Nad Niemnem rozdz. 11
Poznajmy tajemnicę Marty i Anzelma. I zakończmy tym tom drugi.Jeśli podoba Ci się to, co robię, będzie mi miło, jeśli postawisz mi wirtualną kawę: https://buycoffee.to/cierpkawisnia
O wilku mowa, a wilk tu bardzo słusznie. Ona do Justynki ma wielką prośbę. Kruczkiem drzewo w piecu poprawiając uśmiechnęła się Antolka. Elżusia łokciem ją trąciła i dłonią usta zamknąć chciała. Ale Antolka chichocąc i głowę odwracając rękę jej odepchnęła. Ona Justynkę chce na wesele swoje prosić. Mówi, że wesele większy dla niej walor będzie miało, jeżeli Justynka i młody pan Korczyński na nim będą. I w oczach ludzkich to jej wielką promocję zrobi. Młodego pana Korczyńskiego sam Fabian zaprosi. Choć długo ani słuchać o tym nie chciał, ale on ambicjant, więc sam nie żartem żąda panów w chacie swojej przyjmować.
Justyna zawahała się, niepewna, w którą stronę iść jej wypada. Stary to spostrzegł, ramię jej podał i przez sień do świetlicy prowadził. Niegdyś, niegdyś widywał w korczyńskim dworze w ten sposób prowadzące się pary i sam od obiadów, od wieczerzy wstając podawał ramię wysokiej, czarnookiej, wesołej pannie. Świetlica była izbą niską, lecz bardzo obszerną, bo więcej niż połowę całego domku zajmującą, z trzema sporymi oknami, z których dwa były otwarte, ze ścianami gładko otynkowanymi, z podłogą ułożoną z prostych, sosnowych, lecz gładko wyheblowanych i czystych aż do białości desek.
A jakże zaczął. A jakże pamiętam, hoho, jakby to wczoraj zdarzyło się. Najstarszy był. Pięciu nas było. Ja najmłodszy, a Franuś najstarszy. Może mnie? Dziesięć lat było, a jemu dwadzieścia. Kiedy go pan Dominik Korczyński, pana Stanisława, teraśniejszego dziedzica Korczyna, ojciec, do Legionów zwerbował, przy Napoleonie obydwa wojować poszli. Z pana Dominika dobry był kamrat, dobry. Ja o tym wiem, bo prawie we trzydzieści lat potem i sam z nim na wojnę chodziłem. Nad Franusiem naszym starszym będąc opiekę rozciągał i przez listy my o jego powodzeniach i promocjach wiedzieli.
– Jeżeli pani chce dobrze wiedzieć, to trzeba aż pod to pole zejść – odezwał się Jan. Justyna prędko zbiegła, Jan stryjowi zastępować z góry pomagał. Spod Topoli widać było długi szlak Niemna, z jednej strony naprzeciw Korczyńskiego dworu za wysoki brzeg skręcający, z drugiej niknący w przestrzeni za dalekimi piaskami. Justyna IV już raz dnia tego widziała go w coraz innej postaci, naprzód ciężkimi chmurami podszyty, A z powierzchnią wybuchającą promienistymi ogniskami świateł i skrzydłami jaskółek muskaną, potem wzburzony, ponury, wzdęte fale i białe piany toczące, z wlokącymi się w deszczowej zawiei żółtymi płytami i chyżą knącym stadem czarnych czułen.
Delikatny profil jego wyraziście zarysował się na tle ognia, naprzeciw grubszej, lecz także młodej i kształtnej twarzy towarzysza. Syn pana Korczyńskiego tutaj i siestrzenica jego z nami. Z cicha rzekł Anzelm. Nowina, nowina. Już i nie spodziewałem się nowin takich oglądać. Cicho i mocno jąkając się dodał. Niewiele przed północą Justyna bocznymi drzwiami do Korczyńskiego domu weszła i zaraz w garderobie, w której się znalazła, usłyszała bardzo wyraźnie z sypialni pani Emilii dochodzące głośne czytanie Teresy. Przez dwoje drzwina w pół otwartych widać nawet było część pokoju w błękitne sprzęty ubranego i oświetlonego błękitnym światłem, w którym rozległ się zbyt pieszczotliwy, ale przyjemnie brzmiący i biegle po francusku czytający głos kobiecy.
Justyna weszła do ciemnej sali jadalnej. W której głębi przez drzwi szeroko otwarte widać było gabinet pana domu, obficie dużą na biurku stojącą lampą oświetlony. Przy biurku siedział Benedykt Korczyński i w rozwartej przed nim rachunkowej księdze kreślił długie kolumny cyfr i notatek. W świetle lampy wysoka i gruba jego postać z długimi wąsami, ciemną twarzą i gęstymi, rozrzuconymi włosami uwypuklała się ciężko i ponuro. Było coś smutnego i bardzo poważnego w tym człowieku, samotnie o północy w głębi wielkiego, starego domu pracującym. Wydawał się tak w pracy swej pogrążony, że żadna myśl jej obca, żadna troska nie mająca związku z wychodzącymi mu spod pióra notatkami i cyframi, dosięgnąć by go nie mogły.
Lecz któż to jeszcze wyszedł na ganek domu i stoi pod jego gzymsem w grube floresy wyrzeźbionym? To ona sama! Ona! W krótkiej kraciastej spódnicy z kosą spuszczoną na luźny kaftan, z twarzą szczęśliwą jak szczęście tego pięknego chłopca, który ku niej oczy zwrócił z sierpem w ręku. Marzyła czy śniła? Wydało się jej znowu, że zmrok panował na świecie, przezroczysty, ale bez dnia i słońca, a ona górą płynęła i szeroki widnokrąg obejmowała wzrokiem tak szeroki, że widziała wyraźnie dwór korczyński i okolice, i w gęstej zieleni ukryty grobowiec legendowej pary, i u drugiego końca widnokręgu smutną pustynię piasków,
Pokazano wszystkie 7 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Poznajmy tajemnicę Marty i Anzelma. I zakończmy tym tom drugi.
Jeśli podoba Ci się to, co robię, będzie mi miło, jeśli postawisz mi wirtualną kawę: https://buycoffee.to/cierpkawisnia