ZAGINIĘCIE, KTÓRE WSTRZĄSNĘŁO MIASTEM! Joanna Surowiecka | KrymiKrąg #114
7 czerwca 2006 roku, w słoneczny poranek, 20-letnia studentka z Czechowic-Dziedzic wyrusza na dworzec — ma zdawać pierwszy egzamin na uczelni. Do celu nigdy jednak nie dotrze. Jej telefon milknie, ślady gasną w zaroślach wokół peronu, a trop prowadzi donikąd. Rodzina, przyjaciele, policja — wszyscy próbują dociec prawdy.Lata mijają. Śledztwo się ślimaczy, wątpliwości mnożą, a z mroków czasu zaczyna wyłaniać się cień jednego człowieka. Telefon Joanny trafia… do żony podejrzanego. Czy właśnie ten detal złamał milczenie zbrodniarza? W listopadzie 2010 roku zwłoki zostają odkryte — ukryte, zakopane, zapomniane. W trakcie procesu ujawniają się mroczne kulisy: błędy śledczych, upór rodziny ofiary, tożsamość sprawcy.W tym odcinku:• Prześledzimy każdy krok tamtego poranka — od porannej wiadomości SMS aż po milczenie Joanny.• Odkryjemy elementy, które w końcu sprowadziły śledczych z powrotem na właściwe tory: telefon, zeznania i wytrwałość bliskich.• Zastanowimy się nad tym, co naprawdę znaczy „błąd w śledztwie” i ilu z nas pozostaje ofiarą systemowych niedoskonałości.Jeśli lubisz historie o prawdziwych zbrodniach, o ludziach, którzy nie odpuszczają, i o cienkiej granicy między milczeniem a przyznaniem — wysłuchaj go, zanim czas o tej sprawie zapomni.Patronitehttps://patronite.pl/krymikragMateriały źródłowe:https://docs.google.com/document/d/14lvIeDKY5ep9FwM3SE2xCyetYv_4ZxVtx-sqEIyaZ6s/edit?usp=sharingPOLUB ❗ SKOMENTUJ ❗ SUBSKRYBUJ ❗
O tej sprawie dowiedziałam się przy realizacji odcinka o zaginięciu Karoliny Wróbel. Karolina wyszła z domu, podobno do pobliskiego sklepu i do dzisiaj nie wróciła. To zaginięcie, podobnie jak i wydarzenia z czerwca 2006 roku, wstrząsnęły mieszkańcami Czechowic dziedzic. Wówczas zaginęła inna młoda kobieta, 20-letnia Joanna Surowiecka. Prawda o jej losach wyszła na jaw, ale po blisko pięciu latach. Zapraszam na jej historię. Muzyka Ten odcinek powstał m.in. dzięki wsparciu Ogni w Krymikręgu na Patronite. Dołącz do nich już teraz na patronite.pl i stań się częścią tego projektu.
Zostań moim patronem. Joanna Surowiecka urodziła się 29 czerwca 1986 roku. Mieszkała w Czechowicach-Dziedzicach, po szkole średniej podjęła studia, wybrała Górnośląską Wyższą Szkołę Handlową w Katowicach. 7 czerwca 2006 roku miał być dniem jak każdy inny. Joanna wyszła z domu przy ulicy Renarda o godzinie 8.30, może 8.35, szła pieszo zmierzając do dworca kolejowego Goczałkowice-Zdrój. Planowała dojechać pociągiem do Katowic. Pociąg odjeżdżał o godzinie 9.02. Był to czas zaliczeń i egzaminów. Joanna zamierzała podejść do pierwszego egzaminu na kierunku turystyka.
Trasa, którą musiała pokonać, nie była szczególnie długa, ale dość wymagająca. Wiodła przez gęste zarośla, nieopodal stawów, domostw na próżno było tam szukać. Były to miejsca, gdzie samotny spacer po zmroku może przyprawić ogęsią skórkę, tyle że Joanna szła tą drogą z rana. Pogoda dopisała, a że były to tylko dwa kilometry, może lekko zestresowana, ale z dobrym nastawieniem wyruszyła spacerem na dworzec. Jeszcze przed godziną dziewiątą, w zależności od źródeł o 8.41 lub 8.48, Joanna korzysta z telefonu. Próbuje skontaktować się ze swoim kolegą ze studiów, puszcza mu tak zwaną strzałkę, czyli wykonuje krótkie połączenie, tak aby druga osoba wiedziała, że ma o to dzwonić.
Po to, by nie stracić impulsów czy środków na karcie. Lub jak wynika z pozostałych źródeł, wysłała koledze smsa. Chłopak wówczas spał, nie odpowiedział od razu. Podczas spaceru Joanna widzi przejeżdżający samochodem sąsiad. Była mniej więcej w połowie drogi, nieopodal starej winiarni. Sytuacja jakich wiele, nic szczególnego. Sąsiad pojechał w swoim kierunku, Joanna poszła w swoi. Co się takiego wydarzyło, że dziewczyna nie dotarła do miejsca, z którego planowała kontynuować podróż, choć była umówiona z kolegą z Czechowic, że pojadą razem? Co się takiego stało, że nie podeszła do egzaminu z psychologii, który zgodnie z planem rozpoczął się o godzinie 11.15? Co uniemożliwiło jej kontakt z bliskimi?
Dlaczego nie odbierała telefonu, nie uspokoiła, nie wyjaśniła powodów swojej nieobecności na zaliczeniu, a później w domu? To wszystko stało się zagadką na kolejnych prawie pięć lat. Zanim jednak poznano rozwiązanie, wydarzyło się naprawdę wiele. Już w pierwszych chwilach, w których nie było kontaktu z Joanną, jej bliscy zaczęli się o nią niepokoić. Joanna nie odbierała telefonu ani od rodziców, ani od siostry Anety, ani jej chłopaka Łukasza. Zero udanych prób, żadnych wyjaśnień. Jej telefon był aktywny jeszcze po południu. Sygnał był słyszalny, ale Joanna nie odbierała. Później wszystko wyglądało tak, jakby ktoś wyłączył telefon lub wyrzucił kartę SIM. Próbując dowiedzieć się czegokolwiek, siostra i jej chłopak skontaktowali się ze znajomymi Joanny ze studiów.
Wykorzystali popularny w tamtym czasie komunikator internetowy. Napisali też do kolegi, który miał czekać na Joannę na dworcu. Nadal nic. Żadnych informacji. Z kolejnymi minutami i godzinami niepokój tylko rósł. Gdy siostra Joanny zadzwoniła do mamy, pani Irena stwierdziła, że nie ma na co czekać, trzeba zawiadomić policję. Już wtedy miała powiedzieć, że na pewno stało się coś złego. Służby zaczęły działać jeszcze tego samego dnia. Pierwsze czynności podjęto wieczorem, 7 czerwca, czyli w dniu zaginięcia. W międzyczasie o zaginięciu dowiedziały się bliskie Joannie osoby. Postanowiły się przyłączyć. Kolejnego dnia jej rodzina, znajomi, przyjaciele i sąsiedzi wzięli udział w poszukiwaniach.
Towarzyszyli im także policjanci z psami tresowanymi do poszukiwania ludzi i ciał, a także strażacy, goprowcy i wolontariusze. Determinacja i zaangażowanie były ogromne. Akcję poszukiwawczą przeprowadzono na bardzo dużą skalę. Rodzice Joanny nie ustępowali i dążyli do jak najszybszego odnalezienia córki. Niestety pierwsze trzy tygodnie poszukiwań nie przyniosły żadnych nowych informacji. Żadnych fragmentów ubrań, śladów samochodu, kompletnie nic. Pojawiło się wyjaśnienie. Szukano nie w tym rejonie, w którym powinno. Założono, swoją drogą błędnie, że dwudziestolatka została zaatakowana lub pozbawiona wolności przed mostem na Wiśle, około kilometra przed stacją w Goczałkowicach Zdroju. To właśnie tam policyjny pies zgubił trop.
Ponadto pojawił się świadek, który właśnie w tym miejscu, właściwie to jako ostatnia zweryfikowana osoba, widział idącą w stronę Goczałkowic Zdroju Joannę Surowiecką. Zapewne w związku z podsumowaniem właśnie ten konkretny obszar został obrany jako właściwy teren do kontynuacji poszukiwań. Próbowano nagłośnić sprawę zaginięcia, przepytywano przechodniów, a kartki ze zdjęciem Joanny informacjami o poszukiwaniach można było zobaczyć nie tylko w Czechowicach-Dziedzicach i okolicznych miejscowościach, a znacznie dalej, bo pojawiły się w całej Polsce, ale i w wielu europejskich miastach. Joanna to dziewczyna o szczupłej budowie ciała, wzroście 172 cm, wadze około 55 kg, w długich, czarnych, prostych włosach i piwnych oczach.
Jej znakiem szczególnym była narośl na prawym uchu. Wraz z kolejnymi tygodniami sprawa stawała się coraz bardziej medialna i takie persony zaczęła przeciągać. W poszukiwania zaangażował się Jasnowic Krzysztof Jackowski, który stosując nietuzinkowe praktyki wytypował obszar, w którym Joanna miałaby przebywać. Już dwa dni po zaginięciu zgłosiła się do niego czwórka przyjaciół Joanny. Przynieśli ze sobą m.in. zdjęcie, które pomogło w wyznaczeniu konkretnego miejsca. Były to okolice Pszczyny. Joanna miała być tam krótko, przed zaginięciem. Zbiornik wodny, a nieopodal mały drewniany domek otoczony drzewami iglastymi. Znaleziono takie miejsce. Też to, które idealnie odpowiadało opisowi.
I co zaskakujące, wiele z tej wizji się sprawdziło. Rodzice Joanny pojechali w to miejsce kilka dni później. Okazało się, że był to domek rodziców kolegi Joanny. Przyznał, że owszem, była u niego, ale ponad miesiąc wcześniej, dokładnie 3 maja na grillu. To, że Joanna tam pojechała, potwierdziła też jej mama. Pies policyjny natomiast podjął trop, a ze słów policjanta wyczytać można jasno, że to, że Joanna była tam tylko 3 maja, nie musi być prawdą. Jego zdaniem Joanna była w tym domu nie więcej niż cztery dni wcześniej. Taka wersja idealnie potwierdzałaby wizję jasnowidza, ale stała w kontrze do słów kolegi Joanny. Policjanci rozpoczęli działania, zebrali ślady, przesłuchali właścicieli domku i kolegę Joanny, zabezpieczyli co się dało.
Oprócz wersji o ucieczce i informacjach o możliwościach, ludzie Rutkowskiego chcieli mieć pewność, że dziewczyna przemierzyła drogę, którą miała pójść. Planowali też zweryfikować, czy ktoś ją podwiózł, czy może złapał się moment, w którym została np. wciągnięta do jakiegoś samochodu. Idąc tym tropem, dotarli do komisu samochodowego naprzeciwko trasy do Katowic. Na tym samym budynku była zamontowana kamera. Znajdowała się po drugiej stronie dwupasmówki. Jak się okazało, policja wykorzystywała ją do obserwacji. Monitorowali nielegalne wyrzucanie śmieci na pobliską działkę. Niestety, przy sprawie zaginięcia Joanny Surowieckiej zupełnie o niej zapomnieli. Ale koniec końców nie przyznali się, że był to błąd czy zaniedbanie z ich strony.
Policjanci twierdzili, że robili co mogli, skupili swoje działania na korycie rzeki, więc nie było tak, że w tamtym momencie byli totalnie bierni. Nagranie zostało zabezpieczone, ale trwało to aż miesiąc. Ponadto oceniono, że było na tyle nieczytelne, że nie wnosi do sprawy niczego nowego. Biegły określił, że ktoś musiał coś przy tym robić. Bez większych problemów udało mu się otworzyć zapis z 8 czerwca, natomiast nagranie z dnia zaginięcia zostało najprawdopodobniej usunięte. Trudno nazwać te ustalenia przełomowymi. Daleko im było do miana sukcesu, ale przyjmijmy, że ludzie Rutkowskiego przynajmniej próbowali. Mam wrażenie, że to jedna z tych sytuacji, w których szum medialnego jest więcej niż ustaleń.
Choć w tak poważnych sprawach im więcej osób usłyszy o okolicznościach, tym więcej informacji można uzyskać. Niestety nie zawsze pozytywnych, co i w tej historii miało miejsce, bo nie wszyscy są uczciwi i nie każdy ma dobre zamiary, ale uznajmy, że jeśli nie samymi czynnościami, to przynajmniej rozpoznawalnością jakkolwiek przysłużyli się sprawie zaginięcia Joanny. Hipotez tego, co mogło się zdarzyć tego czerwcowego dnia było naprawdę wiele. Spekulowano, że Joanna uciekła. Nie wiadomo dokąd, ale z całą pewnością za granicę. Wcześniej wyjeżdżała do pracy, więc zapewne stąd te założenie. Ponadto głosy świadków, którzy mieli coś wiedzieć więcej. Niestety nie wszystkie informacje były zgodne z prawdą, za co kilka osób usłyszało zarzuty celowego wprowadzenia w błąd zarówno rodzinę, jak i służby.
Inna osoba usłyszała zarzuty dotyczące próby wyłudzenia pieniędzy od rodziny. Przez matactwa rodzice Joanny próbowali odzyskać córkę z rąk rzekomych porywaczy we Włoszech i Austrii. Kolejna osoba podawała się za dwudziestolatkę. Jeszcze w 2009 roku, w czerwcu, czyli trzy lata od zaginięcia, trafił się ktoś, kto zatajając swoją tożsamość zadzwonił na numer policji z informacją o odnalezieniu rzeczy osobistych Joanny. Koń z końców się rozłączył, nie wskazując miejsca. Pojawił się nawet komunikat w tej sprawie z prośbą o ponowny kontakt, choć zaznaczono, że funkcjonariusze mają świadomość, iż może to być nieśmieszny żart. Ustalono, że dzwonił z budki, na którą nie był skierowany żaden monitoring.
Niesmak pozostał. Żerowanie na tragedii, dramatycznej sytuacji, w której wszelka ostrożność i zdrowy rozsądek są tak bardzo narażone na szwang. Wracając do wersji o ucieczce, to rodzina stanowczo temu zaprzeczyła. Joannie było w domu dobrze. Miała plany związane z życiem w kraju, jak chociażby zaliczenie roku akademickiego. Chciała spędzić trochę wakacyjnego czasu na Cyprze, gdzie dzięki swojej uczelni miała realizować praktyki w hotelu, ale wszyscy jej bliscy o tym wiedzieli. Nie robiła z tego tajemnicy, nie było to coś, czego miałaby się wstydzić, czy coś, co zechciałaby zataić. Świetnie się z córką dogadywali. Gdyby nawet kogoś poznała i chciała sobie z nimi ułożyć życie, to najpewniej by im o tym powiedziała.
Rodzice mieli z nią dobre relacje, nic złego się nie działo. Po co miałaby uciekać? Ponadto Joanna nie zabrała ani paszportu, ani oszczędności, ani najpotrzebniejszych rzeczy takich jak kosmetyki czy ubrania. W dniu zaginięcia była odświętnie ubrana, miała na sobie czarną spódnicę, którą zakładała tylko na specjalne okazje i białą elegancką koszulę na długi rękaw. Zdecydowanie wygodniej i bardziej komfortowo czuła się w spodniach i częściej w takim ubraniu chodziła. Wszystko jednak wyglądało tak, jakby naprawdę zamierzała dotrzeć na egzamin. Próbowano obalić stanowisko rodziców stwierdzeniem, że są osoby, które wybierają tła czy los. I zamiast domowych wygód wolą życie na dworcu centralnym niemal bez niczego.
Z pewnością tak jest, ale nie była to historia Joanny. Kolejna hipoteza, tym razem przedstawiona przez rodziców, była druzgocąca. Przypuszczali, że córka mogła zostać wciągnięta do samochodu i wywieziona za granicę, ale do pracy w domu publicznym. Spekulacje dotyczyły też scenariusza najgorszego z możliwych, że poszukiwania zmienią charakter, bo Joanna nie żyje. W czerwcu 2007 roku prokuratura rejonowa w Pszczynie umorzyła postępowanie w sprawie pozbawienia wolności Joanny Surowieckiej. Nie było śladów, że coś takiego mogło się stać. Wówczas poruszono też problem ewentualnych zaniedbań. Policja przyznała, że owe się pojawiły, ale miały nie wpłynąć na śledztwo i ostateczny rezultat.
Poważniejszych błędów podobno nie było. Niestety w takim zawieszeniu mijały kolejne miesiące. Zarówno rodzice, jak i siostra Joanny wierzyli, że wszystko skończy się dobrze, że Joanna do nich wróci. Próbowali się z nią skontaktować, pisali, czekali, aż sama się odezwie. Co miesiąc doładowywali konto jej telefonu, by mogła zadzwonić, jeśli pojawi się taka okazja i możliwość. Widzieli, co dzieje się na jej koncie bankowym, a przez cały okres poszukiwań pieniądze pozostawały nietknięte. Angażowali się w poszukiwania, a robili wszystko, by nie zapomniano o Joannie, by sprawa zaginięcia nie ucichła. Weryfikowali. Za podanie informacji wyznaczyli nagrodę finansową w wysokości 10 tys. zł.
Później za sprawą Rady Miasta Czechowice-Dziedzice została ona zwiększona do 20 tys. zł. Rodzice Joanny, a w szczególności jej tata, naciskał na służby, by stale monitorowały i kontrolowały to, co się dzieje z telefonem córki. Przeczucie, instynkt, może intuicja? Niemniej w 2010 roku we wrześniu złożył oficjalne pismo w tej sprawie. Choć przez początkowy okres, około roku, może półtora, telefon był monitorowany, policja zaprzestała sprawdzania jego aktywności. W międzyczasie pojawiły się doniesienia dotyczące logowania. Telefon miał być na terenie Niemiec, ale lokalny operator odpowiedział, że szczegółowe informacje może przekazać jedynie na wniosek prokuratury. Trafiono na ten ślad za sprawą kuzyna Joanny.
Namierzając telefon po unikalnym numerze aparatu ustalono, że był on aktywny, uwaga, od czterech miesięcy. Policja bardzo szybko dotarła do człowieka, który z niego korzystał. Miała go pewna kobieta. Tłumaczyła, że był to prezent od męża, a on przywiózł ten konkretny model z zagranicy. Niczego nieświadoma, korzystała z prezentu jak gdyby nigdy nic. Nie pozostawało już nic innego, jak przeprowadzić rozmowę z Markiem. Marek, czyli mąż wspomnianej kobiety, miał wówczas 32 lata. Na co dzień mieszkał w Goczałkowicach Zdroju, czyli mniej więcej 7-8 kilometrów od Czechowic-Dziedzic. Podejmował się różnych prac, również w delegacjach, ale w 2006 roku pracował w jednym z lokalnych barów nad zdrojowym stawem w swojej rodzinnej miejscowości.
Do jego obowiązków należało m.in. sprzątanie deptaka. Zatrzymano go w listopadzie 2010 roku. Nie było go wtedy w domu, przebywał pod Legnicą w związku z pracą sezonową. W tym okresie podjął się pracy przy wyrębie lasu. Zapytany o zaginioną Joannę twierdził, że nie zna jej osobiście, ale słyszał o zaginięciu, natomiast jej twarz kojarzy z rozwieszonych w okolicy plakatów. Do niczego się nie przyznał, a jeśli chodzi o jej telefon, to odpowiedź nie była już tak oczywista. Raz twierdził, że go znalazł, innym razem przedstawiał zupełnie inne wersje. A policjanci poruszali bardzo konkretne kwestie, pytali o szczegóły, okoliczności, o wydarzenia z 7 czerwca 2006 roku. Analizowali każdą minutę i w zeznaniach zaczęły pojawiać się luki, których Marek Z. nie potrafił wyjaśnić.
A próbował, starał się, włożył duży wysiłek w to, by wybrnąć, tylko im bardziej się starał, tym więcej szczegółów nie pasowało do całej reszty. Zanim opowiedział, jak było naprawdę, powtarzał, że to nie on. Przyparty do muru stwierdził, że jednak spotkał Joannę, ale to, co się wydarzyło, to wypadek. Mówił, że jedynie czego chciał, to z nią porozmawiać, a właściwie, że to ona go zaczepiła. W pewnym momencie miało dojść między nimi do szarpaniny, bo nie chciała go przeprosić. Nieszczęśliwie zsunęła się ze skarpy i rozbiła sobie głowę o kamień. I chociaż brzmi to dość realnie, przecież mogło się tak wydarzyć, to w historii Joanny nic tego nie potwierdzało, wręcz przeciwnie. Obrażenia ciała wskazywały, że wydarzyło się coś, co nie było kwestią przypadku.
Uderzeń było więcej, na pewno nie jedno, o którym wspominał Marek. W innej wersji mówił o Adamie Z., który też miał mieć udział w tym, co się stało, później i z tego się wycofał. Wreszcie, 17 listopada 2010 roku, nad ranem, przytłoczony wiedzą policjantów, ale przede wszystkim wielogodzinnym przesłuchaniem, pękł. Opowiedział ze szczegółami, co wydarzyło się 7 czerwca 2006 roku i jaki był w tym jego udział. Za chwilę sami będziecie mogli ocenić, że ogromny. Gdy Joanna wyruszyła z domu na dworzec, kilka osób ją widziało. Był wśród nich Marek Z. Joanna wpadła mu w oko, najprawdopodobniej już wcześniej. Można założyć, że przychodziła regularnie na stację w Koczałkowicach Zdroju, przecież musiała dojechać chociażby na studia.
Mijała więc barw, w którym Marek pracował. Zapewne już od jakiegoś czasu się jej przyglądał. Najprawdopodobniej jego decyzja była spontaniczna, pokierowana impulsem. Poszedł za nią, gdy tylko ją zauważył. Właściwie nie do końca wiadomo z jakimi zamiarami. Czy już wtedy wiedział, co zechce jej zrobić? Czy sytuacja okazała się na tyle dynamiczna, że miała taki finał? Te wątpliwości mógł rozwiać tylko on. Zaatakował. Kilkadziesiąt metrów od stacji kolejowej w Goczałkowicach zdroją. Marek Z. opowiedział, że rzucił się na Joannę i ją przewrócił obok alejki wiodącej do stacji. Wylądowała w zaroślach. Krzyczała, drapała, próbowała się bronić. Marek nie miał cierpliwości. Chcąc ją natychmiast uciszyć, złapał za kamień i zadał kilka ciosów w głowę.
Dziewczyna nie miała żadnych szans. Siła, częstotliwość, obrażenia. Marek smasakrował jej głowę i twarz. Nie wiadomo, czy Joanna wówczas żyła. Nie ruszała się, nie drapała, przestała krzyczeć. Chyba wtedy do Marka dotarło, co przed chwilą zrobił. Wystraszył się. Głównie konsekwencji, bo przecież nie samego siebie. Jego pierwszym odruchem nie była pomoc, próba reanimowania, ratowania. On wolał ukryć, zataić, przemilczeć. Zaciągnął nieprzytomną lub pozbawioną życia Joannę w jeszcze gęstsze zarośla. W linii prostej jest to około 200 metrów od miejsca, w którym zaatakował. Gęsty zagajnik na skraju łąki dochodzącej do torów i peron, z którego odjeżdża pociąg w kierunku Bielska Białej.
Pokazano pierwszych 25 dopasowań — doprecyzuj frazę, aby zawęzić wyniki. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
7 czerwca 2006 roku, w słoneczny poranek, 20-letnia studentka z Czechowic-Dziedzic wyrusza na dworzec — ma zdawać pierwszy egzamin na uczelni. Do celu nigdy jednak nie dotrze. Jej telefon milknie, ślady gasną w zaroślach wokół peronu, a trop prowadzi donikąd. Rodzina, przyjaciele, policja — wszyscy próbują dociec prawdy.
Lata mijają. Śledztwo się ślimaczy, wątpliwości mnożą, a z mroków czasu zaczyna wyłaniać się cień jednego człowieka. Telefon Joanny trafia… do żony podejrzanego.
Czy właśnie ten detal złamał milczenie zbrodniarza? W listopadzie 2010 roku zwłoki zostają odkryte — ukryte, zakopane, zapomniane. W trakcie procesu ujawniają się mroczne kulisy: błędy śledczych, upór rodziny ofiary, tożsamość sprawcy.
W tym odcinku:
• Prześledzimy każdy krok tamtego poranka — od porannej wiadomości SMS aż po milczenie Joanny.
• Odkryjemy elementy, które w końcu sprowadziły śledczych z powrotem na właściwe tory: telefon, zeznania i wytrwałość bliskich.
• Zastanowimy się nad tym, co naprawdę znaczy „błąd w śledztwie” i ilu z nas pozostaje ofiarą systemowych niedoskonałości.
Jeśli lubisz historie o prawdziwych zbrodniach, o ludziach, którzy nie odpuszczają, i o cienkiej granicy między milczeniem a przyznaniem — wysłuchaj go, zanim czas o tej sprawie zapomni.
Patronite
https://patronite.pl/krymikrag
Materiały źródłowe:
https://docs.google.com/document/d/14lvIeDKY5ep9FwM3SE2xCyetYv_4ZxVtx-sqEIyaZ6s/edit?usp=sharing
POLUB ❗ SKOMENTUJ ❗ SUBSKRYBUJ ❗