Hrabia Monte Christo. 68. Informacje
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!
68. Informacje. Pan de Vilfort dotrzymał słowa danego pani Danglars, a przede wszystkim sobie samemu, usiłując odkryć, jak hrabia de Monte Christo mógł dowiedzieć się o historii związanej z domem w Othel. Jeszcze tego samego dnia napisał, zwracając się o informacje, do niejakiego pana de Beauville, który niegdyś był inspektorem więzienia, a obecnie piastował wysokie stanowisko w Policji Bezpieczeństwa. Pan de Beauville poprosił o dwa dni na wyszukanie osób, u których można byłoby dowiedzieć się jakichś szczegółów. Dwa dni później pan de Villefort otrzymał następującą notę. Osoba tytułująca się Hrabią de Monte Christo znana jest szczególnie dobrze lordowi Wilmorowi, bogatemu cudzoziemcowi, który bywa czasem w Paryżu i jest tu właśnie w obecnej chwili.
Jest on również znany księdzu Busoniemu, duchownemu z Sycylii, cieszącemu się wielką sławą na wschodzie dla swoich dobrych uczynków. Pan de Vilfort nakazał, aby o tych dwóch cudzoziemcach zgromadzono jak najszybciej, jak najdokładniejsze informacje. Rozkazy wykonano i następnego dnia wieczorem otrzymał następujące wiadomości. Ksiądz miał zabawić w Paryżu tylko miesiąc. Mieszkał za kościołem św. Sulpicjusza w jednopiętrowym domku, na który składają się cztery pokoje, po dwa na dole i na górze. Ksiądz, jako jedyny lokator, zajmował całość. Na dole była jadalnia. W skład orzechowego umeblowania wchodziły stół, dwa krzesła i kredens. Obok był salon obity boazerią pomalowaną na biało.
Ksiądz jest w domu? — Jest w bibliotece, ale czeka na pana — odpowiedział służący. Nieznajomy wszedł na dosyć strome schody. W salonie tonącym w mroku jaśniał tylko stół oświetlony lampą osłoniętą dużym abażurem. Siedzał przy nim ksiądz w sutannie. Na głowie miał kaptur, jakie przywdziewali w wiekach średnich uczeni mnisi. — Czy mam zaszczyt z księdzem Busoonim? — zapytał przebysz. — Tak, a pan zapewne przybyłeś w imieniu pana de Beauville'a, który przysłał tu pana w imieniu prefekta policji? — Tak, proszę księdza. — Jesteś pan jednym z wyższych agentów paryskiego bezpieczeństwa? — Tak, proszę księdza — odparł przybysz z lekkim wahaniem i lekko się zarumienił. Ksiądz poprawił wielkie okulary, które zasłaniały mu nie tylko oczy, ale i skronie, usiadł i zaprosił gestem nieznajomego do zajęcia miejsca.
Jestem księdzem, proszę pana, i na przykład tajemnica spowiedzi musi pozostać pomiędzy mną i sprawiedliwością boską, nie zaś mną i sprawiedliwością ludzką. O, może ksiądz być spokojny, nie zamierzamy wkraczać w kwestie związane z sumieniem księdza. Po tych słowach ksiądz przechylił abażur, tak że cały blask lampy padł na twarz gościa. Sam pozostał nadal w cieniu. – Niech ksiądz daruje – odezwał się wysłannik prefekta. – Ale światło bardzo mnie razi. Ksiądz obniżył zielony karton. – A teraz proszę mówić, słucham. – A więc do rzeczy. Czy ksiądz zna pana hrabiego de Monte Christo? Zapewne mówi Pan o Panu Zakone. Zakone? Czyli nie nazywa się Monte Christo?
Monte Christo to nazwa ziemi albo raczej skały, ale nie nazwisko rodowe. O, dobrze, dobrze. Nie kłóćmy się o słowa. A skoro Pan de Monte Christo i Pan Zakone to jeden i ten sam człowiek, oczywiście, że ten sam. Pomówmy więc o Panu Zakone. Pytałem księdza, czy go ksiądz zna. Któż to taki? No bardzo dobrze, to syn bogatego armatora z Malty. Wiem, tak się mówi, ale rozumiesz pan, że policja nie może zadowalać się tym, co mówią ludzie. Ale, odparł ksiądz z miłym uśmiechem, gdy to, co się mówi, jest prawdą, wszystkim to powinno wystarczyć, a tym samym i policji. Ale ksiądz jest pewien tego, co mówi? Jak to, czy jestem pewien? Proszę mi wierzyć, w niczym nie podważam tu pańskiej dobrej wiary.
Ech, to bzdury. A zna ksiądz tę jego wyspę Monte Christo? Oczywiście. Znają każdy, kto udaje się do Francji morzem z Palermo na Apolu czy Rzymu, ponieważ statek przepływa tuż obok. Podobno to zachwycające miejsce. To naga skała. No to po co hrabia kupił taką skałę? No właśnie po to, aby być hrabią. Aby być hrabią we Włoszech, koniecznie trzeba mieć jakieś hrabstwo. Z pewnością słyszał ksiądz, co Pan zakonę wyprawiał w młodości. O, tu zaczynają się braki w moich wiadomościach, bo straciłem go wtedy z oczu. Był na wojnie? W marynarce. Ksiądz nie jest przypadkiem jego spowiednikiem? Nie, mój panie. Chyba jest nawet luteraninem.
No tak. Wszyscy znajomi są jego przyjaciółmi. Ale przecież musi mieć i wrogów. Jednego jedynego lorda Wilmora. A gdzie przebywa? W tej chwili w Paryżu. Będzie w stanie udzielić mi jakichś informacji? O, i to cennych. Przebywał w Indiach wtedy, co i zakonę. A nie wie pan, gdzie mieszka? Podobno niedaleko Chasse d'Antin, ale nie wiem, na jakiej ulicy, ani w którym domu. Nie jest pan w najlepszych stosunkach z tym Anglikiem. Lubię zakonnego, a on go nie cierpi. Dlatego nasze stosunki są dość chłodne. Proszę księdza, jak ksiądz sądzi, czy hrabia de Monte Christo był kiedykolwiek wcześniej we Francji, zanim przyjechał teraz do Paryża? O, na to pytanie mogę panu odpowiedzieć z całą stanowczością.
O, to wspaniała instytucja. I ksiądz ukłonił się agentowi, chcąc dać mu do zrozumienia, że cieszyłby się, gdyby mógł wrócić do przerwanej pracy. Gość zrozumiał ten gest, a może nie miał już więcej pytań. Dość, że wstał. Ksiądz odprowadził go do drzwi. O, ksiądz rozdziela, podobno wspaniały jałmużny, zagadnął agent. A chociaż mówią, że ksiądz jest bogaty, ośmielę się ofiarować datek dla ubogich. Raczy go ksiądz przyjąć? No bardzo panu dziękuję, ale poczytuję sobie za punkt honoru, aby to, co rozdaje, pochodziło tylko ode mnie. Ksiądz skłonił się po raz ostatni i otwarł drzwi. Agent skłonił się także i wyszedł. Powóz zawiózł go prosto do pana de Vilfort.
Agent podał lordowi Wilmorowi list od prefekta policji. Lord przeczytał go z iść angielską flegmą, a gdy skończył, oznajmił. — Rozumiem. Bardzo dobrze rozumiem. Po czym rozpoczęły się pytania? Miały mniej więcej taką samą treść jak te, które agent zadał księdzu Bussoniemu. Ale jako, że Lord Wilmore był nastawiony nieprzyjaźnie do hrabiego, nie odpowiadał tak powściągliwie, tylko znacznie szczegółowiej. Opisał młodość hrabiego. Monte Christo miał według niego już w dziesiątym roku życia wejść na służbę u jednego z indyjskich książąt toczących walki z Anglikami. Tam właśnie Wilmore spotkał go po raz pierwszy. Walczyli po dwóch przeciwnych stronach.
Podczas tej wojny zakonę dostał się do niewoli. Odesłano go do Anglii i umieszczono go na zakotwiczonym statku służącym za więzienie, ale uciekł stamtąd i dostał się w pław na brzeg. Wtedy to zaczęły się jego podróże, pojedynki i miłostki. Wtedy nadeszło też powstanie w Grecji. Zaciągnął się w greckie szeregi i w czasie tej służby odkrył w górach Tesali żyłe srebra, jednakże nikomu o tym nie powiedział. Po klęsce Turków pod Navarino, gdy rząd grecki się ustalił, poprosił króla Ottona o przywilej na eksploatację tejże kopalni. Przywilej został mu przyznany. Stąd ta niesłychana fortuna. Według lorda Wilmora dochody Monte Christo mogły wynosić od jednego do dwóch milionów rocznie.
Było to wszystko, czego gość się dowiedział, a raczej wszystko, co wiedział Anglik. Agent powstał, więc ukłonił się lordowi Wilmorowi, który odpowiedział mu typowym dla Anglików, uprzejmym, sztywnym ukłonem i wyszedł. Usłyszawszy, jak zamykają się za nim drzwi od ulicy, Lord Wilmore poszedł do sypialni i jednym ruchem ręki pozbył się jasnych włosów, rudych faworytów, fałszywej szczęki i blizny. Ukazały się czarne włosy, matowa płeć i zęby jak perły Hrabia Monte Christo we własnej osobie. Choć z drugiej strony prawda, że agentem, który powrócił do domu pana de Vilfort, nie był wysłannik pana prefekta, ale sam pan de Vilfort. Prokurator uspokoił się nieco po tych dwóch wizytach, bo choć nie dowiedział się dzięki nim nic skrzepiącego, ale przynajmniej nie powiedziano mu nic, co mogłoby go jeszcze bardziej zaniepokoić.
Pokazano wszystkie 11 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.
Aleksander Dumas. Cała książka. Zapraszam do słuchania!