Hrabia Monte Christo. 86. Wyzwanie
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
Nie traktuj tego za pewnik, bo to dopiero światełko w ciemnościach. Ale idąc za tym światełkiem być może trafimy do celu. Mów, błagam cię. Widzisz przecież, że umieram z niecierpliwości. Było tak. W Janinie, aby zasięgnąć informacji, udałem się naturalnie najpierw do najbogatszego bankiera. Ledwie wspomniałem o tej sprawie, zanim jeszcze wymieniłem nazwisko twojego ojca. – Ach, wiem – rzekł do mnie. – Domyślam się, co pana tu sprowadza. – A jak to? – A no tak. Pytano mnie o to samo przed dwoma tygodniami. – A kto taki? – Pewien paryski bankier, mój korespondent. – A jak się nazywa? – Danglar. – On? – zawołał Albert. A tak, to on przecież już od dawna prześladuje z zawiści mojego biednego ojca.
On, który rzekomo opowiada się za lewicą, nie potrafi darować hrabiemu de Morserve, że jest parem Francji. No oczywiście, nawet to nagłe zerwanie narzeczeństwa bez żadnego powodu. No tak, jesteśmy w domu. Tylko spokojnie, Albercie, to już stary człowiek. Tak będę zważał na jego wiek, jak i on zważał na honor mojej rodziny. Jeżeli miał jakiś żal do mojego ojca, to dlaczego nie powiedział mu tego wprost? Ale on bał się stanąć twarzą w twarz z prawdziwym mężczyzną. Nie potępiam cię, tylko chcę cię trochę pohamować. Działaj roztropnie. O, nie obawiaj się, zresztą pójdziesz ze mną. Sprawy tak uroczyste powinny odbywać się przy świadkach. Jeśli tylko Danglar okaże się winnym, to nim minie ten dzień, jeden z nas zginie.
Goricha, chcę, aby mój honor miał przepiękny pogrzeb. — No to cóż, skoro decyzja już podjęta, trzeba natychmiast przystąpić do jej wykonania. Chcesz iść do pana Danglarsa? — To chodźmy — posłali pod oroszkę. Przed pałacem bankiera stał feton pana Cavalcanti. W drzwiach czekał jego służący. — Do diabła nieźle się składa — rzekł ponuro Albert. Jeżeli Danglar nie zechce się ze mną pojedynkować, to zabiję mu zięcia. O tak, Cavalcanti musi się bić! – zaanonsowano Alberta Bankierowi. Danglar, wiedząc, co wydarzyło się w przeddzień, zabronił go wpuszczać. Było już jednak za późno. Albert szedł zaraz za lokajem. Słysząc rozkaz Danglarsa, pchnął drzwi i wpadł do gabinetu Bankiera, a za nim Beauchamp.
– Mój panie! – zawołał Bankier. Chyba u siebie w domu mam prawo przyjmować albo nie przyjmować kogo mi się podoba. Pan się zapomina. No nie, proszę pana, rzekł lodowato Morser. Istnieją okoliczności, kiedy jesteśmy zmuszeni być dla pewnych osób w domu. Chyba że woli pan stchórzyć. Zostawiam panu tę furtkę. No czegoż pan chce ode mnie? Chcę, rzekł Morser, nie zwracając uwagi na kawal Cantiego, który stał oparty o kominek. Zaproponować panu spotkanie w ustronnym miejscu, gdzie nikt nam nie przeszkodzi. Potrwa to nie dłużej niż 10 minut i jeden z nas już tam zostanie, aż go liście pokryją. Nic więcej nie chce. Danglar zbladł. Cavalcanti wzdrygnął się.
Albert zwrócił się ku niemu. Ależ do prawdy, pan też może się z nami wybrać. Zapraszam. Należy pan już prawie do rodziny, a ja gotów jestem spotkać się tam ze wszystkimi, którzy tylko zechcą przyjąć moje zaproszenie. Cavalcanti spojrzał osłupiały na D'Anglarsa, który dźwignął się z fotela, stając między Albertem a Cavalcantim. Atak morserfa na André sprowadzał sprawę na inny grunt. Danglar pomyślał z nadzieją, że odwiedziny Alberta zawdzięczał czemuś innemu niż sądził z początku. – Aha, no, jeśli przyszedł pan tutaj szukać zaczepki z panem Cavalcantim – rzekł do Alberta. Bo przedłożyłem go nad pana. Uprzedzam, że gotów jestem skierować tę sprawę do prokuratora Królewskiego. – Mylisz się, pan, bardzo – odparł Albert, uśmiechając się ponuro.
– Nie mówię tu wcale o mariażu. Zwróciłem się do pana Cavalcantiego tylko dlatego, że zdawało mi się, iż miał zamiar wtrącić się do naszej rozmowy. Ale patrz, pan, poza tym masz pan rację. Szukam dziś zaczepki z całym światem, ale proszę się nie obawiać, panie baronie, ma pan pierwszeństwo. — Mój panie — rzekł Danglar, pobladły z gniewu i ze strachu — uprzedzam pana, że kiedy spotykam na swej drodze wściekłego psa, zabijam go, nie czując się wcale winnym, a przeciwnie uważam, że wyświadczyłem społeczeństwu przysługę. Jeśli dotknęła pana wścieklizna i chce pan mnie ugryźć, ostrzegam, że zabiję bez litości. Czyż to moja wina, że pański ojciec został zniesławiony? — Tak, kanalio! — krzyknął Albert.
— Twoja! Danglar cofnął się. Moja? Moja? Ależ pan oszalał. Czy ja znam historię grecki? Czy to ja włóczyłem się po tych wszystkich kraikach? Czy to ja doradziłem pańskiemu ojcu, żeby sprzedał twierdzę Janiny, żeby zdradził? Milcz, rzekł głucho Albert. To nie pan ściągnął to całe nieszczęście i nie pan wywołał skandal, ale pan go podstępnie sprowokował. Ja? Tak, pan. Skąd się wzięły te rewelacje? No chyba wyczytałeś je pan w gazecie wyraźnie. Z Janiny do Studiabów. Kto napisał do Janiny prośbę o przysłanie wiadomości na temat mojego ojca? Zdaje mi się, że wszystkim wolno pisywać do Janiny, a jednak napisała to tylko jedna osoba.
Jedna? Tak. I tą osobą jest pan. Owszem, napisałem. Wydaje mi się, że kiedy ma się wydać własną córkę za mąż, ojciec ma prawo zasięgnąć informacji na temat jego rodziny. Więcej nawet. Ma nie prawo, a obowiązek. Napisałeś pan, wiedząc doskonale, jaka przyjdzie odpowiedź. Ja? Mogę panu przysiąc? – zawołał Danglar ze szczerością i przekonaniem, które wynikały nie tyle ze strachu, ile z sympatii, jaką w głębi duszy żywił dla nieszczęśliwego młodzieńca. Przysięgam Panu, że nigdy mi nawet przez myśl nie przeszło, żeby pisać do Janiny. Przecież ja nie wiedziałem nic o tragedii Alipaszy. Czyżby ktoś to Panu podszepnął? Właśnie tak. Kto? Niech Pan mówi.
Panie kochany, rzekł Danglard, ja nikogo nie oskarżam. Ja po prostu to mówię i mogę to samo powtórzyć w obecności hrabiego. Czy Hrabia wie, jaką Pan otrzymał odpowiedź? Pokazałem mu ją. A wiedział przedtem, że Fernand to imię chrzestnego mojego ojca, a Mondego to jego nazwisko rodowe? Wiedział to ode mnie już od dawna. Nie zrobiłem nic, czego by kto inny nie zrobiłby na moim miejscu. Gdy nazajutrz po otrzymaniu tej odpowiedzi za namową Hrabiego Monte Christo przyszedł do mnie Pański Ojciec, Aby oficjalnie, jak każe obyczaj, poprosić o rękę Eugenii, odmówiłem. Odmówiłem, po prawdzie, jasno i krótko, ale bez żadnych wyjaśnień i nie robiąc skandalu, bo dlaczego miałbym go robić?
Co mnie obchodzi? Honor albo niesława pana de Morsaire? Od tego kursy akcji ani nie rosną, ani nie spadają. Albert poczuł, że twarz mu płonie. Nie było wątpliwości. Danglar bronił się tchórzliwie, ale stanowczo, z pewnością siebie, jak człowiek, który jeśli nie mówi nawet całej prawdy, to przynajmniej jej część, a dyktuje mu to nie tyle sumienie, ile strach. Zresztą, czego chciał Albert? Przecież nie chodziło mu o winę Danglarsa czy Monte Christa. Szukał po prostu kogoś, kto mógł mu odpowiedzieć za zniewagę i stanąć z nim do pojedynku. Tu zaś było oczywiste, że za Danglar bić się nie będzie. Teraz wszystkie zapomniane lub niedostrzegane dawniej szczegóły stawały mu przed oczyma i ożywały w jego pamięci.
Monte Christo wiedział wszystko, przecież to on kupił córkę Ali Paszy. A więc o wszystkim doradził Danglarsowi, by napisał do Janiny. Znając odpowiedź, uległ prośbie Alberta i przedstawił go Heidi. I tak pokierował rozmową, by Heidi wspomniała o śmierci ojca. Pozwolił jej opowiedzieć o tym wszystkim, ale przecież wyrzekł też do niej coś po grecku. Były to na pewno jakieś instrukcje. A wcześniej jeszcze zabronił Albertowi wymawiać w obecności Heidi nazwisko jego ojca. Na koniec wywiózł Alberta do Normandii w momencie, kiedy miał wybuchnąć skandal. Nie było wątpliwości, wszystko to zostało dokładnie omyślone, a Monte Christo działał w porozumieniu z nieprzyjaciółmi ojca Alberta. Albert wziął Beauchamp'a na stronę i przedstawił mu swoje domysły.
— Ha, racja — odpowiedział Beauchamp. — Pan Danglars wykonał tutaj tylko najbardziej mokrą robotę. To od Hrabiego Monte Christo powinieneś żądać wyjaśnień. Albert odwrócił się do Danglarsa i rzekł. — Rozumie pan, że nie uważam naszej rozmowy za definitywnie zakończoną. Muszę najpierw dowiedzieć się, czy pańskie oświadczenia są zgodne z prawdą. Udaję się natychmiast do pana de Monte Christo. Skłonił się bankierowi i wyszedł, nie spojrzawszy nawet na kawal Cantiego. Beauchamp podążył za nim. Danglars odprowadził ich aż do drzwi i przy drzwiach jeszcze raz zapewnił Alberta, że osobiście nie żywi żadnych wrogich uczuć do pana hrabiego de Morcer.
Pokazano wszystkie 12 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!