Nad Niemnem rozdz. 11
Poznajmy tajemnicę Marty i Anzelma. I zakończmy tym tom drugi.Jeśli podoba Ci się to, co robię, będzie mi miło, jeśli postawisz mi wirtualną kawę: https://buycoffee.to/cierpkawisnia
Jakby nie pięćdziesiąt, ale dwadzieścia lat miała. Chwała Bogu za taką starość, zauważył Jan. A z tej racji jest ona taka, że matka zawsze wesoła była i żadnych aprensji do serca nie dopuszczała. Ale nie każdy z takim charakterem urodzić się może. Drzwiczki od przeciwka w kącie kuchni umieszczone, a tak wąskie, że prawie ich widać nie było, otworzyły się po cichu i ozwał się zza nich głos Anzelma. Czy mi się tylko tak wydało, czy doprawdy głos panny Justyny usłyszałem? Justyna żywo ku drzewiczkom podbiegła. Przez próg nie witam, przez próg nie witam, bo niezgoda jaka mogłaby z tego pomiędzy nami wyniknąć, a ja sobie niezgody z panią nie życzę, nie życzę.
Zgiętkiej morze grabiny czy klonu w wysokie łuki powyginanymi. Przez drzwi za olbrzymim piecem otwarte ukazywała się bokówka, mała podługowata izdepka z jednym znowu wysoko usłanym łóżkiem. Antolka sypiać tam musiała, bo wśród mnóstwa świętych obrazków, które nad łóżkiem ściany okrywały, największymi rozmiarami i najjaskrawszymi barwami jaśniał obraz jej patrona, wywianki na Boże ciało poświęcone, W palmy wielkanocne, w pęki suchych nieśmiertelników i świeżych nagietek ubrany. Przez otwarte okna zapachy kwiatów i ziół wnikając z ogrodu napełniały po brzegi całą świetlicę, a wtłaczające się przez nie gałęzie starej gruszy ocieniały ją zieloną, ruchomą firanką.
I domyśleć się teraz nie można, jakie tam w ten czas rozegrały się i mowy i postępki. Zdaje się, że wszystko, co ludziom Pan Bóg dał dobrego, poruszyło się w ten czas i zagadało. Brat obejmował brata, nie zważając na to, czy bogatego albo ubogiego obejmuje. Rozumni głupim drogi pokazywali, a przed wszystkimi jeden cel świecił. Nas do tej festyny nie tylko dopuszczono, ale i zapraszano, żądając, abyśmy życie narażali, ale tym, co go nie utracą, Takie rzeczy pokazując, że aby je dostać, każdy chętliwie głowę pod niebezpieczeństwa podstawiał.
Przed Bogiem się upokarzałem. Ale już tylko o zlitowanie dla nieśmiertelnej duszy swojej prosząc. Oto zaś, co mnie w tym życiu spotka, bynajmniej nie dbałem, pewnym będąc, że wszystko na zawsze utraciłem. A gdybym znów nabył, zaraz bym znów utracił. Jednak zbyt młodym był morze i zbyt proste zdrowe dotąd życie prowadził, aby w tym zwątpieniu o trwałości i wartości rzeczy ziemskich zastygnąć mógł i zmartwieć. Owszem tęsknota za lepszymi dniami i żal po ukochanej kobiecie dręczyły go ciągle. Nie za skórną, ale głęboko w sercu zasadzoną tęskliwość i boleść czułem.
Gdyby człowiek mógł łzami do grobu ściec, już bym w ten czas ściekł pewno. Samego siebie lękać się zacząłem, myśląc, że zwariuję albo nieprzyrodzoną śmiercią zginę, bo mi też już gałęzie drzew i głębokości niemna po głowie chodziły. Wstyd mnie zdejmował, że mocy nijakiej nad sobą mieć nie mogłem, i Pana Boga na pomoc wzywałem, i niedobrowolnie łzy ciekły mnie z oczu. Którego dnia dźwignę się już z myśli ponurych i samego siebie nauczam? Siły do kupy ściśnij, na biedę oczy zmruż i rzuć ją pod nogi, a pocieszenia sobie jakiego szukaj, ażeby woli boskiej nie sprzeciwiać się i marnie nie ginąć.
Te wiatry okrutne, które mnie drogę życia zabiegły, przeszumiały, przeleciały i daleko już znajdują się ode mnie. Więcej ja teraz dobrych godzin przepędzam, niżeli złych, i to już tylko ubijam się przed Bogiem, aby Jankowi szczęśliwą dolę zesłał. Nic też nigdy przeciw jego sercu i żądaniu nie uczynię, choćbym sam, kiedy cokolwiek inszego myślał i żądał, jego myślom i żądaniom w poprzek nie stanę. Owszem, dopomóc w nich postaram się z całej swojej siły i możności. Nie wróg ja jemu, aby mu w czym przeszkody stawić lub do czego przymuszać, ale przyrodzony zastępca Ojca, jak Ociec, niczego oprócz Jego dobra i szczęścia nie żądający.
Jan szerokim krokiem przeszedł izbę, pochylił się i stryja w rękę pocałował. Potem wstrząśnieniem głowy odrzucił z czoła opadającą na nie gęstwinę jasnych włosów. Bardzo już państwo zasmęcili się oboje. Stryjowi to niezdrowo, a u panny Justyny nawet i łezki w oczach widzę. Co tam tak długo rozwodzić się nad starymi czasami? Słów tych jeszcze nie domówił, gdy pod oknami dał się słyszeć szelest kroków i słowa dość donośnym, ale dygocącym głosem wymawiane. Ho, ho! Znajdę ja go! Znajdę bałamutnika tego zwodziciela, złoczyńcę, znajdę i ubiję! Tak mi, Boże, dopomóż, jak psa ubiję!
Stary Jakub na to, uwolniwszy się od ramienia wnuczki dygocącym krokiem ku gospodarzowi chaty, postępował, srożąc się coraz bardziej. Gdzie pacenko? Niech mnie pan Szymon zaraz powie, gdzie tego krzywdziciela i najgrawce mojego ukrył, a jeżeli nie powie, to jak mi Bóg miły chatę zrewiduje i sam znajdę, a jak znajdę, to pomstę na nim wywrę za to, że mi kobietę na całe życie nieszczęśliwą uczynił, a mnie w gańbie pogrążył. Znowu dziadunia pacenką nastraszyli. Na Jadwigę patrząc, zapytał Anselm.
– A co tam takiego stoi? – mówi ojciec. – Nie wiemy – odpowiadamy. A matka za nami idąca nie wiadomo na co od tak, przez to chyba, że już ją ciągiem niespokojność jakaś cić w pole i na drogi parła, powiada. Może to nie daj Boże człowiek zmarznięty. Wszyscy my poszli prędzej, tak że matka nie zdążywszy iść razem z nami w tyle ostała. Przyszli my w te miejsce, pojrzeli i tylko co ze strachu na ziemię nie popadali. Toż to człowiek! krzyknął do nas ociec. A ja, choć najmłodszy, ale najśmielszy, przyskoczył i z bliskości na tego człowieka popatrzywszy, takoż krzyknął. Oficer tatku, oficer!
Ale nam, prostym dziewczętom, wstydno byłoby tak chodzić. Ojoj, włosów dużo, aby rozumu tyle. Jan prędko teraz ku niej przystąpił. Niech panna Jadwiga żadnych przytyków nikomu w chacie naszej nie robi. Ja pannę Jadwigę pięknie o to proszę. Cicho, ale z czołem poprzeczną zmarszczką, przerżniętym, zaszeptał. To i co, że pan Jan mnie prosi? Z iskrzącymi się oczami odszepnęła. Może kiedyś dziś prośba pana Jana i miała dla mnie walor jaki, ale teraz to już widzę, że trzeba mnie zawczasu na ubocz schodzić, aby, broń Boże, pan Jan, z wielkimi paniami przystawając, mnie za swoją poddankę nie poczytał.
Tak już jego wdrzewianą figurę przemienionego my wszyscy z ojcem na rękach swoich do chaty wnieśli, a matka na tapczanie przy nim położywszy się jak wilczyca wyła. Do rozgniewanej wilczycy podobną była dziewczyna, która w tej chwili starca ramieniem objęła i usiłując ku drzwiom go zawrócić mówiła. Chodźmy stąd, dziadu Nuno, chodźmy. Dość my już tu pobyli i miłych słów nasłuchali się. Tutaj nasza kompania niepotrzebna. Na co nam w oczy leźć gardzicielom, co wcale inszej przyjaźni i sławy żądają? Znajomych nam, chwała Bogu, nie zabraknie. Policzki jej i nawet czoło zachodziły sinym, prawie rumieńcem.
Z oczu sypały się iskry. Dziadka, który w chwilach przytomności posłuszny był jej jak dziecko, ku drzwiom uprowadzając jeszcze mówiła. Jedno wschodzi, drugie zachodzi. Nas już tu nie potrzebują. Tu już dobre przy lepszym staniało. To i chwała Bogu, owszem, aby tylko wszyscy na tym handlu dobrze wyszli, bo wiadoma rzecz, że kto wiele ściga mało dogoni. Dobranoc Państwu, zdrowia i dobrego weselenia się życzymy. I gniew nieposkromiony, i ambitna obraza, i łkania z całej siły tłumione odzywały się w jej głosie. Dziadka do sieni wysunęła flakowaty i zabłocony ogon sukni, dla łatwiejszego przejścia przez próg w garść zebrała i z głośnym stukiem drzwi za sobą i dziadkiem zamknęła.
Dobranoc wujku, rzekła z cicha i dłużej serdecznie niż zwykle rękę jego ucałowała. Po głowie jej kręciły się słowa. Nie krzyknął, nie zapłakał, tylko przed oknem stanął i w nocne ciemności, patrząc, takim głosem jaki u konających bywa, kilka razy imienia boskiego wezwał. Całując go w rękę, na twarz mu patrzała. Boże, ileż zmarszczek, ileż zmarszczek tę twarz okrywało! Tworzyły one grube fałdy i cienkie promienie na czole, na policzkach, dookoła wypukłych oczu z piwną, posępną źrenicą. Która z tych zmarszczek była mogiłą jego obu braci?
W półcieniu sztywne jej ciało podobne było do spowitej mumii. Żółta twarz majaczyła wśród bieli poduszek i oczy jak czarne paciorki błyszczały. Justyna w milczeniu zbliżyła się do komody, nad którą wisiało przybite do ściany lusterko i powoli suknię zdejmować i włosy splatać zaczęła. Marta mówiła ciągle. Skądże to bogi prowadzą? A miotły żadnej z sobą nie przyniosłaś? Widziałam ja dziś, widziałam jak stroiłaś się w muślinową sukienkę i z pół godziny włoski sobie przed lusterkiem układałaś. Byłam pewna, że spodziewasz się wizyty bogatego konkurenta. Ot, biały kruk znalazł się, słowo honoru, biedną dziewczynę, nie tak to wysoko edukowaną i nie tak to nadzwyczajnie piękną, wprost z rezydencji u krewnych za żonę chce wziąć i wielką panią zrobić.
Takiej pracy, jaką bym tam miała, przelękłam się. Co tam, myślę, zapomnę, odtęsknię, odżałuję. Ada rzecka trzepała. Zdarzy ci się pewno ktoś inny, stosowniejszy, ja ci sama wyswatam. Nie zdarzył się. Nie wyswatała, bo prędko zaczęła własne córki swatać. A czy ja odżałowałam i zapomniałam? O tym już tylko mnie i Panu Bogu wiadomo. Dość, że za chłopa nie wyszłam, nie żęłam, nie płełam i krów nie doiłam. Bo co się tyczy gotowania i prania, to zdarzyło się, zdarzyło. Korczyn z wszystkiego zrobił się małym królestwem i wypadało w nim teraz ręce przy robocie namozolić.
Pokazano wszystkie 15 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Poznajmy tajemnicę Marty i Anzelma. I zakończmy tym tom drugi.
Jeśli podoba Ci się to, co robię, będzie mi miło, jeśli postawisz mi wirtualną kawę: https://buycoffee.to/cierpkawisnia