Powódź na Dolnym Śląsku oczami reporterów
Tomasz Pietrzyk i Hubert Głuch, reporterzy "Wyborczej", opowiadają Romanowi Imielskiemu o sytuacji powodziowej na Dolnym Śląsku. Dlaczego ludzie nie chcą się ewakuować z terenów zagrożonych zalaniem? Jakie nastroje dominują wśród mieszkańców? Czy są przygotowani na przetrwanie w momencie ewentualnego odcięcia przez wodę? Jak nasi reporterzy poruszają się po terenie? A także, jaka jest skala dezinformacji i jak sobie z nią radzić? Z Hubertem Głuchem i Tomaszem Pietrzykiem łączyliśmy się we wtorkowe popołudnie. Więcej podcastów na: https://wyborcza.pl/podcast. Piszcie do nas w każdej sprawie na: [email protected].
No i czy też oczywiście tutaj pytanie o to, czy jest z ich strony jakaś krytyka działalności władz na różnym poziomie, od lokalnych po rząd? Tak, postawy są oczywiście bardzo różne. Są ludzie wściekli. Rozmawialiśmy z panią Sołtysową z Starego Górnika. Ona jest wściekła i krzyczy, żeby nie pisać o nich jako o polderze, że to zalewanie tego terenu jest nielegalne. Jest wściekła na władzę. Są ludzie, którzy żyją nadzieją, żyją tym, że uda się wytrzymać, że uda się... wybudować na tyle wysokie te umocnienia, na tyle szczelne, że woda nie dotrze do ich domów. Są ludzie zmęczeni, mówią, że śpią po dwie godziny, a działają tutaj już od niedzieli. Władze lokalne bardzo pomagają im tak naprawdę.
Byliśmy świadkiem takiej sytuacji właśnie w Starym Górniku, kiedy przyjechał wójt gminy i tam doszło do podnoszenia głosu z panią Sołtysową, bo oni byli przekonani, że polder zaczął być zalewany takimi zasuwami, które znajdują się tutaj w lesie. To są Grodziska Ryczyńskie, tak? Czyli po prostu zamykano zasuwy, żeby spiętrzać wodę w zbiorniku. Że otwarto je i że to jest jedna rzecz i druga rzecz, że lipki puściły, w lipkach jest stopień wodny, że lipki puściły i dlatego ich zalewa. Natomiast pojechaliśmy drogą, próbując dostać się do tej kolejnej miejscowości, gdzie spotkaliśmy zarządcę drogi, który poinformował nas, że tak naprawdę mamy do czynienia z cofką z Jelcza, z Odry, gdzie są takie niskie tereny i ciekami, które uchodziły do Odry, ta woda się cofa do tego polderu, co jest zupełnie naturalne i tutaj zawsze się tak dzieje.
W kwestii na przykład takich wałów to jest chyba trochę przeświadczenie i doświadczenie tych ludzi, którzy przeżyli to w 1997 roku. Ja byłem wczoraj wieczorem na tych wałach w Łanach pod Wrocławiem. To przypomnijmy, w 1997 roku tam mieszkańcy obronili miejscowość przed wysadzeniem wałów. Wówczesne władze chciały wysadzić te wały, żeby fala, która przyjdzie do Wrocławia była mniejsza. Tak, zgadza się. Tutaj ludzie od sołtysów, od wójta dostają informację, że te wały nie będą wysadzane, natomiast oni chyba trochę sami nie wierzą albo myślą, że te władze lokalne mogą nie mieć tych najnowszych informacji. Kiedy ja tam byłem w nocy, to ludzie robili patrole trzyosobowe, które ciągle po tych wałach chodziły. świecili latarkami, oświetlali te wały takimi większymi halogenami z działek przy domach blisko wałów, palili ogniska, a co jakiś czas oni po prostu byli wtedy w tym 97. na tych wałach i teraz nie chcą dopuścić do powtórki tego.
Pokazano wszystkie 3 dopasowania. Transkrypcja generowana automatycznie i niesprawdzana ręcznie — może zawierać błędy.
Kliknij, aby znaleźć fragmenty, w których pada.