Mentionsy Mentionsy
Mroczne Wieki
Mroczne Wieki

Koniec Napoleona - Elba, Sto Dni i Waterloo

01.05.2026 ·2 godz 11 min

11 kwietnia 1814 roku w Fontainebleau ostatecznie zawarto porozumienie między Aliantami a ustępującym władcą Francji. Napoleon mógł dalej tytułować się Jego Cesarską Mością, otrzymywał przy tym we władanie leżącą na Morzu Tyrreńskim wyspę Elbę, będącą niczym przystanek między Toskanią a Korsyką. Zwycięzcy obiecali mu roczną pensję w wysokości dwóch i pół miliona franków, niezbędnych do utrzymania dworu i zbyt dużego garnizonu jak na warunki panujące na tej skalistej wysepce.Wesprzyj mnie na:https://patronite.pl/mrocznewiekihttps://buycoffee.to/mrocznewiekihttps://suppi.pl/mrocznewiekiMroczne Wieki to podcast historyczny prowadzony przez Michała Kuźniara w całości oparty na publikacjach (naukowych i popularnonaukowych), tekstach źródłowych oraz własnych wnioskach.Okładka: "The 28th Regiment at Quatre Bras", Elizabeth Thompson, 1875, domena publicznaOpracowania:Chandler D., The Campaigns of Napoleon, Scribner 1973.Keegan J., Oblicze bitwy. Studium nad bitwami pod Azincourt, Waterloo i nad Sommą, Napoleon V, Oświęcim 2019.Kennedy P., Narodziny i upadek mocarstw. 500 lat burzliwej historii największych potęg świata, Prześwity 2025.Roberts A., Napoleon Wielki, Magnum, Warszawa 2015.Zahorski A., Napoleon, PIW, Warszawa 1982.

Król czuł, że grunt pali mu się pod nogami, w końcu wysłał więc na południe najsilniejszy oddział pod dowództwem najdzielniejszego z dzielnych, marszałka Michelaneya. Alzatczyk obiecał swemu królowi przywiezienie Napoleona do Paryża w żelaznej klatce. Ney z początku zamierzał wypełnić obietnicę daną Ludwikowi, ale cały jego misterny plan sypał się na oczach niczym zamek z piasku. Kolejne bataliony na wyścigi garnęły się pod skrzydła Napoleona, niewiele sobie robiąc z rozkazów marszałka, który był w armii uwielbiany. Cesarz wiedział, że Ney obiecał oddać go Ludwikowi w żelaznej klatce, ale wykazał się dużą wyrozumiałością.

W liście wysłanym do niego pisał W tym miejscu nawiązywał do bohaterskich osiągnięć Neya, które zagwarantowały mu tytuł księcia Moskwy. Ney przyznał przed żołnierzami, że sprawa Bourbonów jest przegrana i ku ich radości 18 marca w Auxerre przeszedł na stronę cesarza. Na wieść o jego zdradzie Ludwikowi XVIII nie pozostało już nic poza ucieczką do opanowanej przez aliantów VII koalicji Belgii. 20 marca 1815 roku Napoleon wkroczył do Paryża. Jego trzytygodniowy marsz i następujące po nim przejęcie władzy były tym bardziej zdumiewające, że odbyły się bez rozlewu krwi.

Napoleon mógł kierować się podczas podejmowania tej decyzji chęcią zabezpieczenia porządku w stolicy, kimś kompetentnym i godnym zaufania, ale nie da się ukryć, że talenty Davout zostały wówczas zmarnowane, podobnie jak podczas kampanii z lat 1813-14, gdy marszałek przez wiele miesięcy zamiast na froncie dowodził obroną oblężonego Hamburga. W zbliżającej się kampanii w Belgii, Napoleon gorzko pożałuje pozostawienia tego człowieka na tyłach, zamiast niego opierając się na znacznie mniej uzdolnionym, choć bardzo odważnym, Michelu Ney'u. Ney cieszył się olbrzymią popularnością w armii, ale sam Napoleon miał kilka razy bardzo cierpko podsumować jego talenty strategiczne. W 1808 roku powiedział, że Ney rozumie jego strategię nie lepiej niż mały doboż maszerujący z bębnem obok szeregów.

Przez wiele lat niedoskonałości Neya naprawiał jego szef sztabu, Szwajcar Antoine Henri Jomini, który przekładał plany strategiczne Napoleona na bardziej ludzki język, zrozumiały dla prostego Neya. W 1813 roku jednak, poirytowany brakiem oczekiwanego awansu na generała majora, umyślnie zablokowanym przez marszałka Berthiera, Jomini opuścił armię francuską i przeszedł na stronę Rosjan. Problemy Neya nie ograniczały się jedynie do ograniczeń rozumienia strategii. Od wyczerpującego powrotu spod Moskwy marszałek cesarstwa nie doszedł do siebie psychicznie. Najprawdopodobniej cierpiał na coś co dzisiaj określamy jako zespół stresu pourazowego albo PTSD.

To w połączeniu z brakiem inicjatywy i nieumiejętnością skutecznego dowodzenia większymi siłami stawiało Nea w trudnej sytuacji wobec przeciwników takich jak Wellington czy Blysia. Pewnego razu cesarz powiedział, że Ney ewidentnie czuje się zagubiony, gdy dostaje pod komendę więcej niż 10 tysięcy ludzi. Pod tym względem książę Moskwy był jednak i tak zdolniejszy od wielkiego nieobecnego Luisa Aleksandra Berthiera, pierwszego marszałka cesarstwa, który zdaniem Napoleona nie byłby w stanie poprowadzić do walki nawet 500 ludzi. Berthier miał jednak inne zalety, absolutnie bezcenne. No cóż Kamilu, wojna to system, a w otoczeniu Napoleona nikt inny tak jak Berthier tego systemu nie rozumiał.

Losy kampanii miały rozstrzygnąć się w ciągu tygodnia. Gdyby Blücher i Wellington zdołali jakoś przetrwać impet pierwszego uderzenia albo wycofać się bez większych strat w dobrym porządku, kampania byłaby dla Napoleona przegrana jeszcze w czerwcu. Już 16 czerwca doszło do pierwszych poważnych starć. Marszałek Ney starł się pod Quatre Bras z awangardą wojsk Wellingtona, składającą się głównie z Holendrów. Wellington nie ufał belgijskiemu i niderlandzkiemu elementowi swoich wojsk, starał się więc mieszać je z angielskimi jednostkami. W ogóle według Robertsa sami Anglicy stanowili nie więcej niż 36% ogółu wojsk, jakimi dowodzi Wellington.

49% całości stanowili żołnierze niemieckojęzyczni, co po dodaniu jeszcze armii pruskiej operującej na wschód od Brukseli daje ciekawe wnioski. W czerwcowej kampanii, jaka rozegrała się na belgijskich polach, mówiono przede wszystkim po francusku i niemiecku. Michel Ney otrzymał od Napoleona wyraźny rozkaz zajęcia ważnego strategicznie skrzyżowania pod Quatre Bras i spokojnie mógł tego dokonać wczesnym rankiem 16 czerwca, ale nie podjął wystarczająco prędko żadnej inicjatywy. Gdy wreszcie przystąpił do walki, było już za późno na łatwe zwycięstwo. Na placu boju pojawił się Wellington, a wraz z nim kolejne posiłki.

Ney musiał przez kolejne godziny walić głową w mur, tracąc ludzi i cenny czas. Pod Quatre Bras doszło do prawdopodobnie najbardziej brzemiennego w skutkach zamieszania podczas tej kampanii. Ney miał pod ręką dwa korpusy, każdy liczący blisko 20 tysięcy ludzi. Ale przez cały dzień walczył jedynie jeden z nich. Dowodzony przez generała Reya. Drugi, prowadzony przez hrabiego Derlona, cały dzień maszerował tam i z powrotem bez oddania jednego strzału między Neem a Napoleonem. Jak do tego doszło? Gdy Ney zmagał się z wojskami angielsko-holenderskimi pod Quatre Bras, 10 km dalej, na południowy wschód, pod Ligny, reszta wojsk francuskich zwarła się z całą potęgą pruską.

Napoleon ponownie stanął przeciwko staremu Feldmarszałkowi naprzód, jak zwano Blichera, ze względu na jego ofensywny styl prowadzenia wojny. 16 czerwca pod Ligny Napoleon stanął przed szansą rozbicia jednej z dwóch stojących mu na drodze do sukcesu armii. Ney miał w tym czasie zdobyć ważne skrzyżowanie i zmusić Wellingtona do odwrotu. Ney wydał wyraźny rozkaz dowodzącemu I Korpusem, Derlonowi, aby przybył mu na pomoc pod Quatre Bras. Derlon posłuchał i ruszył na czele niemal 20 tysięcy ludzi w kierunku walk toczonych o ważne skrzyżowanie. Gdy jednak był jeszcze w drodze, otrzymał rozkaz wysłany przez samego Napoleona, który domagał się przybycia Derlona pod Ligny, gdzie właśnie ważyły się losy bitwy z Prusakami.

Derlon ruszył więc na wschód, maszerując parę kilometrów, chociaż na skutek niejasnych rozkazów poszedł nie do końca tam, gdzie spodziewał się go Napoleon, ale o skutkach tej pomyłki wspomnę jeszcze za chwilę. Gdy Derlon zbliżał się do sił cesarza, ponownie zatrzymały go rozkazy wściekłego Neya, który uzmysłowił sobie, że pod Quatre Bras nie walczy już tylko z holenderskimi żołnierzami, ale ma przeciwko sporą część całej armii Wellingtona. Ney domagał się powrotu Derlona i udzielenia mu pomocy. Pierwszy korpus pod dowództwem tego ostatniego ruszył więc ponownie na zachód, ale nie zdążył już dotrzeć na plac boju przed zmierzchem. Tego dnia jego żołnierze chodzili wte i z powrotem, a w pewnym momencie niechcący ocalili nawet Prusaków pod Ligny.

Pod Quatre Bras sytuacja wyglądała inaczej. Ney nie zdołał pobić sił angielsko-holenderskich. Starcie zakończyło się remisem. Dopiero pod osłoną nocy Wellington kazał wycofać się swoim ludziom. Wobec porażki Prusaków pod Ligny dalsza obrona Quatre Bras byłaby bezsensowna. Żelazny Książę kierował się na północ, gdzie już za dwa dni między miejscowościami Mont Saint-Jean i Waterloo miało dojść do najważniejszej bitwy tej kampanii. W pruskim sztabie panowała tymczasem spora konsternacja co do planów dalszego działania. Armia straciła 24 tysiące ludzi. Feldmarszałek cudem przeżył upadek z konia, a teraz należało się jakoś pozbierać i przegrupować.

To jednak było jeszcze nic przy postawie Nea. Tuż po południu Napoleon zorientował się, że najdzielniejszy z dzielnych jeszcze w ogóle nie podjął pościgu za wycofującymi się na północ Anglikami. Zamiast tego, Ney ze swoimi podwładnymi raczył się późnym śniadaniem na poboczu drogi, co wyprowadziło Napoleona z równowagi. Wyjątkowo łatwy do zirytowania cesarz zrugał sztab Neya, poganiając ich do szybszej akcji. To wtedy miał wykrzyczeć do marszałka Derlona słowa, Francja została zgubiona. Napoleon miał także narzekać, że Ney zmarnował czas pod Quatre Bras, a Derlo błąkał się po polach, nawiązując do wydarzeń poprzedniego dnia.

Teoretycznie byli w stanie. Wellington był bardzo aktywny, często objeżdżając swoje linie. Pojawiał się w miejscach wymagających obecności głównodowodzącego, aby wesprzeć i zmotywować łamiące się szeregi. Przynajmniej dwukrotnie zatrzymywał uciekające wojska, a raz został nawet ostrzelany przez własnych niderlandzkich żołnierzy. Być może przez pomyłkę, chociaż do końca nigdy nie wiadomo. Wellington był surowym dowódcą, żołnierzy uważał za szumowiny, a obcokrajowcom z Belgii i Holandii w swoich szeregach zwyczajnie nie ufał. Napoleon z kolei oddał kontrolę nad walką w ręce Michela Neya, który miał być pierwszym człowiekiem zaraz po cesarzu.

Jeszcze gorzej wyglądały perspektywy prostych żołnierzy, którzy musieli często stać bezczynnie pod ogniem artyleryjskim, uparcie utrzymując swoje pozycje w czworobokach. Formacjach, które miały odegrać olbrzymią rolę w końcowej fazie bitwy. O szesnastej marszałek Ney dostrzegł dziwne zamieszanie na tyłach armii Wellingtona i natychmiast wziął je za początek odwrotu jego sił. Książę faktycznie dokonywał pewnego przegrupowania. Poza tym na jego tyłach ciągle kursowały wozy dowożące amunicję z Brukseli, a w przeciwną stronę zabierające rannych. Poza tym zdarzały się, jak zawsze zresztą, przypadki dezercji. Armia Wellingtona nie uciekała jednak z pola walki.

Ney tego jednak nie wiedział i wydał rozkaz zmasowanej frontalnej szarży kawaleryjskiej w samo serce linii przeciwnika. Zamierzał zmieść Anglików z powierzchni ziemi i wygrać bitwę tym brawurowym, choć mało wyszukanym manewrem. Wkrótce kolejne linie francuskiej kawalerii zaczęły ruszać w kierunku angielskich pozycji. Na przestrzeni szerokiej na 700 metrów zgromadziło się nawet 10 tysięcy ludzi i koni. W następujących po sobie falach siły te starały się zalać linie przeciwnika. Anglicy zorientowali się jednak w porę i uformowali swoje jednostki w czworoboki. Prostokątne formacje z wydłużonym czołem, w których żołnierze obstawiali wszystkie cztery boki zostawiając w środku pustą przestrzeń dla dowodzących nimi oficerów i dla rannych.

Taki sam los czekał potężną kawaleryjską nawałnicę Neya, jaka po szesnastej przetoczyła się w kierunku brytyjskich czworoboków. Już kiedyś polecałem wam stary, ale bardzo dobry film Waterloo, który moim zdaniem na niemal każdej płaszczyźnie bije Napoleona Ridleya Scotta. Jeden ze słuchaczy zwracał mi potem uwagę, że mocno rozczarował się brakiem autentyzmu w scenach, w których francuska kawaleria nienaturalnie jego zdaniem zatrzymywała się przed czołem brytyjskiej piechoty. No cóż, w nowych filmach, z wszechobecnym CGI, te konie po prostu by stratowały tych ludzi zupełnie ignorując przy tym las bagnetów. Człowiek da się przekonać, aby rzucić się na bagnet. Zwierzę takie głupie już nie jest. Otóż w czerwcu 1815 roku nawet ciężkozbrojni kirasjerzy wdzierali się do wnętrza czworoboków piechoty Wellingtona tylko wtedy, gdy ich koń został śmiertelnie postrzelony i już siłą rozpędu wpadał po prostu w ścianę piechoty.

Żaden żywy i zdrowy na umyśle koń by tego nie zrobił. Zwierzęta po prostu boją się ostrej stali. Dlatego też frontalny atak kawalerii Neya skończył się mniej więcej tak jak w filmie Bondarczuka. Masakrą, ale nie piechoty. Żaden z brytyjskich czworoboków nie został rozerwany, a francuscy kawalerzyści podejmowali brawurowe, ale skazane na porażkę szarże, które nie zdołały złamać oporu Anglików i schłonić ich do ucieczki. Wierzchowce jeździły wokół tych mobilnych fortec, ponosząc coraz większe straty, a wszystko to dlatego, że nikt we francuskim sztabie nie zdołał w porę dosłać im na pomoc piechoty ani mobilnej artylerii ciągniętej przez konie. Chandler pisze, że ścisk panujący na polu bitwy był tak wielki, że nawet gdyby Francuzi chcieli, to i tak nie mieli szans, aby to zrobić, bo te 10 tysięcy koni z jeźdźcami zajęło po prostu za dużo przestrzeni.

Efekt szarży był dla Francuzów katastrofalny. Kawaleria Nea zdołała na przykład zdobyć parę stanowisk brytyjskiej artylerii, ale nie była w stanie zagwoździć dział poprzez wbicie stalowych kolców w ich otwory zapałowe. Gdy jednostki artyleryjskie musiały porzucać swoje działa lub zdobywały armaty przeciwnika, ale nie miały ich jak ze sobą wziąć, do otworu zapałowego wbijano stalowy kolec i łamano go. Tak, aby nikt nie mógł udziała ponownie użyć. Kawalerzyści Neja nie mogli tego zrobić, ponieważ wymagałoby to od nich zejścia z koni, czego nikt w bezpośredniej obecności wciąż niezwyciężonego wroga zrobić nie zamierzał. Do tego potrzebna była piechota, ale ta nie wsparła Neja. Kolejne fale tej brawurowej szarży rozbijały się o niewzruszone ściany brytyjskich czworoboków.

Przed którymś z kolejnych ataków angielscy piechurzy zaczęli komentować starania Francuzów słowami. Oto znowu nadciągają ci cholerni głupcy. Po 17.30 ataki już stały, a pokonana kawaleria zawróciła na swoje pozycje. Napoleon był zszokowany lekkomyślną decyzją Neya. Ten ostatni także próbował potem przerzucać odpowiedzialność na podwładnych. To oni mieli zacząć atak, a on jedynie poszedł za nimi. Takie przerzucanie się odpowiedzialnością trwało wśród Francuzów przez całe lata, a prym wiódł w tym Napoleon na Świętej Helenie. Sukces zawsze ma wielu ojców. Porażka jest zaś sierotą.

Pomimo tego, francuscy piechurzy dalej masami wspinali się po tych sztucznych wałach i zasypywali ogniem Niemców. Ci ostatni musieli w końcu ustąpić i wycofać się z folwarku, który znajdował się w ważnym punkcie linii Wellingtona, niebezpiecznie blisko jego centrum. Na ten moment czekał Ney. Marszałek kazał podciągnąć artylerię do świeżo zdobytego folwarku i z tej dogodnej pozycji zaczął zasypywać linię Wellingtona morderczym ostrzałem, który natychmiast uczynił spustoszenie w jego szeregach. To właśnie wówczas książę miał z narastającym niepokojem powiedzieć. Dajcie mi noc albo dajcie mi Blyshara. Ostrzał z francuskich kartaczy niemal bezkarnie masakrował linie brytyjskiej piechoty, wybijając całe oddziały.

Ney domagał się wysłania mu posiłków, na co cesarz odparł szorsko. A skąd oczekujesz, że wezmę te posiłki? Mam je stworzyć? Podobnie jak trzy lata wcześniej pod Borodino, Napoleon tak i tym razem zwlekał z zaangażowaniem swojej gwardii, która ciągle obserwowała bezczynnie plac boju. Gwardia była jego asem w rękawie. Nie chciał pozbyć się jej zbyt prędko. Dopiero o 19 w krytycznej sytuacji zdecydował się działać. Francuzi szykowali się do ostatecznego uderzenia. Na wschód od placu boju zamajaczyły tymczasem kolejne wojska, z początku niezidentyfikowane. Napoleon wiedział, że to blysier prowadzący przeciwko niemu całą pruską armię, która niechybnie zmiażdży wszelki opór. Postanowił jednak zablefować przed własnym wojskiem.

Osobiście podjechał do zbierających się do natarcia linii i jadąc tuż obok nich prowadził przez kilkaset metrów armię w kierunku wzgórza Mont Saint-Jean. Był to moment nieprawdopodobnego uniesienia, gdy tysiące francuskich żołnierzy ponownie odzyskało wiarę w zwycięstwo, kierując się jedynie widokiem swojego cesarza. O krzyk! Vive l'Empereur! Niech żyje cesarz! rozległ się po równinie. Będąc około pięciuset metrów od brytyjskich linii, Napoleon przekazał dowodzenie w ręce Neya, który chwilę wcześniej stracił piątego wierzchowca. Cesarz usunął się wtedy w nieco bezpieczniejszy rejon, zapewne niedaleko ledwo co zdobytego folwarku La Haye Sound.

Ogrzał się, odpoczął, przekąsił kawałek chleba wyciągnięty dla niego z kieszeni przez jakiegoś oficera. Potem jechał dalej. Po przekroczeniu granicy przesiadł się do wygodniejszego powozu I w nim pojechał w stronę Paryża. Trzy dni później abdykował, przekonany do tego przez swoje otoczenie. Niedługo potem oddał się w ręce Anglików, którzy tym razem wywieźli go daleko od Europy, na Świętą Helenę. Można powiedzieć, że się mu upiekło. Gdyby wpadł w ręce Prusaków albo Bourbonów, mógłby skończyć jako męczennik. Taki bowiem los czekał Michela Neya, który końcem roku 1815 został osądzony i skazany na śmierć za zdradę stanu.

Rok wcześniej przyrzekał wierność Ludwikowi XVIII, więc taki wyrok nie powinien nikogo dziwić. Ney mógł mieć pretensje jedynie do siebie samego. 7 grudnia 1815 roku najdzielniejszy z dzielnych stanął przed plutonem egzekucyjnym. Tuż przed salwą kazał zdjąć sobie opaskę z oczu, mówiąc, że przez 26 lat nie bał się kul, nie lęka się ich także teraz. Egzekutorów prosił o strzał w serce. Większość z nich, z wyjątkiem jednego, spełniła jego życzenie. W chwili śmierci miał 46 lat. Był rówieśnikiem Napoleona i Wellingtona. Czytając o wszystkich wyczynach Neja, brawurowego marszałka, który nie za bardzo znał się na strategii i trochę zbyt często podążał za porywami serca i wiecznie rozpalonej głowy, zastanawiam się czy nie miał wśród przodków jakichś Polaków.

Jego żelazny organizm coraz trudniej znosił trudy błyskawicznej kampanii. Stanowczo przecenił także jakość swoich dowódców, szczególnie Nea, jednocześnie niedoceniając zdolności Wellingtona oraz determinacji i lojalności von Blichera, który zdołał przybyć pod Waterloo pomimo wcześniejszej klęski i upadku z konia. Zaraz po dwudziestej pierwszej pruski feldmarszałek i angielski książę spotkali się zresztą oko w oko w karczmie w La Belle Alliance, tam gdzie zaledwie chwilę wcześniej konno przejechał uciekający Napoleon. Nazwa miejscowości, po francusku oznaczająca tyle co piękne przymierze, wspaniale pasowała do wydarzeń tego dnia i charakteru relacji łączącej dwóch aktorów, Prusaka i Anglika.

Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.