Mentionsy

Podcasty Muzeum Powstania Warszawskiego
Podcasty Muzeum Powstania Warszawskiego
09.03.2026 11:00

Takie jest szczęście. Nigdy nie wiadomo, kiedy człowieka może coś spotkać | Zbigniew Ścibor-Rylski „Motyl”| Powstańcy. Głos, który trwa odc. 1

Zbigniew Ścibor-Rylski ps. Motyl we wrześniu 1939 roku służył w 1. Pułku Lotniczym. Do Związku Walki Zbrojnej został wprowadzony i zaprzysiężony we wrześniu 1940 roku. W latach 1941-1943 był partyzantem na Kowelszczyźnie. Od stycznia 1944 roku walczył w składzie 27. Wołyńskiej Dywizji Armii Krajowej, w ramach operacji „Burza”, przechodząc cały jej szlak bojowy jako dowódca 2. kompanii I Batalionu „Sokół” 50. pułku piechoty AK. Podczas Powstania dowódca kompanii w Batalionie „Czata 49”. Jako jeden z nielicznych przeszedł cały szlak bojowy batalionu Wola - Stare Miasto - kanały - Śródmieście - Górny Czerniaków - kanały - Mokotów - kanały - Śródmieście. Był jedynym oficerem AK dowodzącym podczas Powstania oddziałami armii gen. Berlinga. Po kapitulacji z grupą kilkunastu oficerów zgrupowania zdobył ubrania cywilne i wyszedł z Warszawy z ludnością cywilną. Początkowo osadzony w obozie przejściowym w Pruszkowie, z którego po kilku dniach uciekł do Łowicza, gdzie doczekał zakończenia wojny.

Rozmowę w ramach Archiwum Historii Mówionej przeprowadziła Magdalena Miązek 20 marca 2005 roku.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 187 wyników dla "AK"

Jaki miał pan stopień wojskowy i jaką pan pełnił funkcję?

I jaki pan miał pseudonim?

Także wszystkich nas, kandydatów do tej szkoły, powołano w Ustianowej i musieliśmy skończyć kurs szybowcowy.

No tak w ronach i salamandrach lataliśmy.

Także rocznik nas był trzydziestu podchoroszych.

W 1939 roku to już chodziliśmy tutaj na Politechnikę w Warszawie, na aerodynamiczny tunel taki był, szkolono nas na Wydziale Silnikowe, bagazy te były, silniki wiaździste.

Potem był kurs płatowcowy i osprzęt cały, jaki istnieje na samolotach, włoż, karaż.

Jak Pan wspomina właśnie wybuch wojny i te pierwsze dni?

Z jednej strony byliśmy wychowani, że nie oddamy jednego guzika, jak Pani pamięta słynne powiedzenie.

Ale niestety była z jednej strony radość, że na razie będziemy mogli Niemców zwyciężyć, pobić, a z drugiej strony, jak zobaczyliśmy pierwsze bombardowania Warszawy, to było, pamiętam doskonale, 1 września.

Także dowództwo, znaczy wszystkie samoloty już były na lotniskach polowych na wschodzie i wtedy myśmy jako rzutem kołowym pod udzem pana majora Prochasko, autobusami, jednymi autobusami, ciężarowymi samochodami, wyjechaliśmy z Warszawy.

I jak Pan trafił do konspiracji?

No i tutaj właśnie zastanawiam się, co robić, gdzie kontakt złapać.

No ale w 1940 roku to jeszcze tu nie było żadnych takich na ulicach łapanek specjalnie.

Tam, gdzie jakoś intuicyjnie czułem, że tam w Alejach Ujazdowskich muszę być przy tych

W domach, nie pamiętam, może są takie gladiatorzy po lewej stronie.

Ja mówię, uciekłem z niewoli, muszę mieć papiery i tak dalej.

I w ten sposób mnie on skontaktował od razu z punktem w Alejach Ujazdowskich, z konspiracja, to było ZWZ.

Dostałem papiery po jakimś dwóch, trzech dniach, w fotografii dostarczyłem wszystko.

Ja jako Jankowski już byłem

Dostałem się zaraz do grupy takich lotników, którzy typowali punkty przyszłego zrzutu.

To wiedzieliśmy, jakie warunki muszą spełniać takie zrzuty, żeby sam pilot w nocy, czy może co o noc, mógł znaleźć ten punkt.

Każda taka placówka miała swój kryptonim.

No i w ten sposób były później już w 1942 roku przyjmowane zrzuty, jak Pani wie.

Pierwszy był zrzut na Dziko, zrzucony nieszczęśliwie pod Skierniewicami, ale potem wszystkie zrzuty były już... Dochodziły do... Zawsze czuwały trzy placówki, wie Pani, w takim trójkącie.

Także gdyby pilot nie trafił na jedno, to trafi na drugi punkt, placówkę, także...

Ja zawsze, tak.

Były charakterystyczne melodie wojskowe, umarł Maciek, umarł, czy jakieś znane bardzo melodie podawane trzy razy.

Ja przyjmowałem, każdy z nas, nas było około 40 takich,

Oficerów, którzy z Warszawy jeździli jako odpowiedzialni za przyjęcie takiego zrzutu i tych cichociemnych.

I potem, ewentualnie po jakimś czasie, ewakuowało się do Warszawy, czy do jakichś oddziałów partyzanckich.

Także ja my, Pułowickim przyjmowałem i nad Bugiem, Wyszkowie.

Kołłowicza, na terenie, naokoło Kołłowicza były właściwie te, od Nieborowa jak począwszy to było bardzo dużo.

Mieliśmy tam chyba, jeśli się nie mylę dzisiaj, to było tam chyba osiem, dziesięć takich placówek przyjmowanych Kołłowicza.

W Wyszkowie tak samo, naokoło było też kilkanaście takich placówek.

Ja miałem takie szczęście, że od razu w Łowiczu

Bo zawsze jak samolot przylatywał, gdzieś tak godzina pierwsza, wpół do drugiej, druga w nocy, to na placówkę myśmy wystawiali światła, takie strzałkę, kierunek wiatru, żeby on pod wiatr z pad ochrony zasobniki zrzucał i cicho, ciemnie, żeby skazał.

No, szczęśliwie bardzo, jak już też miałem, jak to całe życie moje, to pełne szczęścia jest, bo bez szczęścia to już dawno by człowiek nie żył, to wystawiałem dokumenty i tam po dwóch szli na, łącznicy byli odpowiednie, albo łączniczki, kobiety przeważnie, na stację najbliższą kolejową i oni do Warszawy zostali odsyłani na odpowiednie punkty już w Warszawie, czy choć jemni.

Przeważnie w stodołach robiło się w zasieku, duży był dół i te kontenery i paczki do tego dołu się wkładało, zakładało się deskami i potem zbożem.

Także to była w stodole, tak jak to zasiek, zbożem zamaskowany był ten cały sprzęt.

A w nocy, po kilku tygodniach albo nawet miesiącu, samochodami do Warszawy się ewakuowało broń całą, amunicję, plastik.

Tak pracowałem do 43 roku, do czerwca.

Zostałem wydelegowany do Kowla, aby również wytypować takie placówki na przyszłe zrzuty.

15 czerwca otrzymałem papiery, jak dziś pamiętam doskonale, właśnie nadanym pseudonimem Motyl.

I już jako, właśnie dopiero 15 czerwca 43 roku mój pseudonim jest Motyl.

Jako zrzuty przyjmowałem mnie jako Stanisław.

No i wsiadłem w pociąg w Warszawie do Chełma, Winnicy jako tot organisation.

I w Kowlu, jak pociąg zatrzymał się w Kowlu, to w Kowlu wysiadłem, na odpowiedni punkt kontaktowy się zgłosiłem.

No ja jakoś, no to szczęście mnie dopisało, bo ja jako przebrany, jako taki dziadka, tylko z koltem, dwoma granatami, wózkiem jeździłem od Sokoła, od tego Jastrzębia Sokoła, to byli przeważnie nauczyciele w szkole.

Oni dawał taką już małą, organizacja była, więc taką małą

Drużynkę obstawy, żeby już przeszkolić, jak przyszłe zrzuty będą, jak mają się zachowywać.

No i wtedy dostałem ubranie cywilne, bo ja byłem w mundurze tam cały czas, granatowe pamiętam takie ubranie i do Lublina.

W Lublinie dostałem już papiery na punkcie kontaktowym i przyjechałem do Warszawy koleją, pociągiem.

No i zameldowałem się na punkcie kontaktowym.

I powiedzieli mnie, że będzie przeszkolenie, bo nowe kryptonimy jakieś przychodzą do przyjmowania zrzutów.

Także 20 lipca znalazłem się z powrotem w Warszawie.

Po dwóch takich przeszkoleniach na Miodowej ulicy, pamiętam, podano nam inny sposób przyjmowania zrzutów troszeczkę, ale zaraz było czuwanie, pierwsze czuwanie.

I zawsze byliśmy na chorzej, ja miałem punkt kontaktowy na chorzej i było pierwsze czuwanie.

Lada moment jednak musi wybuchnąć.

Taką miał drużynkę, drużynę, która ten teren obstawiła, żeby w razie jakby Niemcy

Czy zaatakowali nas, którzy pobieramy broń, to pierwsza od razu odparła.

W płaszczach tych takich luźnych od deszczu ukrywaliśmy pod płaszczem broń.

Z tej reszty broni, amunicji załadowano na taką półciężaróweczkę, na samochód i całą broń, która była w tych naszych magazynach

Tak przeszedł wieczór 1 sierpnia.

Mrzył deszczyk, taka była pogoda.

To nie był duży deszcz taki, mrzawka na filmie, to Radosław, pelerynia taki wojskowy, w hełmie, stał pod murem tej fabryki papierosów.

Gdzie Niemcy odstrzeliwali się, ale Radasław powiedział, nie ma co, trzeba zrobić z plastiku materiał wybuchowy, założyć pod mur, wysadzić dużą dziurę muru, żebyśmy przez ten otwór zaatakowali.

I tak się stało.

Także dla wojska taka fabryka papierosów to był rarytas, bo wiemy, że papierosy podczas wojny to są bardzo ważne.

Był atak, Niemcy koniecznie z woli, z wojski atakowali, koniecznie nas chcieli zlikwidować, w tej cmentarze, tam parasol stał na cmentarzach po wąskach.

Także za wszelką cenę Niemcy czołgami podjeżdżali, myśmy już zdobyli, pierwsze zrzuty były, myśmy mieli piaty, doskonała broń przeciwczołgowa.

To jest cała taka gruszka wypełniona materiałem wybuchowym i czołg albo zostaje zniszczony, gąsienice, zapalony.

Jak na barykadzie był piat, to już jak czołg poproszył, to został zawsze zniszczony.

Chłopcu, bo to byśmy atakowali przez pola, właśnie to były kartofliska tam.

Bardzo to przeżyłem, bo to był młodszy, dwa lata młodszy ode mnie, ale znałem jego rodziców, jego osobiście, także przeżyłem to bardzo.

Wołyńska Dywizja Armii Krajowej, Batalion Czata 49, 50. pułk piechoty AK, Batalion Czata 49, 50. pułk piechoty

Umundurowali panterki i całe zgrupowanie Radosław, wszyscy żołnierze otrzymali takie panterki, także znani byliśmy, stare miasto w panterkach było umundurowane.

A proszę jeszcze powiedzieć, jak wyglądał stan uzbrojenia Pana kompanii na początku powstania?

Także nasze uzbrojenie...

Także wszystkie bataliony były.

Tak się zdarzyło, że tam cały oddział niemiecki został wzięty do niewoli.

Całe zgrupowanie Radosław stało już do ataku na Żoliborz.

Nie zapomnę tego, że w ostatniej chwili, kiedy już mieliśmy się ruszyć, przyleczał goniec z dowództwa do pułkownika Radosława, że ma się cofnąć na Stare Miasto, że jednak nie mamy się przebijać.

W tym rejonie zakwaterowania miał.

Przy Franciszkańskim, tak.

Pamiętam kilka takich momentów, że chłopcy na dachu byli w kamienicy na Muranowie i Niemcy atakowali od strony... Ja byłem w bramie na dole i jeden goliad wybuchł, cała kamienica siadła i ci chłopcy na dachu z tym dachem razem zjechali.

A drugi czołg szedł do nas i właśnie taki mały chłopczyk, dwunastoletni, z siekierką, kryjąc się dosłownie za tym piatem, przeciął ten kabel prowadzący goliata.

Akurat ja byłem tam na Muranowie.

Także tego nie zapomnę momentu tak samo.

No i kilka razy myśmy w nocy atakowali.

Jak już Niemcy stawki zdobyli, myśmy byli już na Starym Mieście, to postanowiono dowództwo, że stawki odbijemy i jeszcze żywność i inne rzeczy, żeby to zaopatrzenie bardzo ważne było.

Zaatakowaliśmy Niemców, wyparli ze stawek, co można było i ile można było wziąć żywności, żeśmy jeszcze... Także stawki przechodziły dwa razy z rąk do rąk.

I tak to była tragedia, to było chyba...

Był mój adiutant Jaksa Dębicki, Danek i ja.

Wydawało się, spokojnie było, jakoś nie było i nagle sztukacy przyleciały.

Słysząc ten szum samolotów, krzyknąłem do majora na tapczan, a w tym pokoju była ściana z taką wnęką i w tej wnęce był tapczan.

Także właściwie tej nocy powinniśmy byli wszyscy zginąć tego dnia.

Jak byłem w Warszawie, w 47 roku przyjeżdżałem do Warszawy, to przejeżdżałem właśnie tam przez Stare Miasto i ta ściana z tym tapczanem stała długi czas.

Także znowu szczęście dopisało i ocaleliśmy.

No i wtedy była przez tą Polonię, boisko Polonii, no było nie tylko nasz batalion, bo był udział Zośka tak samo, część z parasola brało udział i cała Czata 49 nacieraliśmy się przez to boisko na Cytadelę.

Wołyńska Dywizja Armii Krajowej, Batalion Czata 49, 50. pułk piechoty AK, Batalion Czata 49, 50. pułk piechoty AK, Batalion Czata 49, 50. pułk piechoty

Na lewo, na prawo, wszędzie, tylko w ziemiach, jak to mówią, wylatywała w powietrze ich koledzy.

No i tu, na tej poloni tak samo, do wieczora, cały dzień natarcie trwało, dopiero w nocy, pod osłoną nocy udało się rannych i ci, co przeżyli, udało się wycofać do Starego Miasta.

Także niestety to natarcie załamało się.

Także to był troszeczkę taki pochopny rozkaz, nazwijmy to, prawda?

I wtedy, kiedy podbiegli, nawet ja szedłem jakoś tak.

Ja jakoś tak wolnym krokiem szedłem, że nie doszedłem do tego momentu wybuchu.

Radosław poszedł z nami do Wachnowskiego i plan był taki, że zrobimy desant na plac bankowy, że wywiad, który poszedł na plac bankowy kanałami, stwierdził, że na placu bankowym tam koło takich ustępów były ustępy ogrodzone blachą.

I tymi dwoma włazami wyjdziemy z kanału, zaatakujemy Niemców, jeżeli tam będą, ale podobno wywiad ten Wachnowskiego stwierdził, że bardzo mało Niemców tam jest na Placu Bąkowym.

Ja mówię, ja poprowadzę wtedy, kiedy sam pośle swój zwiad, który stwierdzi, jakie tam są warunki wyjścia.

Mówi, jak to, myśmy rozpoznanie mieli.

Ja powiedziałem, no w takim razie, panie pułkowniku, to ja pójdę, poprowadzę ten desant.

Kilkunastu chłopców, można powiedzieć, ochotników zebrałem z naszej Czaty 49 przede wszystkim, ale szli z Miotły tak samo, były w Batalionie Miotła.

Takie to były... A, i kompania warszawska szła.

Którzy właśnie byli na urlopie i byli tak samo, znaleźli się w Czacie 49 u nas.

Także wszyscy tacy, no, zaufani, powiedzmy, żołnierze, na których można było polegać.

Do kanału na Długi, poszliśmy pod krakowskie przedmieście, tam burzowcem kawałek i potem kanałem już bardzo niskim, takim metrowym, pod Plac Bankowy, pod Ogrodem Saskim, na Plac Bankowy.

I akurat tej nocy, w międzyczasie, kiedy był wywiad, co poszedł na plac bankowy, stwierdził, że prawie Niemców nie ma, to akurat Niemcy byli ściągnięci tam na plac bankowy.

Kiedy dosłownie ośm wyszło, drużyna CEDR wyszła z tego kanału, weszli na tę blachę, bo ten ustęp był taką blachą otoczony i ta blacha już leżała na ziemi, bo to było zniszczone już przez walki.

Jak tu już nie uszeli żołnierze w nocy, nie wiedzieli, jak weszli na te blachy, hałas się straszny zrobił.

No tak tragicznie się.

Pozostali czekali w tym kanale, tak?

I tak.

No tak, bo tylko można było z jedną władzą wychodzić.

No więc jak wyszło tych, mówię, ośmiu, dziewięciu, może dziesięciu, już dziś nie pamiętam.

Ja akurat stałem pod władzą z Jędrasem i miałem wychodzić z drużyną Zygmunta Jędrzeskiego, który był moim kolegą.

Miałem jakieś zaufanie, bo wiedziałem, że przy nich nie zostawią mnie rannego.

No i my już mieliśmy, ja byłem na drabince, Zygmunt Jędrzejski już był pod samym włazem, już głowę wystały, jak ci wskoczyli na niego.

I cofnąć się pod krakowskie przedmieście.

Tym kanałem takim niskim do burzowca.

No w tym burzowcu to wysoki kanał i są po bokach takie ławy robione z cegły tej takiej klinkerowej.

No tak można było całe, kompania usiadła, ja posłałem meldunek

Znaczy wszystkich nas skierowano na Chmielno, do takiego szpitalika w Rudencialu.

To jakby taki hotelik na Chmielny jest.

Początkowo wiadomo, jak myśmy wyglądali w strasznych warunkach po tej akcji.

Po tych strasznych akcjach na Starym Mieście

Także przeszedłem sobie spokojnie.

Foksal, tak.

Ja powiedziałem Fleta, tak?

Foksal, tak, tak.

Nie udało się wyjąć jego podczas powstania, bo nie było jednak warunków takich.

No i 3 września dostajemy rozkaz pójścia na Czerniaków.

Także my jedni z pierwszych z Radosławem, może to był 3 na 4 w nocy, przez Plac Trzech Krzyży, przez barykadę, pierwszą barykadę żeśmy pod alejami

Poszliśmy na Czerniaków i ja na okrąg.

No i teraz zaczęła się gehenna czerniakowa.

Zaraz na drugi dzień, jak tylko żeśmy przyszli, zaczęły walić te krowy.

Wie Pani co to, krowy to takie moździerze sprzężone i tak od razu osiem takich pocisków wyjąc, z takim charakterystycznym świstem wylatuje.

Akurat na okrąg trafił pocisk taki.

Także nic nowego.

Znaleźliśmy się w takim małym pikiełku.

No, więc oddziały nasze na Zagórnej, bo tam było zgrupowanie Kryski, na którym nie było, na Czerniakowie.

Połowę Czerniakowa obsadzałem od zgrupowania Radosława, drugą połowę tylko od właśnie okręgu, od Mostu Poniatowskiego, myśmy tę stronę Zagórna, Wilanowska, to myśmy obsadzali nasze zgrupowanie.

Niemcy koniecznie nacierali najbardziej od ulicy Czerniakowskiej.

Z ZUS-u, z dawnej, przed wojną był tam Zakład Ubezpieczeń Społecznych Czerniakowskie.

I od południa, także tam było od strony za przystanią bajki.

I tak dotrwaliśmy do 15 września.

Kazio Augustowski popłynął przez Wisłę z tymi trzema, z tym pontonem, a przedtem jeszcze był wysłany Kmita, major Kmita, od Radosława na drugi brzeg Wisły, na Saskokępę i porucznik ode mnie, kolega mój, porucznik Marczyk, był jako...

Z meldunkami, z dokładnym położeniem naszym, bo pułkownik Radosław dał jemu dokładnie, jak ma nasze położenie, żeby Wojsko Polskie, nasza 1.

Armia, zorientowała się, jakie ulice są przez nas obsadzone, gdzie położyć ogień, artylerię przede wszystkim.

No i tak stało się, że 15. nastąpiło pierwsze lądowanie

Tak było też 15 na 16.

Następne łodzie lądowały tak samo w tej nocy.

Mązierzy, artylerię, no ale ten pierwszy batalion z działkami przeciwczołgowymi został od razu wysłany właśnie na ulicę Czarniakowską, żeby jak czołgi będą atakować, żeby już działka przeciwpancerne tam stanowiska zajęły.

Zachować tak, żeby zostali rozprowadzone te plutony berlingowców w terenie i od razu pierwszego dnia właśnie bardzo silny ogień moździerzy, artylerii, pocisk taki padł i porucznik Kononkow tuż przy mnie zginął.

No i tamten radiotekarz mówi, a jest tu taki kapitan Motyl.

On powiedział, obejmujecie dowództwo nad batalionem po śmierci Konakowej.

W taki sposób ja, oficer Armii Krajowej, zostałem dowódcą berlingowców.

I proszę powiedzieć, jak się z nimi walczył, jakimi oni byli żołnierzami?

Przeważnie rolnicy ze wsi, ze wschodu, byli może w akcji na wolnej przestrzeni przeszkalani, ale do walk w mieście zupełnie nie.

Także biedni nie umieli się zupełnie skryć.

Stanowiska zajmowali takie, że przeciwnik od razu widział, gdzie się znajdują.

Także w ogóle bali się przede wszystkim miasta, no bo to ze wsi człowiek no niestety przeważnie to miastem, szczególnie to ruiny, szalanina.

Także miło tego, że no bardzo rwali się do walki, naprawdę.

Niemcy atakowali z całych sił na nas.

Także taka fala od jednego brzegu na drugi artyleria strzelała.

Także straszne straty ponieśli wtedy berlingowcy.

Sam na własne oczy widziałem, bo ja byłem na całym Wisło, w takim rowie strzeleckim, dając znak latarko, gdzie mają lądować te pontony.

Proszę Państwa, jak wyobrażaliście, to na moich oczach widziałem, jak te pontony zostają trafiane i wszyscy żołnierze do Wisły padają.

Niemcy od północy i od południa były przez Wisłę położone dymne takie zapory.

Niestety Niemcy położyli tak silny ogień wtedy artylerii, że mimo takiej osłony dymnej nie udało się tym pontonom przepłynąć.

Zginęło na przyczółku Czerniakowskiej około 3 tysięcy berlingowców.

A w ogóle w akcji żoliborskiej około 5 tysięcy zginęło.

Tak samo były przeprawa na Żoliborz.

Najważniejsze, że człowiek przeżył całe powstanie, dzięki tylko obożności boskiej, prawda, jakiejś naprawdę wielkiej opiece.

Takie jest szczęście.

Przecież tyle młodych dziewcząt, co ja znałem, i tyle chłopców podczas powstania w 1939 roku tak samo oddało swoje życie.

Ale takie jest szczęście.