Mentionsy

Zeszyty Miłości Pełne
Zeszyty Miłości Pełne
13.07.2025 15:00

#65 | Niebo chodzi po ziemi (Dz. 749-761)

To nie jest opowieść o cudownym uzdrowieniu.

To historia kobiety, która codziennie wstaje do życia, które „miało wyglądać zupełnie inaczej”. Jej córka, Ola, zachorowała w Zmartwychwstanie. Przestała chodzić, ale nauczyła swoją mamę latać.

Na początku był bunt, żal, pytanie: „Dlaczego my?”

Dziś ta sama kobieta mówi: „Nic ode mnie nie zależy. Bóg wszystkim się zajmuje.”


Niebo nie przychodzi z hukiem. Przychodzi cicho – przez dziecko, które już tu, na ziemi, jest królową tęczy.


To historia o tym, że narzekanie jest językiem diabła, a słowa potrafią uzdrawiać.

O sile, która rodzi się wtedy, gdy wszystko inne pęka.

O zaufaniu, które staje się cudem.


„Niebo chodzi po ziemi” – i ma imię. Ola.

________________________

Gościem odcinka jest Jolanta i Ola Kuc.

Stowarzyszenie Dzieci z Miopatią Mitochondrialną pod postacią zespołu Leigha "Mali Bohaterowie":

https://www.malibohaterowie.org/

________________________

📖 Dziś czytamy fragmenty z Dzienniczka od numeru 749 do 761.

________________________

Rozdziały:

Wstęp

Fragmenty z Dzienniczka (numery: 749-761)

Komentarz

Zakończenie

__________________________

📚 "Dzienniczek" znajdziesz w sklepie Misericordia:

https://www.misericordia.faustyna.net/

Kupując w tym sklepie wspierasz Siostry Matki Bożej Miłosierdzia.

__________________________

W naszej podcastowej serii czytamy „Dzienniczek” św. Faustyny od początku do końca, w każdym odcinku skupiając się na kolejnym fragmencie (po kilka / kilkanaście numerów na jeden odcinek).

🎥 Publikujemy nowe odcinki w niedziele o ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠, co daje nam cały tydzień na to, by te treści w nas pracowały, by nas inspirowały!

Schemat każdego odcinka to:

1. krótkie wprowadzenie

2. ok. 10 minutowe czytanie „Dzienniczka”

3. komentarz

________________________________________

Muzyka: Dominika Czajkowska-Ptak

Dźwięk: Krzysztof Ptak

→ FB: https://www.facebook.com/bliskorahamim/

→ IG: https://www.instagram.com/blisko_rahamim/

→ YT: https://www.youtube.com/@blisko_rahamim/

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 660 wyników dla "N"

ktoś by powiedział, no cóż, tak się cieszysz, masz dalej chore dziecko i zaraz może umrzeć, a jednak przeżyłam wszystkie stany ostre Oli i wiem, że po coś to było, że Pan Jezus nam pokazał, że przez to cierpienie mogę w końcu zobaczyć radość, patrząc inaczej na cierpienie nie tylko Oli, ale innych podopiecznych, że cierpienie ma sens, kiedy je ofiarujemy.

bo tak to jest samym tylko cierpieniem.

Mali bohaterowie są bohaterami naszych rodzin, bo rodzina z chorobą rzadką cierpi cała.

Ci, którzy uczestniczą w tym cierpieniu, wiedzą, co ono znaczy, ale jeśli będą ciągle narzekać, to nie zobaczą tego, przegapią swoje niebo.

Kiedyś musiałam ją na rękach trzymać 24 godziny, miała tyle bólu.

To, co od niej odeszło, przemieniliśmy w tą radość, że możemy służyć innym, bo żadna matka, siostra, sąsiadka nie zrozumie tego, co czuje ta sama matka z tą samą chorobą.

Jak my łączymy nasze cierpienie z Jezusowym, to ono ma wielką wartość.

Cierpienie bez połączenia się z Jezusem i bez zobaczenia Go w kontekście krzyża, to ono jest tylko cierpieniem.

Jesteś darem dla innych, dla swojej rodziny, wypraszasz łaski tym swoim cierpieniem, to jest Twoja modlitwa.

Innego czasu nie dostaniemy.

Ten obecny czas to jest czas miłości.

A w moim domu zamieszkał anioł i zamienił cały smutek w radość, przemienił rzeczy mniej ważne w te ważne, wszystko przewartościował.

Córko moja, bądź spokojna.

Tak, to jest... No i ona nam to potwierdza.

Tak, ona potwierdziła.

Chciałabym, żeby rzeczywiście każdy, kto słucha dzisiejszego nagrania, żeby też to usłyszał.

Córko moja czy synu mój, bądź spokojny.

Zeszyty miłości pełne, odcinek 65.

Witamy Was serdecznie, kochani, pozdrawiamy z Łagiewnik.

Siostra Gaudia Skas i Jolanta Kutz i Oleńka Kutz.

Nasze dwie wspaniałe, kochane dziewczyny.

Chciałam powiedzieć, nasza łagiewnicka rodzina, bo tu Jola jest już odkąd ja pamiętam, to Jola i Ola zawsze tutaj były.

Witajcie, kochane.

Dziękujemy za zaproszenie.

No radość sama was tutaj mieć, naprawdę.

Cieszę się, że wszyscy nasi widzowie będą mogli was też poznać, bo nie każdy z was tutaj w Łagiewnikach często bywa.

Jola i Ola, to jest tak fajnie razem powiedzieć.

Jola i Ola tutaj bywają u nas prawie, że codziennie.

Jak nie jesteście w Rzymie na leczeniu, to jesteście tutaj, prawda?

Ja was tak często na Eucharystii tutaj gdzieś spotykam, albo gdzieś krążące po terenie.

To prawda, jesteśmy codziennie, jesteśmy codziennie od pandemii już całkowicie codziennie i tak chodzimy sobie od dwudziestu ponad lat po śladach Jezusa i Faustyny, aby nasze marzenia zostały po prostu spełnione, czasem ukrzyżowane, ale po to, żeby nabierać sił.

Chodzimy tutaj codziennie, to prawda.

jesteście obydwie niesamowitymi świadkami zaufania Panu Bogu i za to Wam z serca dziękuję, bo rzeczywiście za każdym razem jak na Was patrzę, to moja wiara jest umacniana.

Bo kochani moi, Jola i Ola są zawsze uśmiechnięte.

Ola na ile jej oczywiście ciało pozwala, ale w niej ten uśmiech zawsze jest obecny.

To ciało nawet jak czasami trochę inaczej się objawia, to i tak jest zawsze w niej ten uśmiech, a mama Oli to zawsze po prostu do wszystkich strzela

Ja Cię nigdy nie widziałam jeszcze przygnębionej, Jolu.

Chowam to przygnębienie wtedy głęboko, bo tak pięknie prowadzi nas tutaj także w tych drogach miłosierdzia nasz kierownik, że przemienił to wszystko.

Cały ten smutek, tą gorycz, to cierpienie.

No po prostu Pan Bóg zamienił radość.

Oczywiście, że się smucę i mam trudniejsze momenty, dlatego tu jestem codziennie, aby się umacniać i z tych promieni czerpać to, co najlepsze, a jest najlepsze.

Jolu, ty jesteś założycielką Fundacji Mali Bohaterowie.

Założycielką, to tak dobrze powiedziane?

Tak, no mówi się prezesem, ale ja bardziej się uważam za mamę Oli, która z braku pomocy w rzadkiej chorobie sierocej założyła Stowarzyszenie Rodzin z całej Polski cierpiących na tą samą chorobę, czyli zespół LIA.

Jest to choroba nieuleczalna, encefalopatia martwicza, a sama nazwa martwicza to znaczy, że prowadzi do śmierci.

Ola jest chodzącym cudem, czy chodzącym, jeżdżącym na eleganckim, kolorowym wózku cudem, bo odkąd pamiętam rzeczywiście, żeśmy tak drżały o jej życie.

Tutaj jest dowód też takiego momentu bardzo uroczystego.

Jola przyniosła kartkę, którą razem z siostrami moimi zrobiłam dla Joli, kiedy to jest 11 lat temu, na bierzmowanie Olenki, kiedy to dostała imię Faustyny.

I żeśmy drżały, że nie wiemy, jak długo jeszcze będzie Oleńka z nami, a tu proszę bardzo, 11 lat później i jest.

I tu patrzcie, kochana Oleńko Faustyno, jest dowód.

Drżałyśmy, bo to bierzmowanie nawet tutaj w Kaplicy Świętej Faustyny pod Bazyliką było przyspieszane.

Bo Oleńka miała 13 lat, dlatego że jej stan był wtedy ciężki.

Wróciłyśmy tyle, co Centrum Zdrowia Dziecka.

Było dość duże wtedy także zagrożenie życia epilepsją, która się nie chciała zatrzymać.

No i znowu dowód, że Duch Święty umocnił Oleńkę, że żyje, ma 23 lata i jak na tą chorobę brzydką, tak zwaną chimeryczną, ma się dobrze.

Bogu za to dziękujemy i cieszymy się każdym spotkaniem z Olą.

Jolu, powiedz coś może o tym, jak przeżywasz, w dwóch zdaniach chociaż, jak ty przeżywasz, jak Ola przeżywa tą chorobę.

Już żeśmy sobie mówiły chwilę przed nagraniem, że w sposób cudowny Olenka, znaczy cudowny, no już jest taka technologia, że Olenka może się z tobą komunikować nawet poprzez oczy, że składa jakoś wyrazy poprzez wyłapywanie literek z ekranu i nawet może się z tobą rozmawiać czasami w ten sposób.

Zacznę od tego końca.

Mam podopieczną, która studiuje na Uniwersytecie Opolskim, Julię, która jest młodsza o rok od Oleńki i ona całe studia robi tym komunikatorem, ponieważ ona w ogóle nie mówi, a jej ciało jest wykręcone na drugą stronę.

Julia się nie obrazi, bo tak jest, czyli spastyka ją całkowicie przemieniła, jest jej garbik.

Studiuje w pozycji leżącej na leżącym wózku, tylko się komunikuje i ona pokazuje, żeby otrzymać

Prezent, trzeba go rozpakować, a tym prezentem jest człowiek, żeby go zobaczyć.

Choroba jest bardzo trudna, bo nie jest to sama choroba, tylko zespół.

Więc jest mnóstwo objawów, które tak naprawdę prowadzą do śmierci.

Nie ma jeszcze leczenia.

Wszystko, co się dzieje na tym świecie jest wielkim eksperymentem w tej chorobie.

Ale właśnie cała ta siła, przynajmniej, która mnie zmieniła, to jest właśnie Jezus Miłosierny.

To jest siostra Faustyna, która sobie o sobie przypomniała, kiedy Ola była diagnozowana w Warszawie 21 lat temu.

Bo przecież ja ją znałam przed maturą, przychodziłam tu do Łagiewnik, nie było bazyliki.

Zawierzałam w modlitwie właśnie, żeby być tym świadkiem miłosierdzia, modlitwę siostry Faustyny zawsze sobie mówiłam.

Nie zawsze mi się wtedy chciało jeszcze koronkę całą.

Ale kiedy Ola była diagnozowana w Warszawie, kiedy tak bardzo płakałam z dziecka chodzącego, zdrowego, mówiącego, nagle tutaj mi mówią, że ona za chwilę może umrzeć, może za dwa czy lata, ale nie wiedzą, ale choroba jest nie do zatrzymania.

Nagle całą noc płakałam.

Inne mamy z inną chorobą nie mogły spać.

Skarżyły się pielęgniarkom, bo ta mama jest w histerii.

No byłam, to prawda.

I nagle przypomniałam sobie słowa siostry Faustyny, które ona usłyszała od Jezusa o tym cierpieniu dusz czystych dzieci, o tym, że są białymi kwiatami, że to one wypraszają te łaski na tym tronie.

I że to po prostu myślę, Panie Jezu, no przecież to moje dziecko, to jest takie czyste, ma trzy latka i tak już cierpi, a zaraz może umrzeć.

Widziałam ją już w trumnie.

I przypomniałam sobie koronkę i zaczęłam tym mamom to opowiadać.

Wtedy, 21 lat temu, one nie znały tej koronki, więc zaczęłam dyktować.

No więc jak wróciłam tutaj, czekając na ostateczną diagnozę, codziennie przychodziłam do Łagiewnik, poznałam siostrę Benediktinę, chodziłam składać na mszę.

Tutaj do kaplicy za wstawiennictwem Faustyny w czwartki przychodziłyśmy.

Przynosiłam Oleńkę wtedy na rękach, bo ona nie chciała siadać w wózku, bo ona nie rozumiała, że przestała chodzić.

Więc na rękach ją przynosiłam z auta i przez Stawiennictwo Świętej Faustyny prosiłam o dobrą diagnozę.

Dobrej nie było, bo jest chora, bo przestała chodzić, bo przestała mówić.

Nie ma pega, nie ma respiratora.

No i choroba generalnie sama w sobie tak już nie pędzi, bo jest to leczenie w Rzymie.

Jednak po prostu ktoś by powiedział, no cóż, tak się cieszysz, masz dalej chore dziecko i zaraz może umrzeć, a jednak...

Ja po prostu przeżyłam wszystkie stany ostre Oli, kiedy dystonie wykręcały jej ciało jako ruchy mimowolne, kiedy krzyczała krzykiem tak zwanym mózgowym i nie mogła przestać, wpadała w hiperwentylację.

I wiem, że po coś to było, że Pan Jezus nam pokazał, że przez to cierpienie mogę w końcu zobaczyć radość, patrząc inaczej na cierpienie nie tylko Oli, ale innych podopiecznych, innych ludzi, że cierpienie ma sens, kiedy je ofiarujemy.

Bo tak to jest samym tylko cierpieniem.

Tak to może ktoś widzieć w chorej osobie, osobę, gdzie kapie ślina, gdzie jest wykrzywiona, gdzie może krzyczy, a ja widzę cud.

Widzę tutaj Jezusa, bo tak przecież Jezus nas uczy.

Patrz na cierpiących jak na mnie.

Widzę to nie powoli.

I to takie dla mnie jest oleńka jeżdżącym tabernakulum.

Codziennie przyjmuję Pana Jezusa przecież, to żywa hostia w nas.

No to jeśli Pan Bóg pozwolił mi to zobaczyć, przemienić, wystrugał mnie w ten sposób, no to nawet nie muszę dużo mówić, bo kiedyś jeden ateista powiedział, Pani, to już nikt o tym Bogu nie opowiada, bo na Was patrząc widać Go.

To nic nie musisz mówić i Oleńka też nic nie musi mówić.

To naprawdę widać w was Boga żywego.

I ta nazwa tego stowarzyszenia Mali Bohaterowie chyba nie mogłaś lepszej wybrać, bo...

mama wybrała z Rzeszowa, której zaraz chłopiec zmarł, kiedy pomagała mi założyć to stowarzyszenie i pomyślałam, tak, to zostanie, to był taki projekt i stwierdziła mnie, nie, nawet na cześć tego Dawidka z Rzeszowa, musi to być mali bohaterowie, bo przecież z tak ogromnym cierpieniem...

o którym ludzie nawet nie wiedzą, że w czterech ścianach może się ono odbywać, gdzie mamy w swoich domach wieczerniki swojej Nazarety i musimy czasami cierpieć i nic nie mówić, zamknąć się, wyłączyć telefon, bo to cierpienie jest tak ogromne.

Mali bohaterowie, mimo że są już dorośli niektórzy, przeżyli cud, to jednak są bohaterami naszych rodzin, bo rodzina z chorobą rzadką cierpi cała.

No umówmy się, wszyscy, których to dotyka, są zdrowe dzieci, rodzeństwo, dziadkowie, ojcowie,

Ci, którzy uczestniczą w tym cierpieniu, wiedzą, co ono znaczy.

Ale jeśli będą ciągle narzekać, to nie zobaczą tego, przegapią swoje niebo, bo przecież Matka Boża też mogła narzekać, że Jezus się rodzi po prostu w żłobie brudnej stajni.

No więc ja też mogę narzekać, że Ola nie ma najlepszego wózka świata, że Ola po prostu choruje, że trzeba kupić taki czy taki sprzęt.

Nie, nie narzekamy, nie narzekamy.

przyjmujemy bez przerwy Eucharystię, wdzięczności Komunie Świętą za to, że Ola żyje, że możemy dzielić się jej życiem, bo coś jest, prawda?

Tak jest przedłużane, że właściwie od osiemnastego roku życia można by powiedzieć, że Ola każdy dzień już ma cudem, bo ja nie liczyłam, że ona osiemnastki dożyje, a tutaj po prostu ona dwadzieścia trzy, w tym roku dwadzieścia cztery, no jak nie mówić o cudach, no to...

Złapałyśmy się tych promieni miłosierdzia, trzymamy się tak mocno i nie puścimy się w ogóle.

One nas tak po prostu do siebie przyciągają.

I te kolory Oleńki, ta tęcza, którą tak ukochała po zachorowaniu, która jest taka prawdziwa, z siedmiu kolorów, która kiedy mamy naprawdę ciężkie momenty, teraz trzy dni ostatnio bez przerwy widzimy tęczę.

I w życiu naszym te kolory Oli nie są przypadkowe, że ona pokochała tęczę wtedy jeszcze jej nie znając jako trzylatek i trzyma się tych kolorów, przecież ja nie byłam kolorową mamą, ja byłam normalną.

Normalną małą.

Przecież ja też nie miałam uśmiechu.

Ten uśmiech to, no mogę powiedzieć, jawnie jest uśmiechem nieba.

No przecież Pan Jezus przez tą moją dorosłą córkę uczy mnie czegoś.

Nie tylko pokory, bo tego się będę uczyła w Szkole Miłosierdzia zawsze, bo człowiek ma ten swój egoizm, ale to cierpienie, ten Jezus miłosierny, ten egoizm.

po prostu obniża.

Patrz inaczej, przewartościuj wszystko.

Masz tak wiele, inni mają jeszcze mniej.

Gdybyśmy byli w czasach wojny z tą chorobą, cóż byśmy zrobili?

Już dawno by nas nie było.

Amen, amen.

Chwała Ci Panie za te cuda, żywe cuda tutaj i w Tobie, Jolu też i w Oli i w ogóle ratujecie nam tęczę.

Że tęcza w was jest uratowana, że nie damy tego symbolu sobie zabrać.

To jest symbol przymierza Boga z nami.

Kochani, jeszcze przy okazji tutaj do tej kamery ogólnej albo do tej na zbliżeniu chcę skorzystać z okazji i pozdrowić serdecznie Marysię ze Stowarzyszenia Waszego z Waszej Fundacji Mali Bohaterowie.

Marysia też ma tą samą chorobę co Olenka i bardzo lubi zresztą miłości pełne, więc Marysiu, buziaki dla Ciebie.

Mam nadzieję, że w końcu nam się uda spotkać.

Tu buziaki, tam buziaki i cieszę się bardzo, że możemy też w sposób szczególny ten odcinek dedykować Tobie.

Tak też i czynimy i kochamy cię bardzo.

Swoją koleżaneczkę, tak.

Kochani, dobrze, to Jolu, słuchaj, pójdziemy w czytanie, bo...

Sama wiesz, nawet dzieliłaś się tym ze mną, że ten odcinek został tak trochę, znaczy trochę, przypadkowo swoiści, po ludzku przypadkowo wybrany, bo po prostu gdzieś poczułam, że to jest ten czas, żeby zaprosić Jolę.

I mówię, wydaje mi się, że ona się odnajdzie w tych fragmentach.

Nie wiem, spróbujemy.

Zapraszam po prostu Jolę na odcinek 65 i zobaczymy.

Jola otwiera i patrzy, ma tam pozaznaczone tyle w tym...

Nawet zakładkę taką na stałe jest wklejona, więc no po prostu to są fragmenty jolowo-olowe, więc będziemy je czytać.

Nie ma przypadków.

Nie ma przypadków.

Duchu Święty, przychodź ze swoją mocą, ze swoją radością, napełniaj nas wszystkimi Twoimi darami, dzięki którym będziemy też mogli jak najgłębiej odczytywać te treści z dzienniczka, które Bóg nam daje na dziś.

Dzienniczek Świętej Siostry Faustyny, zeszyt drugi, numery od 749 do 761.

Rozmowa z Ojcem Andraszem w końcu rekolekcji.

Zadziwiła mnie niezmiernie jedna rzecz, którą zauważyłam podczas każdej rozmowy, w której zasięgałam radę i wskazówki ojca, a mianowicie zauważyłam to, że ojciec Andrasz na wszystkie moje pytania, jakiemu przedstawiałam, których żąda ode mnie Pan, odpowiadał mi z taką jasnością i stanowczością, jakoby sam to wszystko przeżywał.

O mój Jezu, gdyby więcej było takich wodzów duchownych, dusze pod takim kierownictwem w krótkim czasie dochodziłyby do szczytów świętości i nie marnowałyby tak wielkich łask.

Ja dziękuję Bogu nieustannie za tę wielką łaskę, że raczył w dobroci swojej na mojej drodze życia duchowego postawić te słupy świetlane, którzy mi oświecają drogę moją, abym nie błądziła po manowcach albo nie opóźniała się w dążeniu do ścisłego zjednoczenia z Panem.

31 października 1936 roku.

Rozmowa z Matką Generalną.

Kiedy rozmawiałam z Matką Generalną o tej sprawie wystąpienia, otrzymałam taką odpowiedź.

Jeżeli Pan Jezus żąda, żeby siostra opuściła to zgromadzenie, to niech mi daj jakiś znak, że On tego żąda.

Niech siostra o ten znak się modli, bo ja się obawiam, aby siostra czasami nie popadła w jakieś złudzenie.

Aczkolwiek z drugiej strony nie chciałabym woli Bożej krępować ani się jej sprzeciwić, bo sama pragnę spełnić wolę Bożą.

A więc umówiłyśmy się, że jeszcze pozostanę tak, jako jestem, aż do chwili, kiedy Pan da Matce Generalnej poznać, że On tego żąda, abym opuściła to zgromadzenie.

Jestem zupełnie spokojna pomimo tych wielkich przynagleń.

Ja ze swej strony zrobiłam wszystko.

A teraz na Ciebie kolej, mój Jezu, a przez to uwydatni się sprawa Twoja.

Ja ze swej strony jestem zupełnie zgodzona z wolą Twoją.

Zrób ze mną, co Ci się podoba.

Panie, daj mi tylko łaskę, abym Cię coraz goręcej miłowała.

To mi jest najdroższe.

Niczego nie pragnę poza Tobą, miłości wieczna.

Mniejsza oto, jakimi drogami mnie poprowadzisz, czy bolesnymi, czy radosnymi.

Ja pragnę Cię kochać każdym momentem życia mojego.

Każesz mi pójść, Jezu, pełnić wolę Twoją?

Pozostanę.

Mniejsze o to, co cierpieć będę, czy w jednym, czy w drugim wypadku.

O Jezu mój, jeżeli pójdę, wiem, co mam wytrzymać i znieść.

Z całą świadomością zgadzam się na to.

Mniejsze o to, co w tym kielichu jest zawarte dla mnie.

Jeżeli mnie zawrócisz z tej drogi i każesz mi pozostać, pozostanę, pomimo wszystkich wewnętrznych przynagleń.

Jeżeli mi je w dalszym ciągu w duszy utrzymywać będziesz i pozostawisz mnie w tym konaniu wewnętrznym chociażby do końca życia, przyjmuję to z całą świadomością woli i miłosnym poddaniem się Tobie, o Boże mój.

Jeżeli pozostanę,

Ukryję się w miłosierdziu Twoim, Boże mój, tak głęboko, że już mnie żadne oko nie dojrzy.

Pragnę być w życiu moim kadzielnicą napełnioną żarem ukrytym, a dym wznoszący się ku Tobie hostiożywa niech Ci miłym będzie.

Czuję to w sercu własnym, że każda ofiarka rozbudza płomień miłości mojej ku Tobie, choć tak cicho i skrycie, że jej nikt nie dostrzeże.

Kiedy matce generalnej powiedziałam, że żąda Pan, aby zgromadzenie odmówiło tę koronna przebłaganie gniewu Bożego, matka mi odpowiedziała, że na razie nie może wprowadzić takich nowych modlitw, nieaprobowanych, ale niech siostra mi da tę koronkę.

Dobrze by było, gdyby ksiądz dr Sopoćko wydał jaką broszurkę z tą koroneczką, więc byłoby lepiej i łatwiej, żeby ją w zgromadzeniu odmawiać, bo tak to trochę trudno.

Miłosierdzie Pańskie, wysławiają dusze świętych w niebie, które doznały na sobie tego nieskończonego miłosierdzia.

Co te dusze czynią w niebie, ja już tu zacznę na ziemi.

Wysławiać będę Boga za Jego nieskończoną dobroć i starać się będę, aby inne dusze poznały i uwielbiały to niewysłowione i niepojęte miłosierdzie Boże.

Obietnica Pana.

Dusze, które odmawiać będą tę koronkę, miłosierdzie moje ogarnie je w życiu, a szczególnie w śmierci godzinie.

O Jezu mój, naucz mnie otwierać wnętrzności miłosierdzia i miłości każdemu, kto mnie o to prosi.

Jezu, Wodzu mój, Ty mnie naucz, aby wszystkie modlitwy i uczynki moje miały na sobie wyciśniętą pieczęć miłosierdzia Twojego.

Dziś starałam się, żeby odprawić wszystkie swoje ćwiczenia do benedykcji, bo czułam się więcej chora niż zwykle, więc zaraz po benedykcji poszłam się położyć.

Jednak kiedy weszłam do sypialni, nagle poznałam wewnętrznie, aby wejść do celi siostry N, bo potrzebuje pomocy.

Weszłam zaraz do tej celi, a siostra N mówi mi –

Mówi mi, siostro, proszę mi przynieść trochę herbaty z cytryną, bo mam tak wielkie pragnienie, a poruszyć się nie mogę, bo cierpię bardzo.

Usłużyłam jej i tą trochę odrobiną herbaty ugasiła swoje spragnione usta.

Kiedy weszłam do swej celi, duszę moją ogarnęła wielka miłość Boża.

I zrozumiałam, jak bardzo trzeba uważać na natchnienia wewnętrzne i wiernie iść za nimi, a wierność jednej łasce sprowadza następne.

19 listopada 1936 r. Dziś w czasie mszy świętej ujrzałam Pana Jezusa, który mi powiedział, bądź spokojna, córko moja.

I znikł Pan, a był czas przyjęcia Komunii Świętej.

Po przyjęciu Komunii Świętej nagle ujrzałam Wieczernik, a w nim Pana Jezusa i apostołów.

Widziałam ustanowienie Najświętszego Sakramentu.

Jezus pozwolił mi wniknąć do wnętrza swego i poznałam wielki majestat Jego i zarazem wielkie uniżenie Jego.

To dziwne światło, które mi pozwoliło poznać Jego majestat, równocześnie odsłoniło mi, co jest w duszy mojej.

Jezus dał mi poznać głębię swojej cichości i pokory.

I dał mi zrozumieć, że wyraźnie tego ode mnie żąda.

Uczułam boskie spojrzenie w swoją duszę, które napełniło mnie niepojętą miłością.

Ale zrozumiałam, że Pan patrzy się z miłością na cnoty i heroiczne wysiłki moje.

I poznałam, że to Boga ściąga do serca mojego.

Dlatego zrozumiałam, że nie wystarcza, bym się starała tylko o cnoty zwykłe, ale staram się ćwiczyć w cnotach heroicznych.

Chociaż na zewnątrz będzie rzecz całkiem zwykła, ale różny sposób, który dosięga tylko oko pańskie.

O mój Jezu, to, co napisała, jest tylko cieniem bladym tego, co rozumiem w duszy, a są to rzeczy czysto duchowe.

Ale żeby coś napisać z tego, co mi Pan daje poznać, muszę użyć takich wyrazów, z których jestem zupełnie niezadowolona, ponieważ nie oddają rzeczywistości.

Kiedy pierwszy raz otrzymałam te cierpienia, było to tak.

Po ślubach rocznych w pewnym dniu w czasie modlitwy ujrzałam wielką jasność, a z tej jasności wyszły promienie, które mnie ogarnęły i wtem uczułam straszny ból w rękach, nogach i boku i ciernie korony cierniowej.

Odczuwałam te cierpienia w czasie mszy świętej w piątki.

ale było to bardzo krótki moment.

Przez parę piątków się to powtarzało i później już nie czułam żadnych cierpień, aż do chwili teraźniejszej, to jest z końcem września tego roku.

W czasie tej choroby, w czasie mszy świętej, w piątek, odczułam, jak mnie przeniknęły te same cierpienia.

I powtarza się to co piątek i czasami przy spotkaniu się z duszą, która nie jest w stanie łaski.

Chociaż to jest rzadko i cierpienie to trwa bardzo krótko, jednak jest straszne i bez szczególnej łaski Bożej nie zniosłabym.

A na zewnątrz nie mam żadnych znaków tych cierpień.

Co dalej będzie, nie wiem.

Nie wiem.

Jezu, widzisz, że jestem ani ciężko chora, ani też zdrowa.

Wlewasz mi w duszy zapał do czynu, a sił nie mam.

Pali się we mnie żar Twojej miłości i czego nie mogę dokazać siłą fizyczną, wyrówna miłość.

Jezu, stęskniony jest duch mój i bardzo pragnę się połączyć z Tobą, ale wstrzymują mnie dzieła Twoje.

Jeszcze liczba dusz nie jest pełna, które mam doprowadzić do Ciebie.

Pragnę trudów, cierpień.

Niech się wszystko we mnie wypełni, coś zamierzył przed wiekami.

O Stwórco mój i Panie.

Ona mi jedna daje moc.

Duch Twój o Panie jest duchem pokoju.

I głębi mojej nie mąci nic, bo Ty tam mieszkasz, Panie.

Wiem, że jestem pod szczególniejszym spojrzeniem Twoim o Panie.

Nie badam trwożliwie planów Twoich względem mnie.

Nie lękam się niczego.

Chociaż burze szaleje i straszne gromy uderzają wokoło mnie, a czuję się w ten czas sama jedna.

Jednak serce moje czuje Ciebie.

a ufność moja potęguje się i widzę całą wszechmoc Twoją, która mnie utrzymuje.

Z Tobą, Jezu, idę przez życie wśród tęcz i burz z radości okrzykiem, nucąc pieśń miłosierdzia Twego.

Nie umilknę w swym śpiewie miłości, aż podchwyci ją anielski chór.

Nie ma żadnej mocy, która by mnie powstrzymała w pędzie do Boga.

Widzę, że nie zawsze nawet przełożeni rozumieją drogę, którą mnie Bóg prowadzi.

I nie dziwię się temu.

Ja po prostu nie mogę.

Jak teraz czytałam te fragmenty w obecności waszej, to aż miałam ciarki.

To jest tak, jak ja bym po prostu weszła w Ole, w jej głowę, wiesz, i stała się jej ustami, że ona z Faustyną po prostu mogłyby to czytać razem.

Chyba czytały nawet.

Jak bardzo to są twoje fragmenty.

To są twoje fragmenty.

Mało kto ją zrozumie, a idzie wśród tęcz i burz, ale wie, że jest z nią zawsze Jezus, to jej zawsze mówię.

Gdyby też mnie zabrakło, żeby wiedziała, że Jezus jest zawsze z nią, to o nią podnosi.

To jest najlepszy lekarz, on ją karmi.

No właśnie, mimo że się przygotowałam, no i to był dla mnie fragment znany, bo przecież wiele razy czytałam dzienniczek,

aż mi głos właśnie stanął, bo aż mi coś siadło.

Teraz tak utożsamiłam się też jeszcze raz teraz w tym wieczerniku nagrania z tymi słowami, że są to właśnie nasze słowa.

Pewnie wiele by tak się w dzienniczku znalazło, bo tak po diagnozie czytałam pierwszy raz dzienniczek, czyli 21 lat temu.

Więc właściwie całego przepłakałam, aż dostawałam spazm, bo wydawało mi się, że Saustyna weszła we mnie i po prostu ona mi teraz mówi, jak będzie wyglądało moje życie.

A teraz właśnie te słowa, uczyń Jezu ze mną, co chcesz, byle daj mi ten pokój.

To po prostu, to jest nasze, otrzymałyśmy ten pokój.

Pozwalamy Bogu, Jezusowi Miłosiernemu, czynić z nami, co chce, no bo tak jest, nie mam na nic wpływu, więc nie myślę, nie tworzę filmów, co będzie dalej, przyjmuję.

Bóg z nami czyni, co chce, ale my jesteśmy spokojne wśród tych po prostu burz, bo wiemy, że i w niebie zobaczymy tą tęczę, że po prostu musimy tę burzę przejść.

Bóg jeszcze nie wypełnia tego dzieła, że nie idzie Ola do tych tęcz, bo widocznie jej uśmiech nieba jest jeszcze potrzebny innym.

Właśnie tutaj też to było, że ona wyczuła, że to jeszcze widocznie nie wszystkie.

O tak, ostatni numer.

Jeszcze liczba dusz nie jest pełna, które mam doprowadzić do Ciebie.

Tak samo o ojcu Andraszu.

No przecież my właśnie zaraz po diagnozie, a nawet wcześniej, bo już byłam w ogromnej rozpaczy, kiedy Ola zaczynała chorować, przestawała mówić, poznałam swojego ojca duchowego, który mnie dalej tu prowadzi.

Bogu dzięki, że jest tu jeszcze, że nie jest przenoszony i że on mnie tak kształtował.

Zresztą sam powiedział na kazaniu na osiemnastych urodzinach Oli.

że po prostu byłyśmy czarne jak węgiel, ale Jezus Miłosierny nas wyszlifował, te diamenty Jego, bo po prostu chciał, żebyśmy tu były.

Nie jeżdżę do swojej parafii, chodzi o kocham na mszy, ale zawsze tu jestem.

Tutaj jest nasze miejsce, tu jest nasza ziemia święta.

Tu mamy swojego kierownika, tu nas święta Faustyna prowadzi, tu mamy was.

Siostry, które jesteście naszymi przyjaciółkami, dosłownie, realnie, bo przecież z siostrą Benediktiną, która mnie wprowadziła w te granice smutku, które mam go nie pielęgnować, odciąć, to przecież było 21 lat temu, kiedy ją poznałam po diagnozie.

Tu poznałyśmy przyjaciela księdza biskupa i ten kierownik jest tak ważny, żeby jednak wszystko, ja dosłownie wszystko, moje spowiedzi są częste, co dwa tygodnie, ja dosłownie wszystko, co mnie trapi, z czym mam lęk,

co zabiera mi za dużo myśli, rozważam na spowiedzi, bo przecież mówi do mnie Jezus przez kierownika i wtedy wiem, jak dalej iść, czy to jest słuszne.

Nie podejmuję sama ważnych decyzji, ani co do Oli, ani co do stowarzyszenia.

Wszystko zawsze jest przemodlone, oddane na spowiedzi i dopiero gruntowane.

Zawsze to musi mieć czas, a nie szybko.

Więc tutaj też ta rozmowa z Matką Generalną, że trzeba mieć ten czas, że trzeba przemodlić wszystko, ale widzieć te znaki.

No to nie my, to Jezus nam daje te znaki, no nie możemy tutaj mówić, że coś od nas zależy, ale te ślady naprawdę są tak mocne i te dusze, które odmawiają koronkę, no ja już odmawiam ją z Olą od 20 lat i nie wyobrażam sobie, ja jestem w Rzymie czy gdziekolwiek, nie muszę zerkać na zegarek, my wiemy kiedy jest święta godzina.

My wiemy i odmawiamy koronkę.

A zdarzy się, że nieraz jest naprawdę tak dużo nocnego cierpienia, że już jakby przy tych czynnościach, przy oleńce lub u innych, gdzie odbieram telefon, jak dziecko odchodzi i towarzyszę z gromnicą przez telefon rodzicom, modląc się przy ostatniej drodze, po prostu mówię, cały czas wystarczy to zaufanie.

Nie musisz nic mówić.

Zawsze mnie ratowało.

W najtrudniejszych chwilach mojego życia to ogromne zawierzenie, po prostu takie, że aż przenika człowieka,

do końca, to Jezu, ufam Tobie, ale tak naprawdę ufam, nie tak, że Ty robisz swoje, a ja robię swoje, tylko ufam, nic ode mnie nie zależy.

W moim życiu naprawdę nic nie zależy od nas.

Naprawdę.

Jedynie może to, że możemy chodzić w kolorowych ubraniach.

Dzisiaj jednak nie założymy czarnego.

I dzisiaj znowu nie założymy czarnego.

A tutaj ten fragment z herbatą dla siostry N, to po prostu też nam się zdarzają takie sytuacje, gdzie odwiedzałyśmy siostrę, ciocie, która odchodziła mając 94 lata po przewrócenie, była w szpital, to jest niedawna sprawa, rok temu.

I chodziłyśmy z Oleńką codziennie do cioci.

Najpierw musiałam się tłumaczyć, że to nie dziecko, bo młodo wyglądamy po prostu.

I że to jest dorosła dziewczyna i może wejść na oddział do staruszki, która odchodzi.

Ale ciocia jeszcze, jeszcze tam siedziała wtedy, nim została przeniesiona do ZOL-u.

Ale za parawanem była pani, do której nikt nie przychodził.

I wychodząc, wzrok mnie tej pani ściągnął.

I odwróciłam się i zapytałam, czy chce pani się napić.

Pani tylko oczami zmrużyła.

Wiedziałam już po komunikacji z Olą, że chce.

Na drugi dzień pani zmarła.

Do tej pory mam obraz tej pani, że może jej usłużyłam.

I właśnie ta pomoc ma być tym służeniem.

Ja nigdy nie chcę żadnych sobie zasób przypisywać, ani dla Oleńki.

Kiedyś mi ktoś zapytał, a czy Ola jest wdzięczna, że jej poświęciłaś całe życie, 24 godziny, nie chodzisz do pracy i stowarzyszenie wolontaryjnie.

Tak popatrzyłam po prostu niedowierzaniem, że jak mogą takie pytania.

Jak Ola ma być wdzięczna?

Ja nie oczekuję wdzięczności Jej córze jak Panu Jezusowi.

Ja po prostu wierzę, że Pan Jezus widzi te moje heroiczne czyny, bo nie są moje.

Bo człowiek nie ma w sobie sam jako człowiek tyle heroizmu, jeśli by nie ubrał tej zbroi Jezusa miłosiernego.

Czego tych promieni, które te kolory pokazują, jeśli bym się nie uchwycił?

No umówmy się, nikt nie jest po prostu tak silny, bo przecież to są depresje, to są słabości, to są bóle i też moje.

Ja też muszę dbać o siebie, żeby mieć siłę jako ratownik Oli.

To przecież gdybym ja nie dbała o siebie i była tą mamą zaniedbaną czy chorą, bo też muszę się leczyć w pewnych momentach, bo przecież dźwigam Olę, która jest większa ode mnie, dłuższa.

Więc tutaj Pan Bóg daje tyle po prostu rozwagi, ale oczywiście wszystko jest Mu oddane i ofiarowane.

Nie ma rzeczy, którą robię sama.

Zawsze idzie ze mną mój Jezus wszędzie, do sklepu, na zjazd towarzyszenia, z Oleńką tutaj.

Zawsze On jest ze mną, z prawej, z lewej, przede mną, za mną, na ślady Święta Ziemia.

No nie ma innej opcji, nie ma.

Bardzo mi się to podoba, Jolu, że pokazujesz też tą drogę, którą przeszłaś, że ten moment, w którym jesteś teraz, jest naprawdę cudowny.

Bogu dziękować za to, że tak cię doprowadził do takiego momentu.

Ale super, wiesz, jak ktoś się tak słuchać będzie z boku, może pomyśleć, nie no, ta kobieta, raz, że szalona, dwa, że po prostu nie kupuje tego, ona nie może tak pozytywnie podchodzić do tego cierpienia jej życia.

Że na początku był i smutek, i depresja, i rozpacz.

I udasz, i zdrada, bo nie jestem z mężem, prawda?

Ola nie jest z tatą.

Więc wszystko było na początku.

Co można powiedzieć, doświadczał Jezus.

Patrząc na Jego drogę, Jego śladami, możemy to przejść.

Bo normalnie człowiek by powiedział, no szalony właśnie.

A jeszcze się ubiera na kolorowo i śmiecha, prawda?

W ogóle już jakaś normalnie.

A niektórzy wiedzieli, że ciągle płaczę i ubierałam się wręcz na granatowo.

To Ola powiedziała, dość, nie idziemy na terapię, nie wyjdę z tobą, bo jeszcze dobrze mówiła.

Jak nie przemienisz tego swaterka?

To ta, która malowała prawdziwą tęczę, nie znając jej, bo wtedy mając trzy latka nie widziała jej,

A gdy jej ktoś podał na terapii zajęciowej w szpitalu w Radziszowie kredkę, na przykład czerwoną, wcześniej niż inną lub odwrotnie, mówiła, nie, tęcza wygląda tak.

I wszyscy jej pytali, Oleńko, ale skąd jest nasz tęcza?

Ona wtedy jak w ziarnie, w katolickim programie, tęcza to na niebie znak, tylko Pan Bóg kocha tak.

W ogóle na swoim stato, na Whatsappie ma też taki właśnie, tak prosiła, że tęcza to na niebie znak.

No i to jest znak.

Widźmy znaki, obserwujmy je, bo Pan Bóg mówi.

Oleńka w swoją komunię świętą miała dwie tęcze na niebie.

Po prostu było duszno.

Wieczorem się ukazała po południu.

Ostatnie po prostu swoje takie marzenie, które spełniała jej fundacja, miała wtedy dopiero sześć latek, żeby być królową tęczy i rządzić tęczami.

Była na tronie, była w sukni, jechała karetą.

Cała szkoła dla niej to przygotowała, do której, do klasy integracyjnej uczestniczyła.

Było ponad 100 osób.

I właśnie Ola rządziła tymi tęczami.

Nad nią tęcza, pod nią tęcza.

I na niebie dwie tęczy.

I cały Kraków do nas wtedy dzwonił.

I ona tęcza.

My naprawdę wierzymy, że Ola jest królową tęczy z nieba.

I te osoby, które naprawdę Boga nie znają, dzwonią czasami do mnie i mówią, Jolu, wiesz, no to jest niesamowite.

Ja nie miałam łaski poznania Boga, ale słysząc, jak wy mówicie, Zolomi pokazujecie...

Wy nie udajecie.

Nie chcę udawać.

Mam słabości, muszę to powiedzieć, ale właśnie po to przychodzę tutaj, żeby Pan Bóg je przemienił.

A co nie przemienił, to próbuję jakoś przejść, pomodlić się, rozmawiać.

Mamy tyle narzędzi od Pana Jezusa.

Mamy psalmy, mamy codzienną Ewangelię Słowo.

Możemy rozważać kilka razy przed Jeszcze Eucharystią, żeby pachnieć Bogiem.

Zapach Boga jest tak cudowny, że On się roznosi wszędzie.

I jeśli nasycimy się... Ja zawsze mówię, jak ktoś mnie się pyta coś, to ja mówię, no ale co, ja cię w fast foodach boli wasz żołądek, bo mnie strasznie, bo mam problemy takie trawienne.

Ale jak jem zdrowo, to w ogóle nie muszę pić żadnych trawistów.

Jeśli mądrze przyjmujemy wierność, przede wszystkim wierzę, że jeżeli jesteśmy wierni temu, co robimy, temu, co mówimy, ale też nie tylko gadamy.

Bo gadać jest najłatwiej wszystkim.

My cierpimy, naprawdę.

Nam jest ciężko.

Wszystko musimy ogarnąć same.

Być, powiedzmy, wszystkimi terapiami, organizować wszystko, bo mamy mnóstwo ludzi do pomocy na tych wszystkich, Oli, sytuacjach.

Ja tylko zwrócę uwagę na to, jak ty cudownie mówisz, że wszystko musimy ogarnąć same.

Ja nie powiem tutaj, nie powiem, że tak naprawdę ty ogarniasz.

Ty widzisz, że Ola też ogarnia.

Ola, Ola, Ola jest tym narzędziem największym, nie ja.

Proszę uwierzyć, to Ola mnie przemieniła.

Bo jak ktoś mi mówi tak, ciebie to nigdy nic nie boli, ty nigdy nie narzekasz.

A ja tak, halo, jak ja mogę przy tej córce narzekać?

Epilepsja, skolioza, zwichnięte biodra, ledwo siedzi.

Energii brak, nie chodzi, przestała chodzić.

Po prostu tyle rzeczy, energii.

I refluks, i ona nie narzeka, tylko jeszcze potrafi się uśmiechnąć, kiedy usłyszy świetną muzykę, kiedy ubierze się wspaniale i różne ma tam swoje pasje, konie i tak dalej.

I ona nie narzeka, a matka ma narzekać.

Tu mam ją podnosić i mówić, ale jesteś ciężka?

Nie, jest lekka, bo mam dwóch aniołów z różu.

Ona ma swojego, nawet dwóch, bo przecież ojciec Pio mówił, że niepełnosprawny ma dwóch.

Więc ona ma dwóch, ja mam jednego i to musi mój być większy ode mnie.

Więc jak ja mogę narzekać?

No, muszę przyznać, że narzekanie przy osobie niepełnosprawnej, no, jeszcze tak rozumnej jak Olat.

To nieładnie, to tak nie można.

To mówmy sobie szczerze, że to nieładnie.

Słuchaj, ja w ogóle niedawno ktoś gdzieś jakiś mi taki filmik puścił o mocy słów, słów błogosławiących, słów jakby mówiących, jakoś zwracających uwagę na piękno, na dobro, życzących dobrze i tych wszystkich słów, które są negatywne, jakoś napełnione złością, nienawiścią, lękiem.

Ktoś zrobił taki eksperyment, postawił dwie butelki z wodą i do jednej butelki, to jest przecież martwy przedmiot, nie?

No jest woda, ale woda, okej, to jest substancja tylko.

Do tej substancji ktoś jeden mówił pozytywne słowa, a drugi ktoś do tej swojej butelki mówił negatywne słowa.

Znasz ten eksperyment?

Nie.

Słuchaj, wzięli to potem, ją zamrozili i taką zamrożoną wodę wzięli pod mikroskop i ta zamrożona woda z tej butelki, do której były mówione dobre słowa, ona pod mikroskopem pokazało, że ułożyła się w niesamowicie harmonijne wzory, w takie, jak pokazywali to na ekranie.

mandary takie.

On był tak piękny, tak trochę jak też mi przypominały śnieżynki, wiesz, tak niesamowicie misterne, ale super harmonijne.

Ta druga woda, do której były złe słowa mówione nieustannie, była samym chaosem.

Czuję, że to nawet woda tak odbiera moc naszych słów i co dopiero drugi człowiek, nie?

Właśnie kiedyś usłyszałam, to jest mówione i to się słyszy, że właśnie narzekanie to jest po prostu język diabła.

Dlatego ja nigdy nie narzekam.

A jeśli nawet jest trudna pogoda dla Oli, bo akurat jej organizm jest bardzo związany z naturą i z tym, co się dzieje jako metałopatka, więc każda zmiana pogody, wiatru, księżyca czy burzy na nią mocno wpływa, no to już teraz jest to duża ofiara.

Teraz już to ona rozumie.

Ja rozumiem ją też bardzo, przecież przemienił Pan Jezus i ona tak naprawdę wskazuje tą drogę, bo to nie jestem prezesem, to Ola.

Przecież gdyby ona nie pozwoliła mi dać czasu dla tych rodziców, dla tej rozmowy, dla tych przyjęcia.

W Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie wpisywany jest kontakt z Jolantą Kutz, towarzyszenie po diagnozie, więc zawsze do mnie trafiają rodzice po pierwszej diagnozie, na najtrudniejszą rozmowę psychologiczną, więc też musiałam się uczyć takiej psychologii od...

głów ważniejszych ode mnie, mocniejszych i rozumnych.

Kiedyś by to nie było możliwe.

Kiedyś musiałam ją na rękach trzymać 24 godziny, miała tyle bólu.

To, co od niej odeszło, przemieniliśmy w tą radość, że możemy służyć innym, wspomóc, bo się rozumiemy.

Bo żadna matka, siostra, sąsiadka nie zrozumie tego, co czuje ta sama matka z tą samą chorobą.

Bo to jest po prostu codzienna walka o oddech, o tą radość, o uśmiech, bo czasami dzieciom nie wraca uśmiech, bo czasami są nawet wiersze moich mam o utraconym uśmiechu, który już nie wrócił poprzez po prostu degenerację tej choroby, która zniszczyła komórki mitochondrialne.

Także we wszystkim jest Jezus, we wszystkim, co przeżywamy i On nas tak przemienił.

Faustyna się o to bardzo postarała, żebyśmy z tych śladów nie zeszli i wcale nie musimy jechać

Nie możemy przez chorobę tam pojechać, ale tutaj jest nasza Ziemia Święta.

Właśnie spotkać Jezusa w chorych, w cierpiących, spotkać Go w ogóle w sobie, to jest przemienienie naszego egoizmu, uczenie się pokory, zobaczyć niebo w nas, bo przecież niebo chodzi po ziemi, a szczególnie tutaj w Łagiewnikach niebo chodzi po ziemi.

No jesteś cudowna, że tak mówisz.

Mi się wydaje, że wszędzie tam, gdzie wy pójdziecie, to jest niebo.

Ola tak zerka na mnie tutaj kątem oka trochę czasami.

Te słowa z numeru 751 też tak bardzo mi tutaj posyłały do was.

Nie wiem, czy miałam wrażenie, że potakujesz tak głową, jak czytałam, tam widziałam takie gesty u ciebie.

Który ten fragment?

Tak, no takie właśnie ciepło.

Znaczy, bo przede wszystkim też, powiedz siostro, o którym mówiłaś teraz.

Ja teraz tak bardzo, może gdzieś najbardziej zaczęłam słyszeć ciebie i Olę w numerze 751, a potem to już cały czas, cały czas to było.

No tutaj mam najwięcej serca, że Ola to jest tak.

o bolesności, czy będziesz bolesny, czy radosny.

Taka zgoda na wszystko.

To jest to, co Ty wyrażałaś też na początku.

Mam wrażenie, że to już było na nagraniu, a nie przed nagraniem.

Jak mówiłaś o tym, no taka zgoda na wszystko.

Zamurzenie w kielichu.

Cokolwiek Ty przynosisz, Boże, ja przyjmuję, jak to jest jako dane od Ciebie, więc wierzę, że to jest dobre i jestem gotowa przyjąć wszystko.

Jeśli się boję, zanurzam.

Zanurzam w tym kielichu codziennie na ołtarzu i proszę, przemień to, czego się boję.

Ty znasz najlepiej moje serce, tak?

Co prawda bardziej może o innych niż o siebie i o Ole.

No jednak jestem...

Takim troszeczkę sterownikiem może malutkim dla tych mam, niektórych jej rodziców i czasami to doradztwo, to prowadzenie medyczne też jest obciążające, więc też się muszę radzić lekarzy, co powiedzieć i tak dalej.

Oni mają oczywiście swoich lekarzy, hospicja.

i opiekę paliatywną, no ale zazwyczaj się dzwoni pierwszy telefon, wykonaj do Joli.

Ona ci powie, no jednak tutaj jest też doświadczenie 21 lat po diagnozie, więc też wiedzą, że może nie odpowiem na wszystko, ale zrobię wszystko, żeby poznać tą wiedzę.

Więc czasami oni przeżywają, jutro mam Olę, która wczoraj miała 25 lat, Olę z Opola.

starszą od mojej Olenki i jutro ma właśnie operację założenia PEGA, więc też właśnie mam taki lęk o nią, bo była bardzo osłabiona, o jej mamę też oddałam od razu wszystko, także tak bardziej chyba teraz się troszczę o innych.

Tak samo jeżeli mi się zdarzają łzy, to bardziej za innymi nnie płaczę już nad sobą, tak jak Jezus mówił.

Nie płaczę, już oddałam te łzy.

ale nad kimś płaczę, tak, to prawda.

Łączę się też z nimi, kiedy oni płaczą.

A kiedy się śmieją, to już tak tańcujemy razem, tak się śmiejemy, no, że po prostu... Bądź spokojna, córko moja.

Widzę wysiłki Twoje, mam to podkreślone.

Po prostu wierzę, że Jezus widzi, że nie robię to dla siebie, dla swojej próżności, że...

Te wysiłki po prostu on widzi, że ta Ola jest tym kwiatuszkiem jego i ja tak się mocno jej trzymam.

Zawsze sobie myślę, co to będzie, jak Oli zapraknie.

Ale wierzę, że Pan Jezus tak mnie jeszcze przemieni, że albo szybko pójdę z nią, zechcę to, albo po prostu przetrzymam ten czas bez niej, bo będę już na tyle przemielona, ukształtowana, nakarmiona, nasycona.

Córko moja, bądź spokojna.

Tak, to jest... No i ona nam to potwierdza.

Tak, ona potwierdziła.

Córko moja, bądź spokojna.

I też chciałabym, żeby rzeczywiście każdy, kto słucha dzisiejszego naszego nagrania, żeby też to usłyszał.

Córko moja czy synu mój, bądź spokojny.

To jest tak ważne też, żeśmy sobie chyba gdzieś o tym mówiły, że właśnie Pan Bóg nie wynagradza za efekty, tylko wynagradza za te wysiłki, że On się patrzy tylko na to, czy nam zależy, czy się staramy, czy się angażujemy, a tak naprawdę wszystko inne jest w Jego rękach.

My robimy to nasze coś, ten nasz wysiłek.

Tu Faustyna też pisała o tym, że ja ze swojej strony zrobiłam wszystko, reszta jest w rękach Boga i jestem spokojna w związku z tym.

Właśnie nie jestem lekarzem Oli, ale doradzam się, robię wszystko.

Pojechałam do Rzymu, no przecież to jest duży wysiłek, jadąc do kraju wtedy 14 lat, nie znając języka.

Ze swojej strony zrobiłam wszystko, rehabilituję ją, odstąpiłam od tego, skończyłyśmy szkołę, razem jeszcze raz ją skończyłam, z nią i zerówka, i gimnazjum, i liceum.

Co do choroby robię wszystko, szukam nowinek, ale nie mam tego zamętu, nie mam rozproszenia i widzę, że...

po prostu ten pokój Boży, to nie jest człowieka pokój, to już jest po prostu to, że Jezus widzi, że widzi po prostu te wysiłki, ale zawsze jeszcze Go proszę, pokaż, co mam jeszcze zrobić, tak?

No będę się uszuczyła, mówię, no w Szkole Miłosierdzia się nigdy jej nie kończy.

Maturę zdamy dopiero w niebie, tam gdzie Oleńka ma te swoje tęcze i tam nas na pewno wszystkich doprowadzi.

Ola modli się zawsze po komunii świętej.

Modlitwę siostry Faustyny.

Panie Jezu, przyjmij moje chore ciało w Twoje zdrowe ciało.

Wtchnij we mnie zdrowe i silne życie, jeśli jest taka Twoja wola święta.

I doprowadź do nieba, żebym tańczyła tych, których kocham.

Żebym tańczyła w niebie z tymi, których kocham.

Także, że przecież Pan Jezus wie, kogo kocha i z kim by chciała tańcować w tym niebie tęczowym.

Pamiętasz, jak jeszcze tańczyła przed diagnozą, tak?

Ona lubiła dużo tańczyć jako mała dziewczynka.

Lubiła tę muzykę dalej, lubi bardzo, lubiła tańczyć, była bardzo ugrzecznionym dzieckiem, jak jechałyśmy pociągiem do Warszawy i ktoś jej mówił, jaki masz piękny warkoczek i mówiła, dziękuję za komplement.

Także wszyscy byli nią zachwyceni.

Jak pani mówiła różaniec w przedziale, to mówiła, o ta pani mówi różaniec jak my.

I bardzo ładnie mówiła do anioła stróża i znała wierszyki, brzechwy i bajki na pamięć.

Takim była rezolutnym, bardzo dzieckiem, bardzo już nawet na angielski chciała iść, bo kuzynki mieszkają w Londynie, no to myśleliśmy też o tym.

No i zachorowała w nadzieję, w dzień największej nadziei, w święto zmartwychwstania.

Kiedy wszyscy śpiewali Alleluja 11 kwietnia 21 lat temu, rano przed śniadaniem wielkanocnym, przewróciła się po raz pierwszy.

W dzień matki miała pierwszy rezonans,

Czekałyśmy długo na ostateczną diagnozę, ale właśnie ta diagnoza śmierci wcale nie jest śmiercią, tylko jest tym, co nam Jezus dał na początku, zmartwychwstaniem.

Żeby zobaczyć to zmartwychwstanie, trzeba przejść wszystkie tajemnice i te bolesne, i zobaczyć to światło i dojdziemy do zmartwychwstania.

Ja mam łatwiej, no bo przecież zachorowała w zmartwychwstanie, więc...

Niejako z obietnicą już od razu.

Także jak mantra, także Alleluja z nami.

Myślę, że to zmartwychwstanie jest już po prostu wpisane, że po jej śmierci i po innych chorych, cierpiących, gdzie nie możemy widzieć tylko choroby, tylko tą nadzieję, że po coś jest.

No w ogóle wszyscy żartują, że chyba papież Franciszek logo na ten rok zabrał od nas.

Racja, pielgrzymi nadziei, tam jest przecież kolory tęczy.

No i byłyśmy 6 kwietnia, kiedy papież Franciszek wyszedł ostatni raz, była Eucharystia Jubileuszowa dla chorych i lekarzy świata medycznego i my na niej byłyśmy z samego przodu.

Widziałyśmy papieża Franciszka, dostałyśmy nawet wtedy od przyjaciół jakichś uzakonnych kubeczek właśnie z pielgrzymami nadziei i świeczuszkę, bo tak czujemy właśnie się.

My mamy nadzieję taką wbrew nadziei, nieustanną, która nas właśnie prowadzi do tego nieba tęczowego.

Ta nadzieja po prostu jest w nas, dlatego jeden z kapłanów tu w Krakowie, kiedy tu otwieraliśmy wystawę w Bazylice właśnie pielgrzymi nadziei, bo jesteśmy też tam na niej, zażartował, że papież Franciszek ustalał z wami to logo.

Wielgrzymi nadziei jesteśmy.

Kochana Jolu, tutaj jeszcze i pojawi się ten wątek, który też chciałabym poruszyć, żeby to też wybrzmiało.

Nie wiem jeszcze, jak często to może w dzienniczku się pojawiać, więc nie chcę, żeby nam to umknęło.

Tu jest mowa o tym specyficznym cierpieniu Faustyny, o ukrytych stygmatach.

Ktoś, kto może nie wie, że ona je miała, to mógł tego nie zrozumieć, tego numeru z dzienniczka 759.

Faustyna pisze, kiedy pierwszy raz otrzymałam te cierpienia i ona opowiada tą historię ze swoich ślubów rocznych i mówi o tym, że miała ból.

W rękach, nogach i boku i odczuwała ból korony cierniowej.

I wcześniej w dzienniczku, jak ktoś z was ma dzienniczek, zachęcam, żeby sobie zajrzeć do numeru 705.

Poczekaj, żebym tego nie zgubiła.

Pisze tutaj, doznaję cierpień w rękach, nogach i boku.

I jeszcze zupełnie na początku, numer 47 chyba, to po raz pierwszy napisałam.

Często odczuwałam mękę Pana Jezusa w ciele moim, chociaż to było niedostrzegalne.

To jest ta wielka tajemnica cierpienia, które u Faustyny było coraz bardziej widoczne.

Przez długi czas cierpiała tak, że nikt tego nie wiedział i wtedy było to duże jej cierpienie psychiczne, bo była oskarżona o to, że udaje.

Potem coraz bardziej widoczne i przynajmniej to jej mogło ulżyć, że okej, to już jest potwierdzone, że jestem bardzo chora i przynajmniej tyle, że nikt nie będzie myślał, że udaje, ale...

Ale to cierpienie, które ona tutaj w sposób szczególny, jak doświadcza tego łączenia się z Jezusowym cierpieniem, że nawet w tych samych miejscach ją boli, prawda?

I to, że to w piątki przeżywa, tutaj wspomina, to jest jakiś szczególny taki znak na to, ok, cierpiący Jezus, ja cierpiąca, cierpiący Jezus, ja cierpiąca.

Ale nie tylko to ukryte cierpienie,

tak można przeżywać.

I nie tylko to takie szczególne jak stygmaty, ale to już wybrzmiało w tym, co mówiłaś, że jak my łączymy nasze cierpienie z Jezusowym, to ono ma jakąkolwiek, znaczy jakąkolwiek, ma wielką wartość.

Że cierpienie bez połączenia się z Jezusem i bez zobaczenia Go w kontekście krzyża, to ono jest tylko cierpieniem.

Ty pamiętasz, że był taki czas w twoim życiu, kiedy jeszcze tak patrzyłaś na cierpienie?

Może tak nie.

Tak jak mówię, dołożyło mnie trochę wcześniej jeszcze inne cierpienie, kiedy zostałam sama z maleńką Olą, tuż po jej urodzeniu.

Miała trzy tygodnie i była zdrowa.

Więc wtedy też przeżyłam ogromną mękę.

I wtedy chyba to już cierpienie tak trochę przekształciłam.

I później, kiedy Ola zachorowała...

Jakby najpierw nie rozumiałam tego, że w małym dziecku może być cierpienie Pana Jezusa i tak dalej.

Ale kiedy przychodził czas Wielkiej Nocy, Wielkiego Tygodnia i nagle zawsze się co roku pogarszało kilkukrotnie, że zaczynało się od Wielkiego Czwartku, Wielki Piątek, miała mnóstwo, mnóstwo ataków nie do zatrzymania.

Tutaj na Wielki Piątek i Czwartek siostry podchodziły z Waszego zgromadzenia.

Ja widzę w Pani Matkę Bożą Bolesną pod krzyżem i to dziecko, które tak cierpi.

Nie wychodziłam, nie wychodziłam.

Zdarzało się też oczywiście ukryte, więc wiele lat nie przychodziłam z nią.

Nie przychodziłam, bo tak cierpiała.

Po drugie, nie mogła słuchać w ogóle pieśni po prostu o mój Jezu.

Nie, po prostu cały czas płakała, dlaczego to Jezusowi zrobili.

Miała taką wrażliwość do tych tekstów, do tej muzyki smutnej, że po prostu musiałam z nią wychodzić, bo tak krzyczała.

Potem już właśnie coraz więcej tych ataków.

No a potem wszystko to złożyłam, oczywiście prosząc też i wspowiedzi.

Zresztą ksiądz biskup, jak widział, co się z Olą dzieje na Wielki Czwartek, że idziemy gdzieś z boku, a nie z samego przodu, bo ona nagle dostaje ataków padaczki lub tych mocnych z krzykiem.

No to to jest takie właśnie u nas też duże doświadczenie, że właśnie i często się Oli to wraca.

To też wydałam właśnie w ostatnim świadectwie o cudach miłosierdzia, też to wypowiedziałam po raz tak pierwszy jawnie, że tak, że to widzą osoby, które nam tu towarzyszą w Łagiewnikach, że to cierpienie w Triduum Ole dotyka wyjątkowo mocno i że tak jest.

Ale chyba nam łatwiej przeżyć ten Wielki Piątek.

Nie wśród tego chaosu świata, tylko w tym swoim cierpieniu, które możemy łączyć po prostu z Panem Jezusem.

Gdzie Ola oczywiście cierpi, może mi jest teraz, to dziwnie brzmi, powiedzieć tak o tym, że łatwiej, ale ona wie przecież, że Pan Jezus cierpi, że to jest...

I ona to wie i ona chce przyjść potem mimo tylu ataków na to Triduum.

W sobotę jesteśmy już w innych godzinach zejścia do tchłani.

W niedzielę śpiewa swoje Alleluja i często jej się wtedy już poprawia.

No to jest niesamowite, jeśli też oczami wiary zobaczymy takie cierpienie.

Bo to muszą być naprawdę oczy wiary, bo tak no to ktoś by pomyślał, że szaleliśmy całkiem, nie?

że widzimy wszędzie to, co nie powinniśmy jednak oczami wiary zobaczyć.

To właśnie to, co piszę, tak patrzę na tą tęczę na mojej zakładce.

Gdy chodzę wśród utrapień, ty zapewniasz mi życie.

Właśnie.

Wśród tych utrapień wiemy, kto nam zapewnia życie.

Nie my sami, nie nasze jedzenie, nie świąteczne babki.

Ola nawet nie lubi słodkiego.

Także nie jemy więcej w święta nnormalnie, że tak powiem.

Właśnie.

Wiemy, kto nam zapewnia to życie, żeby zmartwychwstać.

Cała tajemnica, tak jak co jest najważniejsze w życiu?

No życie, dar życia.

A co jest największą tajemnicą?

Także po prostu przeżyć to życie, żeby widzieć te cuda, żeby po prostu je umieć z Panem Bogiem przegadać, ofiarować.

No nie wszyscy są chorzy wierzący, no umówmy się, no tak jest.

Ale żeby jednak mogli zobaczyć coś więcej niż to cierpienie, które nikomu nic nie pomaga i jesteś bezużyteczny.

Nie, jesteś darem.

Jesteś darem dla innych, dla swojej rodziny.

tym swoimi atakami, tym swoim cierpieniem wypraszasz po prostu łaski.

I one to szybko chłoną.

Szybciej niż dorośli.

Patrząc na Zuzię taką, która tutaj była w Agiewnikach, bo jak wracają skądś moi mali bohaterowie, to często spotykamy się tu na śladach Faustyny.

Ja im biorę ich na wieżę, tutaj pokazać.

tak mówię do Zuzi, która komunikuje się tylko oczkami i mówię, Zuziu, ty wiesz, że jesteś aniołem Pana Boga, ty wiesz, że tu przyjechałaś, a Zuzia uśmiech taki od ucha do ucha, wie, wie przecież, wszystko wie, tak samo Ania, siostra Marysi, patrząc na nią już się widzi anioła, a że z rurką, no jedni mają skrzydła, jedni mają rurkę do oddechu, co to za różnica, po prostu anioł.

Także dzieci są niesamowite.

Jak mówię koronkę o 15 w domu i klęczę, przychodzi Laura, bierze koronkę i tylko tak oczkami zerka, czy ciocia ma zamknięte oczy, czy otwartej.

Dla jego bolesnej męki ma trzylatka.

I także, że to naśladownictwo też jest niesamowite, czym ta skorupka od małego nasiąknie.

To jest bardzo ważne, żeby dzieci uczyć po prostu o Jezusie, żeby mówić, żeby tłumaczyć.

Nawet te najtrudniejsze tajemnice, prawda?

Bo czasami my tak dzieci chcemy ochronić od mówienia o cierpieniu, o śmierci.

A moja Ola od maleńkiego jeździ na pogrzeby moich małych bohaterów ze mną i widzi swoich przyjaciół w trumnie otwartej.

I jeszcze ostatnio mi mówiła, jak była kilka lat temu, Wojtusia, o mama mu dała myszkę Miki.

Nie, nie, nie.

Ja byłam tak wychowywana, że chodziło się babcie oglądać, prababcie, jak zmarły i była trumna otwarta i też w domu byli, zmarli.

Żegnaliśmy sobie.

No nie wyobrażam sobie, dlaczego miałabym się bać z kimś, kto jestem 24 godziny i to dzieci trzeba uczyć, a nie...

Nie jesteśmy w świecie sterylnym.

Wszystko tłumaczyć normalnie, żeby się nie bały mądrym językiem, ale od małego oczywiście.

I zaprowadzać nawet te niegrzeczne do kościoła, bo Ola na początku swojej fazy choroby miała ostrą fazę.

Po prostu naprawdę krzyczała mnie, podsielał od jej trzymania po plecach.

Ale nie zrezygnowałam.

Wychodziłam do tyłu, żeby innych nie rozpraszać, ale zawsze z nią byłam.

No i wchłonęła.

Matka Boża też Pana Jezusa przecież...

w ofiarowanie zaniosła sama do świątyni, prawda?

Ola sama nie pójdzie, no ale ja jak pcham przez tą bazylikę, ten wózek, to po prostu, no jak to Włosi mówią na wózek karucina, no to jest po prostu ta karucina.

Ola jest w tej karecie, no ja pcham tą księżniczkę Jezusa, która idzie i po prostu chcę mu oddać to, co przeżyła, to, co nie wyspała i to, co swoją po prostu chorobą będzie się modliła, bo my się modlimy słowami, a Ola swoim milczeniem i swoimi dolegliwościami.

No umówmy się, no po prostu.

Czasami ja zaczynam rano, już nie brewiasz, a Ola już ubu-dubu, to znaczy ma wtedy epilepsję jakiejś tam małej.

Mówi, Oleńko, nie, spokojnie, śpij, nie musisz się ze mną dziś modlić uczniom.

To już tak w żarcie oczywiście, ale jesteśmy bardzo połączone, jesteśmy zawsze razem, więc Ola nie jest do niczego zmuszana, jest w wolności, co widać, kiedy mówi, jak na mnie patrzy, że doskonale z nami współpracuje.

Czy jest coś, co chciałabyś szczególnie powiedzieć na zakończenie tego odcinka?

Bo teraz wcież tak dużo jest też wszelkich chorób nawet psychicznych, kiedy dzieci mają depresję, jakieś te tak wielkie niepokoje, że nie mogą spać po nocach, bardzo są nerwowe dzieci.

Te wszystkie zespoły Aspargera, autystyczne różne cierpienia.

cierpiących ze względu na swoje dzieci, też rodziców cierpiących ze względu na dzieci, które odeszły od wiary.

Tych cierpień jest tysiące odsłon różnych.

Co byś chciała im powiedzieć na zakończenie?

Na pewno to, żeby prosić Jezusa Miłosiernego o właśnie tę cierpliwość.

Ale jeżeli nie prosimy o tę łaskę cierpliwości, tego pokoju serca, nie mamy tej miłości, no bo to normalne, że po prostu jesteśmy wyczerpani, wtedy wypaleni.

I nie wiemy, jak postępować, sami stajemy się nerwowi.

Paweł powiedział, moc słabości się doskonali.

Patrząc na olej, na chorych, tak bardzo chorych, myślę sobie zawsze tak, czym bardziej słabi, tym mocniej.

No przecież tyle mogą zrobić.

Jak ja słyszę, jak ktoś do mnie mówi, taka piękna, a taka chora.

Takie ma piękne włosy, a taka umęczona.

Chce mieć też radość swoją, ma tyle radości, lubi fajne rzeczy, spełniamy się, z tak chorą Olą podróżujemy, bo jak jesteśmy w Rzymie, to też mamy właśnie ten kawałek nieba, bo któż może odwiedzić groby świętych, bo któż może iść do papieskich...

Teraz jesteśmy co cztery miesiące, bo to już leczenie trwa wiele lat.

No ale na przykład już w roku jubileuszowym byłyśmy jako te pielgrzymi nadziei.

No po prostu, ja wiem, czy ja dożyję 25 lat kolejnych, czy oleńka.

To jest po prostu nasz czas.

Musimy zawsze pamiętać, że innego czasu nie dostaniemy.

Ten obecny czas, to jest czas miłości.

A w moim domu zamieszkał anioł, aże tęczowy.

I zamienił cały smutek w radość.

Przemienił po prostu rzeczy.

mniej ważne, w te ważne, wszystko przewartościował.

I też musimy po prostu o to prosić, żeby przymnożył nam Jezus wiary, przymnożył nam cierpliwości tego pokoju, no bo w tych czasach mało kto ma ten pokój, a to jest naprawdę wielka łaska.

I kochani, właśnie tymi słowami pełnymi nadziei, chociaż wszystkie słowa dzisiaj były pełne nadziei, będziemy kończyć nasz odcinek, a my w opisie do dzisiejszego odcinka damy link, na pewno macie jakąś stronę, prawda?

Do strony Mali Bohaterowie, żebyście sobie mogli też coś więcej się zapoznać z tym stowarzyszeniem, z fundacją i zobaczyć, ile tam się dobra dzieje.

I naprawdę kochani jesteście dla nas świadectwem takim, że nic tylko się na was napatrzeć, wyryć sobie wasze świadectwo w sercu tak, żeby z naszych ust nigdy nie schodził uśmiech.

Ten taki zupełnie zewnętrzny czasami może, bo to zdrowo czasami się zwyczajnie posmucić, bo jest czym czasami.

Ale dzięki waszemu świadectwu po prostu, żebyśmy mieli tą łaskę, żeby łatwiej nam było wychodzić z tych naszych smutków.

Szybciej, nie pielęgnować ich po prostu.

Tak, nie pielęgnować tych smutków.

Jolu, Olu, niewiasty kochane, ja nie wiem, czy tak przez mikrofon tutaj dosięgnę Oleńki.

Kochana, bardzo Ci dziękujemy.

Nie wiem, czy mikrofon mnie teraz chwyta, ale dobrze.

Kochana, bardzo Ci dziękujemy za to, że byłaś z nami i tak dzielnie wytrwałaś cały odcinek.

Ola, naprawdę dziękuję Ci bardzo, że tak wytrwałaś tutaj i przy tym światłach wszystkich.

To dlatego te okulary, kochani, żeby Olu i było trochę łatwiej.

w tym świetle takim nagraniowym wytrwać.

Ale bardzo Cię cieszę Oleńko, że z nami byłaś i bardzo Ci dziękuję za świadectwo.

Cieszę się każdym dniem Twojego życia, naprawdę.

Każdym przyjazdem do Łagiewnik w Karocili, jak to się nazywa?

Jolu i dziękuję Ci bardzo za wszystko, co robisz i dla innych, dla nas.

Chwała Panu w Waszym życiu.

Chwała Panu.

I chwała Panu we wszystkim, kochani, we wszystkim.

I w cierpieniu.

Święta Faustyno.

Módl się za nami.