Mentionsy Mentionsy
Hrabia Monte Christo
Hrabia Monte Christo

Hrabia Monte Christo. 7. Przesłuchanie

25.07.2025 ·26 min 11 s

Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!

7. Przesłuchanie. Zaledwie Wilfor opuścił salę biesiadną, zdjął maskę wesołości, a przybrał pewien powagi wyraz, właściwy dla człowieka powołanego do tego najwyższego obowiązku, jakim jest wyrokowanie o życiu lub śmierci bliźniego. Mimo jednak ruchliwości fizjonomii Wilfora, który opanował tę sztukę ćwicząc godzinami przed lustrem, jak to czynią aktorzy, tym razem musiał zadać sobie sporo trudu, by zmarszczyć brwi i nasępić czoło. I w samej rzeczy Pomijając pamięć o wyborach politycznych własnego ojca, Gérard de Villefort był w tej chwili tak szczęśliwy, jak tylko człowiek być może. Posiadał swój własny majątek, w dwudziestym siódmym zaledwie roku życia piastował wysoki urząd w sądownictwie, a teraz miał poślubić młodą i piękną dziewczynę, którą kochał, nawet jeśli nie była to wielka namiętność, a uczucie wyrozumowane, takie właśnie, jakie wypadało żywić zastępcy prokuratora dla przyszłej małżonki,

— No wiem o tym — rzekł Wilfor. — Właśnie idę do domu na indagację. — Ach, panie prokuratorze — ciągnął pan Morela. Słowa podpowiadała mu przyjaźń do młodzieńca. — Nie zna pan tego, którego oskarżają, a ja go znam doskonale. Niech pan wierzy, że to człowiek najspokojniejszy, uczciwy jak mało kto i, śmiem sądzić, najlepszy pod słońcem marynarz. Ach, panie Wilfor, polecam go panu najszczerzej i z całego serca. Wilfor, jak to już widzieliśmy, należał do marcylskiej szlachty. Morel zaś do plebsu. Pierwszy był zapalonym royalistą, drugiego posądzano o sympatię do bonapartyzmu. Wilfor spojrzał pogardliwie na pana Morela i odrzekł ozięble.

Mimo to dodał z wyrazem największego przejęcia. — Błagam, panie Wilfor, bądź pan sprawiedliwy, jak być powinieneś. Dobry jak zawsze jesteś i zwróć nam co prędzej tego biednego chłopca. To zwróć nam zabrzmiało rewolucyjnym dźwiękiem w uchu prokuratora Królewskiego. He, szepnął do siebie. Czyżby ten Dantes miał należeć do jakiejś loży karbonaryjskiej, kiedy jego protektor używa tak machinalnie liczby mnogiej? Zdaje mi się, że komisarz mi mówił, iż aresztowano go w jakiejś karczmie w licznym towarzystwie. Coś w tym musi być, po czym rzekł głośno. Możesz, pan, być zupełnie spokojny. Nie na próżno odwołałeś się do mojej sprawiedliwości, byle tylko oskarżony był niewinny.

Ale jeżeli jest winny... Wiesz, pan, w jak trudnej epoce żyjemy. Pogłażliwość mogłaby się stać fatalnym przykładem. W takim przypadku będę więc zmuszony spełnić mój obowiązek. Dopowiedziawszy, Wilfor zatrzymał się u drzwi swojego domu, który przylegał do sądu i pożegnawszy pana Morella z zimną grzecznością wszedł majestatycznym krokiem do środka. Nieszczęśliwy kupiec został na miejscu jak skamieniały. Przedpokój był wypełniony żandarmami i policjantami. Pośród nich, pilnie strzeżony, stał spokojnie i nieruchomo więzień, nie bacząc na pełne nienawiści spojrzenia żandarmów. Wilford, mijając przedpokój, zerknął z ukosa na Dantesa. Odbierając paczkę papierów, które mu wręczył policjant, zniknął za drzwiami, mówiąc – niech tu przyprowadzą więźnia.

Choć szybkie, to jedyne spojrzenie pozwoliło Wilforowi na wyrobienie sobie opinii o człowieku, którego miał właśnie przesłuchiwać. W otwartym i szerokim czole przejawiała się inteligencja, w stanowczym wyrazie oczu i zmarszczonych brwiach odwaga, a lekko rozchylone usta, spoza których lśniły zęby białe jak kość słoniowa, świadczyły o szczerości. Pierwsze zatem wrażenie, jakie odniosł Wilfor, było korzystne dla Dantesa. Ale Wilfortowi zbyt często powtarzano, że nie można iść za pierwszym odruchem. Jeżeli oczywiście był to odruch sympatii, stłumił więc owe przychylne instynkty, które zawładnęły sercem, chcąc stamtąd przypuścić szturm do rozsądku. Spojrzał w lustro i przybrał surowy wyraz twarzy, po czym, groźny i ponury, zasiadł za biurkiem.

Po chwili wszedł Dantes. Był blady, ale spokojny i uśmiechnięty. Skłonił się sądownikowi uprzejmie, a zarazem swobodnie. I powiódł wzrokiem za wolnym krzesłem, jakby się znajdował w salonie pana Morella. Wówczas dopiero natknął się na zimne spojrzenie Wilforra. Zwykłe spojrzenie sędziów, którzy nie chcąc by odgadywano ich myśli, nadają swemu oku wygląd matowego szkła. Ten widok przypomniał mu, iż znajduje się przed obliczem sprawiedliwości, pani zimnej i niewzruszonej. — Kto pan jesteś i jak się nazywasz? — zapytał Wilford, wertując wręczone mu przez policjanta papiery, które w ciągu jednej godziny rozrosły się w plik znacznej grubości.

— Nazywam się Edmund Dantes — odpowiedział dźwięcznym i spokojnym głosem młodzieniec. — Jestem zastępcą kapitana na statku Faraon, należącego do firmy Morelli Syn. — Pański wiek? — pytał dalej Wilford. — Dziewiętnaście lat. — Co pan robił w chwili, gdy cię aresztowano? Byłem na moich własnych zaręczynach, rzekł Dantes głosem zdradzającym wzruszenie, jakże bowiem bolesny był kontrast tych chwil wesela i radości z posępną ceremonią, która się teraz dokonywała. A ponure oblicze Wilforta sprawiało, że promieniająca twarz Mercedes z tym jaśniejszym biła blaskiem. – Byłeś pan na swoich zaręczynach? – spytał podprokurator, zadrżawszy mimowolnie. – Tak, panie.

Mam właśnie ożenić się z dziewczyną, którą kocham od lat trzech. Choć Wilfort zazwyczaj nie dawał do siebie dostępu cieplejszym uczuciom, Zaskoczył go ten szczególny zbieg okoliczności, a wzruszony głos Dantesa, którego pojmano w tak radosnej chwili, obudził w głębi jego duszy współczucie dla obwinionego. Wszak i on miał się żenić, i on jest szczęśliwy, i zakłócono mu szczęście właśnie po to, by zniszczyć radość człowieka, który tak samo już miał swoje szczęście uchwycić. Ta filozoficzna wręcz analogia, pomyślał, sprawi wielkie wrażenie, kiedy o niej opowiem, wróciwszy do salonu państwa de Saint-Méranów. I kiedy Dantes oczekiwał dalszych zapytań, Wilfor układał sobie w myśli szereg paradoksów, wyrażeń, za pomocą których mówcy budują owe efektowne frazesy, które zawsze zyskują aplauzy, a czasem każą nam wierzyć w oratorski talent mówcy.

Gdy był już gotów ów krótki speech, Wilfor uśmiechnął się do siebie, myśląc o wrażeniu, jakie sprawi wśród słuchaczy, i zwrócił się do Dantesa. Mów pan dalej. Co mam mówić? Udzielić sądowi wyjaśnień. Raczej nie sąd, raczej mi wskazać, jakich wyjaśnień ode mnie żąda, a ja powiem wszystko, co wiem. Jednak uprzedzam, dorzucił z uśmiechem, że nie wiem zbyt wiele. Czy służyłeś pan w armii uzurpatora? Miałem właśnie być wcielony do marynarki wojennej, kiedy nastąpił jego upadek. Mówią, że masz pan skrajne poglądy polityczne, rzekł Wilfor, chociaż mu nikt nie szepnął ani słowa na ten temat, ale lubił układać pytania tak. Jakby miały być już oskarżeniem moje poglądy polityczne.

No niestety, wstyd mi wyznać, ale nie miałem nigdy żadnych przekonań. Mam dopiero 19 lat. Jak już miałem zaszczyt panu oświadczyć, umiem niewiele. Los nie wyznaczył mi żadnej ważnej roli. Wszystko czym jestem i czym mogę zostać, jeśli otrzymam upragnione stanowisko, zawdzięczam panu Morelowi. Moje przekonania nie są polityczne, ale prywatne i ograniczają się do trzech uczuć. Kocham mego ojca, szanuję pana Morela i ubóstwiam Mercedes. To wszystko, co mogę wyznać przed sądem. Widzi pan, że to nie bardzo zajmujące dla wymiaru sprawiedliwości. Przysłuchując się Dantesowi, Wilfolf wpatrywał się w jego twarz, tak łagodną i szczerą, i przypomniał sobie prośbę Renaty, która, nie znając przecież obwinionego, chciała dla niego pobłażliwości.

Przy doświadczeniu, jakie posiadał jako podprokurator królewski, stykając się bezustannie ze zbrodnią i z przestępcami, widział on w każdym słowie Dantesa przekonujący dowód jego niewinności. W samej rzeczy młodzieniec ten, niemal jeszcze dziecko, prosty, naturalny, mówiący to, co mu serce dyktuje, a szczerość taka nie przychodzi na zawołanie, serdeczny dla wszystkich, bo szczęśliwy, a szczęście złych nawet może uczynić dobrymi, udzielał i sędziemu swojej łagodności, której miał tyle w sobie. Wilfor był dla niego szorstki i surowy, zaś Edmund w każdym spojrzeniu, każdym geście, tonie głosu okazywał mu przyjaźń. — Na Boga! — rzekł do siebie Wilfor. — To dopiero uroczy chłopak.

Nie będę miał chyba nawet wiele kłopotu, aby spełniając pierwsze zlecenie, jakie dała mi Renata, zasłużyć u niej na dobre przyjęcie. To mi może przynieść serdeczny uścisk dłoni przy wszystkich, a gorący całus w kąciku. W tej błogiej nadziei twarz Wilforta przybrała tak radosny wyraz, że kiedy oderwał się od swoich myśli i spojrzał na Dantesa, Edmund, który śledził każdą zmianę na obliczu sędziego, jął uśmiechać się tak serdecznie, jak sędzia uśmiechał się do siebie. – Panie Dantes – rzekł Wilfort – nie masz pan przypadkiem jakich wrogów? – Ja wrogów? – zdumiał się Dantes. Tak mało na świecie znaczę, że nie mogłem sobie ich do tej pory zdobyć. Wobec zaś moich podwładnych starałem się zawsze łagodzić mój zbyt porywczy charakter.

Ale ten zazdrośnik jest naprawdę moim straszliwym wzrogiem. W błyskawicy, która przemknęła w oczach młodzieńca, kiedy wymawiał te słowa, Wilfort mógł dostrzec ile gwałtownej energii skrywało się pod tą pozorną łagodnością. Teraz więc proszę, rzekł podprokurator, odpowiadaj mi pan szczerze, nie jak winowajca sędziemu, lecz jako człowiek rozmawiający z tym, kogo jego los naprawdę obchodzi. Ile jest prawdy w tym anonimie? I rzucił z niesmakiem na biurko list, który Dantese właśnie mu zwrócił. Wszystko tu prawdziwe i nic. Przysięgam na honor marynarza, na miłość moją, no Mercedes, na życie ojca mego, że to, co powiem, jest najczystszą prawdą.

No mów pan, rzekł głośno Wilfor i pomyślał. Ach, gdyby mogła mi widzieć Renata, byłaby ze mnie zadowolona i nie nazywałaby mnie już Katem. A więc kiedyśmy opuścili Neapol, kapitan Leclerc zapadł na zapalenie mózgu, a ponieważ nie mieliśmy lekarza na statku, a kapitan nie chciał zatrzymywać się ani chwili w żadnym porcie, spiesząc się na Elbę, jego stan pogorszył się, tak że pod koniec trzeciego dnia, czując, że zbliża się śmierć, przywołał mnie do siebie. — Mój drogi Edmundzie — rzekł do mnie — przysięgnij mi na honor, że wykonasz, co ci powiem. Idzie tu o rzecz najwyższej wagi. — Przysięgam, kapitanie — odpowiedziałem. Dobrze zatem, ponieważ po mojej śmierci dowództwo statku przejdzie na ciebie, każesz zawinąć na Elbę, wylądujesz w Porto Ferraio, udasz się do wielkiego marszałka i oddasz mu ten list.

I oto wskutek denuncjacji, którą pan równie jak ja wydaje się gardzić, Zostałem aresztowany. — Tak, tak — mówił cicho Wilford. — To wszystko wydaje mi się prawdą. Jeżeliś pan w czym zawinił, to przez nierozwagę. A nierozwaga ta usprawiedliwiona jest rozkazem pańskiego dowódcy. Dajże mi pan list, który ci wręczono na Elbie. I proszę mi jeszcze zaręczyć, że stawisz się na każde wezwanie, po czym możesz pójść do swoich przyjaciół. — Jestem więc wolny? — zawołał Dantes, przepełniony radością. Tak, daj mi pan tylko ten list. Jest on zapewne u pana na biurku, albowiem odebrano mi go wraz z innymi papierami, a w tym pliku rozpoznaję niektóre z moich dokumentów.

Zaraz, zaraz, rzekł podprokurator do Dantesa, który sięgał już po rękawiczki i kapelusz. Do kogo list ten był adresowany? Do Pana Neutriera przy ulicy Cocou-Heron w Paryżu. Grom z jasnego nieba nie poraziłby tak Wilforta jak owe niespodziewane słowa. Opadł na fotel, skąd się wcześniej podniósł, aby zabrać plik papierzysk odebranych Dantesowi. Przerzucając go szybko, wydobył ów fatalny list i spojrzał nań z niewymowną trwogą. — Noirtrie, ulica Coqueron, nr 13 — przeczytał szeptem, blednąc coraz bardziej. — Tak — odpowiedział Dantes, zdziwiony. — Czy go pan zna? — Nie. Odrzekł żywo Wilfor.

— Wierny poddany króla nie może mieć znajomych wśród konspiratorów. — Więc chodzi o jakiś spisek? — wykrzyknął Dantes, przejęty znów trwogą po tym, jak już czuł się na wolności. — Tak czy inaczej, powiedziałem już panu, że nie znał zupełnie treści tego listu. — Tak — odparł stłumionym głosem Wilfor. — Ale znasz pan nazwisko tego, do którego był adresowany? Nie mogłem nie znać, bo jakże mógłbym inaczej oddać list. – Nikomu tego listu nie pokazywałeś? – spytał Wilfory. W miarę jak otyczytywał list, bladł coraz bardziej. – Nikomu, ręczę słowem. I nikt nie wie, żeś miał u siebie listę z Elby do pana Neurtriera. Nikt oprócz tego, który mi go dał. — I to za wiele, za wiele! — wyszeptał Wilfor.

Im bardziej zbliżał się koniec listu, tym bardziej Wilfor posępniał. Jego zbielały usta, drżące ręce i pałające oczy przejmowały Dantesa najokropniejszą obawą. Przeczytawszy list, Wilfor ukrył twarz w dłoniach i przygnębiony trwał tak chwilę w odrętwieniu. — Mój Boże, cóż ci jest, panie? — spytał nieśmiało Dantes. Filfor nie odpowiedział, ale po kilku chwilach poniósł głowę. Twarz miał bladą i zmienioną i odczytał raz jeszcze list. — Mówisz pan zatem, że nie wiesz, co zawiera ten list? — zapytał znów. Na honor powtarzam, że nie. Ale co panu jest? Mój Boże, pan zemdleje. Czy mam zadzwonić lub zawołać kogoś? Nie potrzeba, to zawołał Wilfor, podnosząc się żywo.

Nie ruszaj się, pan, i nie odzywaj. Ja tu rozkazuję, nie pan. Proszę pana, zaprotestował dotknięty Dantes. Chciałem zawołać o pomoc. Dla pana to wszystko. Nikogo nie potrzebuję. To chwilowy zawrót głowy, nic więcej. Myśl, pan, raczej o sobie, nie o mnie. I mów! Nad jest oczekiwana pytania, które, jakby się mogło zdawać, powinny się pojawić po tym stanowczym żądaniu, ale na próżno. Wilfor opadł na fotel, otarł pot z czoła lodowatą ręką i jeszcze raz zabrał się do czytania listu. A jeśli on zna treść listu, mówił sam do siebie, jeśli się jeszcze dowie, że Noirtrien jest ojcem Wilforta, jestem zgubiony na zawsze. I wpatrywał się w Edmunda, jakby chciał wzrokiem przebić tę niewidzialną zasłonę okrywającą w sercu tajemnice, których nie chcą zdradzić usta.

– O, nie można w to uwierzyć! – zawołał nagle. – Ależ na Boga, panie prokuratorze! – wykrzyknął nieszczęśliwy młodzieniec. Jeśli wątpi pan o mnie, jeżeli ma pan jakiekolwiek podejrzenie, niech się mnie pan pyta, bada, gotów jestem na wszystko ci odpowiedzieć. Wilfor przemógł się z trudem i rzekł tonem, któremu chciał nadać spokojne brzmienie. Najbardziej obciążające dla pana rzeczy wynikły z tego przesłuchania. Nie mogę więc, jak się na początku spodziewałem, uwolnić pana w tej chwili. Nim wydam tę decyzję, muszę naradzić się z sędzią śledczym. — A tymczasem widziałeś, pan, jak z panem postępowałem, prawda? — No tak, dziękuję, panie prokuratorze — zawołał Dantes. — Byłeś dla mnie raczej przyjacielem niż sędzią.

A więc muszę pana na jakiś czas zatrzymać jako więźnia. Tak krótko, jak to tylko będzie możliwe, a ów dowód, który cię najbardziej obciążał, list... — Patrz — Wilfor podszedł do kominka, rzucił list w ogień i patrzył nań, dopóki nie zamienił się w popiół. — Widzisz, pan — rzekł następnie — zniszczyłem go. — O, panie! — zawołał Dantes. — Jesteś pan nie tylko wcieleniem sprawiedliwości, jesteś samą dobrocią. — Ale słuchaj, po tym, co tu widział, powinieneś wiedzieć, że można mi zaufać, nieprawdaż? — Ach, niech pan rozkazuje, a wykonam wszystko, co zechcesz. — Nie — rzekł Wilfor, podchodząc bliżej. — Nie chcę panu rozkazywać, rozumiesz, ale tylko poradzić.

— Mów pana, zastosuję się do rakt, jak do rozkazów. Dziś musisz pozostać w Pałacu Sprawiedliwości aż do wieczora. Być może kto inny oprócz mnie będzie cię badać. Mów tak jak tu do mnie mówiłeś, ale o liście nie wspominaj ani słowa. Przyrzekam panu. Wilfor zdawał się błagać, oskarżony zaś uspokajać sędziego. Widzisz pan, Rzekł Wilfors poglądając na popioły, które jeszcze zachowały kształt strzępków listu i ulatowały nad płomieniami. Teraz, gdy list został zniszczony, ty i ja wiemy, że istniał. Nikt ci go nie pokaże jako dowodu twojej winy. Zaprzeczaj więc, gdyby ci o nim mówiono, zaprzeczaj śmiało, a będziesz ocalony. — Zaprzeczę, bądź pan spokojny — odpowiedział Dantes.

— Dobrze. Pamiętaj — rzekł Wilfor, sięgając po sznurek dzwonka, ale nie zadzwonił. — Czy nie miałeś więcej żadnego listu? Odezwał się. Żadnego. Przysięgnij. Dantes wzniósł rękę na znak przysięgi. Przysięgam, rzekł. Wilford zadzwonił. Wszedł komisarz policji. Wilford podszedł do niego i powiedział mu do ucha kilka słów. Komisarz odpowiedział tylko skinieniem głowy. Idź pan z komisarzem, rzekł Wilford do Dantesa. Dantes skłonił się, spojrzał po raz ostatni z wdzięcznością na Wilforda i wyszedł. Zaledwie drzwi zamknęły się za nim, Wilforta opuściły do reszty siły i niemal zemdlony padł na krzesło. Po dobrej chwili wyszeptał. Ach, Boże wielki, od czego zależą los i życie?

Pokazano wszystkie 23 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.