Gliwicka Alternatywna Scena
O twórcach, muzykach i uczestnikach Gliwickiej Alternatywnej Sceny opowiada Szymon Szwajger – kiedyś księgarz, obecnie bibliotekarz, pisarz i kopalnia muzycznych anegdot. Autor książki NIENORMALNE MIASTO Opowieści o Gliwickiej Alternatywnej Scenie. Rozmawiają Olga Drenda i Jacek Paśnik.
Był kiepski i trudny do zdobycia. A w gwarku zwłaszcza, a nie tylko w tych gliwickich klubach, których było pięć, Nie dolicza się teraz, ale na pewno gwarek, na pewno spirala, na pewno program. To były takie miejsca, gdzie się dużo działo. I ten sprzęt tam stał, więc była tylko kwestia, żeby się zgrały trzy czynniki właśnie. Takie miejsce ze sprzętem, zawiadujące tym miejscem ludzie, którzy nie bali się wpuścić tam szarpidrutów i mieli jakąś wizję, jak to miejsce powinno funkcjonować. No i te wrzeczone szarpidruty, które się szybko znalazły. Tam na zdjęciach, dlatego że trzeba powiedzieć od razu, że Niedromalne Miasto to jest książka nie tylko ze względu na zawartość tekstową, ale też na bogaty materiał ilustracyjny pozyskany z archiwów.
To byli ludzie, którzy najpierw się chowali na zupełnie niepunkowych rzeczach, bo punk rocka nie było po prostu, więc oni słuchali tego, co było w Trójce, słuchali tych Parpty, Cepelinów i King Crimson i tak dalej, i tak dalej. Natomiast później my w Gliwicach mieliśmy bardzo ważną instytucję w Gwarku, czyli Giełdę Płyt. I to było super, bo jakby nie byliśmy skazani tylko na to, co Marek Wiernik puścił w radiu w Trójce raz na tydzień czy raz na dwa tygodnie, bo się chyba zamieniał z Romanem Rogowieckim. Tylko ten dostęp był i po prostu to była kwestia bardziej tego, bardziej zasobów. Kto odłoży z kieszonkowego, albo kto ma zasobnych rodziców, albo kto już pracuje jako hajer dołowy i może sobie pozwolić. No i po prostu to źródełko płyt było i tych płyt tam było naprawdę wszystko.
Więc pewnie coś w tym było. Chciałam zapytać o pewne niezwykłe wydarzenie, ponieważ dla mnie, chociaż wtedy byłam kilkumiesięcznym bajtlem właściwie, gliwice są w głowie bardzo mocno sklejone, takie gliwice lat osiemdziesiątych, z legendarnym koncertem zespołu Test Department. Z takim industrialnym, bardzo też zaangażowanym politycznie zespołem, który słynął z takich spektakli, z udziałem obiektów przemysłowych, z ogniem. No i oni zagrali właśnie w Gwarku. Czy możesz trochę powiedzieć więcej o tym i o innych koncertach, które na tle ówczesnej Polski były dość niezwykłe? Mogę, chociaż to jest... bardzo mnie boli, że nie byłem na tym koncercie. Na części z tych sławnych koncertów, bo tam rzeczywiście w Gwarku grało dużo zespołów zachodnich wtedy.
I takich bardzo dużych w tej chwili nawet, bo grało Ditto Tannhausen na przykład. I na części z tych koncertów nie byłem, bo byłem po prostu za mały i starze nie puścili. Natomiast na Test Department nie mam pojęcia czemu nie zawędrowałem, bo to już wtedy chodziłem do Gwarka, musiałem... Nie było internetu, musiałaby ta informacja gdzieś uciec. Natomiast są relacje, które brzmią fantastycznie, bo ten department podjechali takim starym, zdezalowanym autobusem. Taki jak się widzi czasami na angielskich filmach o strajkujących górnikach, takie autobusy jak jadą na demonstracje, to czymś takim przyjechali. Punki siedziały na rynku, bo punki zawsze siedziały na rynku, zwłaszcza przed koncertami, no i te punki opowiadały, że drzwi tylne tego autobusu się otworzyły i wysypały się beczki i różne żelastwo.
I tak przez cały koncert po prostu. I to był test department. Ja szczęśliwie zawędrowałem na holiday. Udało mi się. To też była niesamowita rzecz. Sam koncert nie był najlepszy, ale fakt, że gra zespół Holitoj, który ja odkryłem parę miesięcy wcześniej i który nagle się okazał najlepszym zespołem na świecie wtedy dla mnie i on przyjeżdżał do Gwarka, to było coś. Jak to się w ogóle działo, że po prostu koncert zagranicznej grupy z pierwszej ligi punk'a był wtedy wydarzeniem znaczącym w Polsce? No bo nie było takich wydarzeń wiele, wymagało to trochę szczęścia, trochę obrotności. Zdarzały się na przykład w Warszawie takie bardzo limitowane, luksusowe koncerty, na które oczywiście też przychodzili widzowie, raczej luksusowi.
Natomiast w Gliwicach mamy Ditot & Hosen, Youth Brigade, Test Department. Wydaje mi się, że one były ściągane przez oficjalne struktury studenckie i grały w tych klubach studenckich. Gwarek miał szczęście wtedy do zarządzających, którzy w tym ruchu studenckim. Było parę takich miejsc w Polsce dosłownie. Był Pałacyk we Wrocławiu, były hybrydy, były jakieś krakowskie kluby i był Gwarek. Chociaż często było też tak, że te zespoły, to się dzisiaj wydaje niewiarygodne, bo tak gęstych tras się już nie robi, bo nie ma tyle publiczności po prostu i byłoby ryzyko wtopy finansowej, że te zespoły grały w Gwarku, a kolejnego dnia grały w Kotowicach w Agancie na przykład. No i tutaj jeszcze w kontekście publiczności, to było tak, że ludzie zdaje się ściągali nie tylko z Gliwic czy okolic, ale po prostu Gliwice było taką krynicą sceny alternatywnej.
Aczkolwiek ja nie wiem, depesze to w ogóle jakoś zupełnie mi koło radaru, byli pewnie depesze w Gliwicach. Natomiast najbardziej bywalcy dyskotek, tacy po prostu, które to zawsze były chłopaki z Koredo Bitki. Czy mówiło się dyskomuły wtedy? Mówiło się dyskomuły. I dyskomuły tak, i dyskomuły to było taka, no ich było najwięcej. I chyba byli, jak to kiedyś się pisało gdzieś tam, najbardziej w starciu bezpośrednim niebezpiecznie. A nie pozorniej? Nie wszyscy, bo tam jednak ten kult siłki już wtedy zaczynał być ważny. Ale nie mieli mundurku takiego rozpoznawalnego na pierwszy rzut oka. Eee, można było. Nie mieli coś takiego, emanowali tym. I co, chodzili pewnie do Brawo w Gliwicach? No też, do Brawo, do Gwarka, tak.
Pokazano wszystkie 7 dopasowań. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.