś leży na ziemi. Milicjanci dotarli na miejsce o 14.15. We wskazanej lokalizacji faktycznie znajdowała się brązowa walizka z uszkodzonym bokiem i urwanym zawiasem.

Obok niej leżała ludzka stopa, a nieco dalej dwie odrąbane nogi. Do kompletnego szkieletu brakowało więc już tylko tułowia. Dopiero wówczas podjęto decyzję, że koniecznie trzeba sprawdzić lokum Jacka, który usiłował sprzedać złoty sygnet. Wiadomo już było, że choć formalnie mieszkanie zajmowała tylko 25-letnia Maria M. wraz z 9-letnim synem Darkiem, to tak naprawdę do domowników należeli też 37-letni konkubent gospodyni Stanisław M. i jego starszy syn, czyli wspomniany wcześniej Jacek. Maria M. nie była wzorem cnudniwieścich, zdołała ukończyć tylko podstawówkę i pierwszy semestr szkoły krawieckiej, bo już jako szesnastolatka zaszła w ciążę z niejakim Andrzejem M. Na ślubnym kobiercu nigdy nie stanęła, ponoć z uwagi na zamiłowanie do rozwiązłego trybu życia.

Żeby zapewnić dziecku utrzymanie, Maria podejmowała niskopłatne prace, m.in. listonoszki, ale szybko je zmieniała. Nie cieszyła się również szczególnym poważaniem wśród kolegów. Dodatkowy zastrzyk finansowy stanowiły alimenty. Nieszczęśliwa kobieta po raz pierwszy próbowała targnąć się na swoje życie w 1983 roku, a dwa lata później zrobiła to po raz drugi. Zanim jednak w kalendarzu czwórka zastąpiła trójkę, Maria na chrzcinach u znajomych poznała sporo starszego Stanisława M., w którym się szczerze ze wzajemnością zakochała. Jej nowy konkubent też nie miał łatwego życia.

Wychowywał się w biedzie i wśród alkoholowych awantur ojca, który ostatecznie w latach 50. padł ofiarą zabójstwa. Stanisław jako absolwent szkoły podstawowej zaciągnął się do wojska, lecz gdy złapano go na kradzieży popularnego pistoletu TT, na dwa lata trafił do więzienia. Zakład karny opuścił w 1969 roku, wrócił do rodzinnej Łodzi, ożenił się i spłodził dwóch synów, Jacka oraz 4 lata młodszego od urodzenia niewidomego Piotra. Podobnie jak Maria, Stanisław często zmieniał zajęcie. W jego CV można było znaleźć stanowisko zduna, ślusarza, manewrowego na kolei i motorniczego.

Niestety, urodzenie się dziecka z niepełnosprawnością odcisnęło tak głębokie piętno na jego rodzicach, że z trudem wypracowany porządek zaczął się rozpadać. Pani M coraz częściej nocowała poza domem, a jej mąż śladem ojca zatapiał się w nałogu. Kiedy w 1974 roku jako motorniczy spowodował wypadek tramwaju, stracił posadę i został skazany po raz drugi. W desperacji Swoich sił spróbował w prosektorium dziecięcego szpitala im. Korczaka, ale wziął udział tylko w jednej sekcji, ponieważ psychicznie nie dźwignął przykrego widoku. W 1982 roku jego żona zmarła na nowotwór, a niewidomy Piotrek trafił do Państwowego Zakładu Wychowawczego w Laskach.

Nie była to placówka zupełnie darmowa, jednak Stanisław migał się od uiszczania opłat. Dlatego na jego koncie stale rosły długi, by w 1986 roku osiągnąć pułap 53 200 złotych. Mężczyzna nie miał szans ich spłacić ze swojej marnej pensji zamiatacza. Zadurzony w pięknej marii, razem z Jackiem przeniósł się do innego budynku przy tej samej ulicy. Chociaż, delikatnie mówiąc, warunki lokalowe u kochanki pozostawiały wiele do życzenia.

Zgodnie z jego opowieścią, 14 stycznia ojciec odwiózł Piotra do zakładu w Laskach po wizycie urodziny. Wtedy około 14 do mieszkania zaszedł poborca podatkowy i przekazał Marii, że zalega ze swoją grzywną za pijacką awanturę, którą wszczęła w restauracji hotelu Światowid. Dług wynosił dokładnie 1386 złotych, a w przypadku braku gotówki urzędnik zagroził zarekwirowaniem telewizora albo radia. Kobieta zaczęła wówczas wmawiać Stefanowi, że cała kwota została wcześniej uiszczona przez jej konkubenta, bo ona aktualnie przebywa na zwolnieniu lekarskim. Urzędnik nie miał jednak żadnego potwierdzenia wpłaty.

Rezolutna Maria zripostowała, że zamiast oddawać gotówkę jeszcze raz, wolałaby za te pieniądze wypić z komornikiem wódkę. Co ciekawe, Stefan zgodził się na taki układ, a obskurną norę opuścił po trzech godzinach rozmów. Najwyraźniej młoda matka wpadła mu w oko. Para umówiła się na spotkanie kolejnego dnia. Feralnego 15 stycznia. Stanisław wyszedł do fabryki, w której pracowała Maria, żeby za upoważnieniem wziąć zaległą pensję konkubiny oraz kartki żywnościowe. Około 14.30, pod jego nieobecność, przybył poborca podatkowy z wiadomością, że wszystko sprawdził i tak jak wcześniej mówił, żadne pieniądze nie wpłynęły na zapłatę grzywny.

Gospodyni zapewniała, że przyjaciel zaraz przybędzie z gotówką. Rzeczywiście, po 15 minutach Stanisław wstąpił na chwilę do mieszkania z sześcioma tysiącami złotych oraz zakupioną rybą, po czym zabrał starszego syna do pralni po odświeżony płaszcz. Kiedy razem wrócili po kwadransie, pół litra bałtyckiej stało już na stole. Pan domu oczywiście został na libacji, natomiast nastolatek wyszedł. Dalsza relacja Jacka, który Marię nazywał swoją ciocią, brzmiała następująco. Do domu wróciłem około godziny 20. Wtedy w mieszkaniu zobaczyłem, że mieszkanie jest pełne krwi.

Krew była na podłodze, wersalce, wsiąknięta w różne poszwy. Na wersalce leżała ciocia i była pijana. Coś bełkotała, ale nic z jej bełkotu nie mogłem zrozumieć. W mieszkaniu był także ojciec. Był pijany i jak ja wszedłem, to ojciec zaraz wyszedł z mieszkania. Syn pani M. spał na łóżku w wersalce. Nie widziałem żadnego ciała, zwłok. Przez moment myślałem, że ojciec mógł zabić kota, bo go nie było w mieszkaniu. Widząc tyle krwi zacząłem sprzątać. Jednocześnie jak sprzątałem, to znaczy wycierałem krew z podłogi, Zwinałem kołdrę, sprzątnąłem potłuczone szklanki ze stołu, stół był przewrócony, zmiotłem szkło z podłogi i wtedy też szukałem po mieszkaniu, czy gdzieś nie leży kot lub ciało, bo domyślałem się, że tyle krwi nie może być z kota.

Rano obudziłem się jeszcze przed ojcem i ciocią i wtedy na kredensie w kubku znalazłem sygnet ze złota. Tego dnia złowroga para kazała Jackowi wyprowadzić Darka z domu. Młodszy chłopiec trafił zapewne do szkoły, ale nastoletni kinoman na wagarach obejrzał aż trzy filmy. Kiedy przyszywani bracia wrócili do domu około 17, Maria przekazała pasierbowi, że nie udało się pokroić zwłok, więc razem ze Stanisławem wrzucili je z powrotem do Wersalki. 17 stycznia, w piątek, Jacek próbował sprzedać sygnet, co zakończyło się porażką. Natomiast ciało komornika zaczynało puchnąć, co jakby kochanków wcale nie obeszło.

Maria i Stanisław, oprócz złotego pierścienia, zrabowali ofierze 54 tysiące złotych, 100 dolarów i zegarek, dlatego mieli za co zapijać rzeczywistość. Jako troskliwi rodzice nie zapomnieli też o dzieciach. Razem z nimi przez cztery dni zwiedzali kolejne restauracje. Kobieta kupiła również dwa zegarki dla siebie oraz konkubenta. Sobie damskie buty, srebrne kolczyki, torbę ze skaju, a pasierbowi spodnie. W tym okresie zwłoki urzędnika dawały już o sobie znać tak wielkim fetorem, że pomimo mrozu Jacek otwierał w oknie lufcik, a Maria i Stanisław polewali je denaturatem i lizolem.

20 stycznia konkubenci zwolnili się z pracy, po czym zabrali swoje dzieci na wycieczkę. W dwóch walizkach towarzyszył im rozkawałkowany Stefan. Pod blokiem wraz z chłopcami wsiedli do taksówki, którą podjechali na dworzec PKP. Stanisław pozbywał się bagaży przez otwarte drzwi pociągu, pędzącego do Skierniewic już godzinę po wyruszeniu z łodzi. Stojący na czatach Maria z Jackiem pilnowali czy żaden z pasażerów nie nadchodzi. Koszmarna rodzina spędziła noc w Radomiu i dopiero następnego dnia wróciła do swojego miasta autobusem. 22 stycznia wyczerpani Maria i Stanisław poszli do lekarza po kolejne zwolnienia dla zakładów pracy, a po załatwieniu sprawy mieli zamiar zająć się najcięższym elementem komornika, czyli jego tułowiem.

Razem z kolegą i gotową do wystrzału bronią zaczął się powoli skradać. Wkrótce oczom myśliwych ukazał się ciemny, prostokątny właz do podziemnej kryjówki. Kiedy stanęli po obu stronach wejścia, głosy były już wyraźne, jednak wciąż nie dało się rozróżnić poszczególnych słów. Mężczyźni postanowili wyciągnąć podejrzane towarzystwo na powierzchnię, każąc mu wyłazić z rękami do góry. Rozmowa w gawrze gwałtownie ustała, a po chwili dało się usłyszeć szuranie, jakieś ruchy i wreszcie słońce najpierw oświetliło Marię, a później Stanisława. Myśliwi nie znali imion przyłapanej pary ani jej dokonań, ale w przekonaniu, że to kłusownicy zaprowadzili ją do najbliższej leśniczówki w miejscowości Tarnów Bycki.

Wyciągnięta z uwitego gniazdka Maria 2 lutego podpisała protokół. w którym wyjaśniała jak i dlaczego doszło do tragedii. Według niej Stefan przedstawiał się jako ziutek i zgodnie ze słowami Jacka obiecał tak załatwić sprawy grzywne, żeby dłużniczka nie musiała płacić. Mężczyzna zwierzył się jej ile zarabia i że żyje z żoną w separacji. Gdy 15 stycznia po pracy wpadł na wódkę, podobną miał już, jak to Maria określiła, mętne oczy, które świadczyły o stanie upojenia alkoholowego. Podobno to nie ona, a Ziutek postawił na stole butelkę wódki bałtyckiej. Kiedy Staszek wrócił do domu, zgodnie kontynuowali imprezę we trójkę.

Nastrój był radosny, bo Stefan, wel Ziutek, co rusz, rzucał żarcikami. Po opróżnieniu flaszki szepnął gospodyni, że ma jeszcze jedną półlitrówkę. Ta jednak uniosła się honorem, tłumacząc szarmackiemu gościowi, że skoro załatwił sprawę długu, powinna być mu wdzięczna. Maria posłała więc konkubenta do monopolowego. Pod nieobecność pana domu urzędnik wyciągnął swoją wódkę z teczki, wypił ze znajomą brudzia oraz zjadł morszczuka, którego wcześniej kupił i przyrządził Stefan. Naciskał też na kolejne spotkanie następnego dnia. Atmosfera rozkręciła się na dobre.

25-latka włączyła gramofon, żeby tańczyć z gościem i przerywać tylko na następne dawki etanolu. Wprawionej w libacji gospodyni mimo wszystko zaczął urywać się film. Maria wyznała. Nie pamiętam, co Ziutek do mnie mówił. Przypominam sobie tylko, że zaczął mnie całować. Wyjął mi jedną pierś na podkoszulkę. Co było dalej, tego nie pamiętam. Następnego przebłysku świadomości doświadczyła dopiero za sprawą świdrującego dźwięku dzwonka. Kiedy otworzyła drzwi, przywitało ją dwóch milicjantów, którzy odprowadzili do domu zapłakanego Darka. Podobno chłopiec błąkał się po zakończonych lekcjach na ulicy.

Na szczęście dla Marii mundurowi nie weszli wtedy do mieszkania, bo na wersalce z zakrwawioną twarzą leżał już martwy Stefan. Kobieta wyjaśniała. Wówczas Stasio powiedział mi, że dzignął nożem Ziutka, dlatego, że jak wrócił z wódką do domu, to zobaczył, że ja leżę koło wersalki, mam ściągnięte spodnie i majtki, a Ziutek w tym czasie stał w pobliżu i wciągał spodnie. Bezczelnie zapytał go, co Stasiu, gniewasz się? Maria dodała, że po ucieczce z Łodzi Stanisław nalegał, aby wracała do mieszkania, bo on odbierze sobie życie, więc będzie mogła go obarczyć całą winą. Kobieta nawet nie chciała o tym myśleć i nie miała zamiaru go porzucać, jak zapewniała.

Ja po prostu kocham Stasia, choć to są staroświeckie słowa. Jest on jedyną bliską memu sercu osobą. Mieliśmy zamiar przetrwać jak najdłużej. Dwa dni później podobne zdania wypełniły dokument podpisany przez konkubenta Marii. Wyjaśnienia Stanisława z grubsza zgadzały się z wersją ukochanej. Nężczyzna opowiadał. Marylka nie mówiła mi, że ten komornik ma przy sobie dużo pieniędzy. Nie mówiła, że widziała u niego złoty sygnet. Po prostu był gościem Marylki i razem piliśmy wódkę. W pewnym momencie temu komornikowi zachciało się kwasu z ogórków. Wobec tego ja ubrałem się i poszedłem do warzywniaka. Gdy Stanisław wrócił z zakupami, zastał jednoznaczny obraz.

Dodali do tego alkoholizm, co sumarycznie w nieznacznym stopniu ograniczało jego poczytalność. Wobec Marii M. po badaniach w łódzkiej Kochanówce orzekli nieprawidłową osobowość ze skłonnościami do autoagresji i nadużywania alkoholu. W momencie zbrodni podejrzana znajdowała się w stanie zwykłego upojenia alkoholowego przy zachowaniu pełnej poczytalności. Kilkudniowy proces rozpoczął się dopiero 7 grudnia 1987 roku w sali nr 1 Sądu Wojewódzkiego w Łodzi pod przewodnictwem sędziego Sylwestra Olejniczaka. Nie odbył się on gładko, bo już na samym początku mecenas Lech Mazur, który nazywał swojego klienta kalekim tworem, wnioskami zasypywał Trybunał.

Maria również nie przyznała się do zabicia komornika, jednak przyznała, że pomagała go ćwiartować oraz korzystała z jego mienia. Małoletni Jacek i Darek zgodnie z prawem odmówili zeznań. Duże poruszenie wywołało natomiast wystąpienie biegłego lekarza sądowego. Doktor Skórniewski nie potrafił określić przyczyny śmierci zamordowanego. Mogło to być uduszenie, rana kłuta lub rąbana. Wątpliwości nie było tylko wobec dwóch ustaleń. Przynajmniej trzy ciosy zadano za życia ofiary. A Stefan w chwili śmierci był nietrzeźwy. To ostatnie tak oburzyło żonę i córkę urzędnika, że kobiety wierząc w idealny wizerunek bliskiego, przez pełnomocników złożyły pismo procesowe, kwestionujące badania specjalistów na obecność alkoholu we krwi denata.

Na niewiele im się to jednak zdało, ponieważ próbka moczu wykazała stężenie 2,5 promila. Wersję oskarżonych potwierdzał również kwit wystawiony przez zmarłego poborca. Autorzy książki Pitawal-Łucki zaznaczyli W rozliczeniu, które Stefan Z. przedstawił w urzędzie następnego dnia o 8 rano, napisał, że w mieszkaniu Marii M. nie zastał ruchomości wystarczających na pokrycie grzywny, a sama Maria M. mieszka u Stanisława M. Poborca informował jednocześnie o niemożności wykonania czynności egzekucyjnych wobec Stanisława M. z powodu braku numeru mieszkania, pod którym Stanisław M. mieszka.

Dodatkowo, według reporterów Dziennika Łódzkiego, mężczyzna skłamał w oświadczeniu, że Maria nie pracuje, a utrzymuje się tylko z alimentów. Raport złożył 14 stycznia i zgodnie z prawem następnego dnia nie mógł iść bez tytułu wykonawczego do dłużnika, więc jeśli w środę był w mieszkaniu przy Wólczańskiej, to tylko prywatnie. Wyrok zapadł dopiero 22 stycznia 1988 roku. Prokurator żądał dla Stanisława Stryczka, a dla Marii 25 lat więzienia. Adwokat Mazur zaprotestował i w bardzo długim przemówieniu skrytykował koncepcję kary śmierci.

powoływał się na brak premedytacji, obecne u klienta napięcie afektywne oraz charakteryzował parę jako pariasów społeczeństwa. Podobnie jak obrońca Marii, czyli Jerzy Szczepaniak, mecenas zaapelował o uwolnienie mężczyzny od zarzutu popełnienia zbrodni w celach rabunkowych z braku dostatecznych dowodów winy oraz o zmianę kwalifikacji prawnej czynu. Sąd zadecydował jednak, że konkubenci działali wspólnie i w porozumieniu, żeby z premedytacją zabić oraz okraść komornika. Stanisława skazano na 25, a Marię na 15 lat więzienia. Sędzia w zwięzłym uzasadnieniu stwierdził, że kobieta była pod wpływem dominującego kochanka.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.